Archiwum z miesiąca: Styczeń, 2009

Gra: Witaminowy wąż

26.01.2009

Starając się wzmocnić nasze – nadwątlone ostatnio wirusami grypy – siły, zagrałyśmy w owocowo-warzywną grę.

Jej zasady są proste i smaczne, a dzieci otrzymują nadzwyczajną dawkę witamin. Zjadają nawet owoce i warzywa, których zwykle nie tknęłyby.
Na dużym półmisku, z owocowych i warzywnych cząstek, ułożyłyśmy, w formie spirali, węża.
W środku układanki (głowa węża) wbiłyśmy chorągiewkę oznaczającą „Start”, a na jej końcu (ogon), chorągiewkę z napisem „Meta”.

Witaminowy wąż

Każdy z graczy, rzucał po kolei kostką do gry. Ten, który wyrzucił „piątkę” zjadał kolejny kawałek węża, po wyrzuceniu „szóstki”, trzeba było zjeść dwa kawałki.
Punkty były przyznawane za odgadnięcie nazwy owocu lub warzywa, a dodatkowo za podanie nazw w językach angielskim i francuskim.

W zabawie udział wzięły:
- owoce: wiśnie, truskawki, czarne porzeczki, maliny (z mrożonki), kiwi, winogrona, jabłka, mandarynki, melon miodowy, pamelo
- warzywa: seler naciowy, marchew, czarna rzodkiew (niedużo)

Pomysł zaczerpnęłam z artykułu w czasopiśmie „Just. The Middle-East Lifestyle Magazine for Parents”
Autorka pomysłu: Samira Rengert
Modyfikacje (w tym punkty za znajomość słówek): własne

Znów spotykamy infantkę

25.01.2009

Spacerując wczoraj po Muzeum Narodowym w Poznaniu, spotkałyśmy naszą dobrą znajomą.  Z infantką Małgorzatą spędziłyśmy przecież dużo czasu: Infantka

Teraz oglądałyśmy ją znów, na dwóch obrazach Jerzego Piotrowicza. Jego „Las Meninas” z 1987 to bardzo ciekawe interpretacje Velazqueza.

Jeden obraz w tonacji czarno-białej, drugi bardzo barwny i pełen ekspresji. Oba – na dłuższą chwilę – przykuły uwagę dzieci, które zaczęły poszukiwać w nich znajomych treści.

 

Jerzy Piotrowicz "Las Meninas"

 

„Panny dworskie” Diego Velazqueza był i jest jednym z najczęściej interpretowanych arcydzieł malarstwa. Dorosłym polecam dalsze poszukiwania. Wg mnie, najciekawsze komentarze do „Las Meninas” stworzyli Joel Peter Witkin, a także Peter Greenaway w filmie „Wyliczanka”.


Dzieci zabierzmy raczej do muzeum, by poznały oryginał. Teraz możemy zajrzeć do madryckiego Prado, nie wychodząc nawet z domu. Muzeum, we współpracy z „Google Earth” przygotowało wirtualną wycieczkę do wnętrza galerii i możliwość obejrzenia czternastu arcydzieł malarstwa – w tym „Las Meninas” Velazquez’a – w bardzo wysokiej rozdzielczości. Możemy wprost „wędrować” po obrazie, przybliżając jego poszczególne fragmenty, szukając ciekawych szczegółów i próbować zgadywać ich miejsce w całej kompozycji.

 

Walizka Muzealnych Tropicieli

24.01.2009


Kiedy jako mała dziewczynka, przychodziłam z rodzicami lub szkolnymi kolegami do poznańskiego Muzeum Narodowego, największą atrakcją było dla nas zakładanie ogromnych muzealnych kapci i ślizganie się w nich na posadzkach galerii. Robiliśmy to oczywiście ukradkiem, bo powaga sal i wszechobecnych strażników, działała onieśmielająco.

Teraz, kapcie znikają z muzeów, a dzieci zachęca się w inny sposób do odwiedzin.

Bardzo cieszą mnie wszelkie inicjatywy, dzięki którym dzieci mogą być bliżej sztuki i miło spędzając czas, rozmawiać o niej z rodzicami.

Jednym z takich nowych pomysłów naszego muzeum, jest Walizka Muzealnych Tropicieli. Dziś właśnie postanowiłyśmy do niej zajrzeć.

 

Walizka Muzealnych Tropicieli

 

Walizkę dostałyśmy w szatni i była do naszej dyspozycji na cały czas muzealnych poszukiwań, a pracy z poszukiwaniami miałyśmy bardzo dużo.

Wewnątrz walizki znalazłyśmy mnóstwo różnych przedmiotów. Do każdego z nich dołączona była kolorowa etykieta z opisem zadania, które należało wykonać. Kolory etykiet zawężały obszar poszukiwań do wskazanej galerii.

 

Wnętrze Walizki Muzealnych Tropicieli

Wstępnego rozpoznania zasad dokonałyśmy zresztą przy obrazach kolorystów, wykonując pierwsze zadanie łączenia barw na wzorniku. Później, przy portretach Witkacego, robiłyśmy śmieszne miny do dołączonego lusterka.

Kiedy w Galerii Sztuki Współczesnej odszukałyśmy „Obraz liczony 35328 – 57052”, musiałyśmy użyć kalkulatora, by znaleźć ilość liczb na obrazie.

 

Obraz liczony

 

Następnie, w czapce z dzwoneczkami, szukałyśmy sławnego „Stańczyka” i postaci z innymi atrybutami znalezionymi w walizce: kwiatami i pomarańczą.

Przed “Madonną z Dzieciątkiem i barankiem” (Quentin Massys), dzieci ułożyły puzzle z tym obrazem.

 

 

Madonna z Dzieciątkiem i barankiem

 

Przy innym obrazie z Madonną: „Święta rodzina w wieńcu kwiatów” (Daniel Seghers) używałyśmy lupy by odnaleźć i policzyć wszystkie owady. Zauważyłyśmy też, że chłopcy, którzy zwiedzali muzeum z taką jak nasza walizką, swoje puzzle układają właśnie przy tym obrazie, a więc wyposażenie tropicieli trochę zróżnicowano.

Kredek i kolorowanek należało użyć w sali z polskimi portretami szlacheckimi, zapoznając się z elementami opisanego stroju (żupan, kontusz, pas, czapka, buty).

 

Elementy stroju szlacheckiego

 

 

By rozwiązać ostatnie zadanie, musiałyśmy otworzyć drewniany kuferek.

 

Drewniany kuferek

Pomagając sobie lupą i latarką, dzieci oglądały drewnianą, polichromowaną, średniowieczną rzeźbę „Chrystus na osiołku”. Musiały zgadnąć z którego z  materiałów, których próbki znalazły w kuferku, wykonano rzeźbę. 

Dzieci polubiły to muzeum, a dla mnie najważniejsze jest to, że chcą tu wracać.

 

Sikorki

20.01.2009

Grypa, którą straszono nas już w pracy, w szkole i w przedszkolu, dotarła jednak i do naszego domu. Od kilku dni, świat oglądamy tylko przez okna. Zdumiewa nas, jak wiele ciekawych rzeczy obserwujemy w miejscu, które znamy przecież już od dawna, ale obserwacji któremu nie poświęcamy na co dzień aż tyle czasu. To miejsce to nasz ogród, opanowany teraz zimą przez stadko kolorowych sikorek. 

sikorka

Naszym punktem obserwacyjnym jest wygodna kanapa przy dużym tarasowym oknie, gdzie leżymy z córką okryte ciepłymi kocykami i zajadając jabłuszka, przyglądamy się naszym ptasim gościom.

Oni też nie głodują, zadbaliśmy o to już na początku zimy. Na starej śliwie zawiesiliśmy karmnik z mieszanką różnych nasion i regularnie uzupełniamy zapas.

 

karmnik w naszym ogrodzie

Wiemy, że karmnik musi wisieć na takiej gałęzi, by żaden kot nie był w stanie go dosięgnąć, ani z drzewa ani z powierzchni ziemi. Teraz upewniamy się naocznie, że ani jeden z kilku przemykających przez nasz ogród kotów, nawet nie próbuje już dosięgać ptaków przy karmniku.

sikorka przy karmniku

„Do dobrze działającego karmnika, zlatują się sikorki z odległości przeszło jednego kilometra i po zaspokojeniu pierwszego głodu lecą w razie dobrej pogody szukać swego zwykłego pokarmu, tj. owadów.” – przeczytałyśmy w jednej z książek, które przeglądamy by wzbogacić naszą wiedzę o sikorkach.

Hmm…, wygląda na to, że u nas sikorki siedzą na drzewach wokół karmnika przez cały dzień.
Są prześliczne, tłuściutkie i puchate, o żółtych brzuszkach przystrojonych czarnymi krawacikami, mają czarne łebki i białe policzki. Różnią się jednak trochę między sobą wielkością i plamami kolorów.

Jedna z naszych sikorek


Cały czas, któraś podlatuje po ziarenka. Trzy razy liczyłyśmy, ile ptaków będzie przy karmniku w ciągu 5 minut i za każdym razem naliczyłyśmy po 12 sikorek. Mają chyba dużo pracy, bo jak przeczytałyśmy „dzienna porcja pokarmowa sikory to ilość równa ciężarowi jej ciała”. W czasie śnieżnej zimy, nie mają szansy znaleźć owadów wśród opadłych liści, ani w zamarzniętych szczelinach drzew. Na szczęście lubią też tłuste, oleiste nasiona, które im wsypujemy.
W ostatni weekend, postanowiłyśmy zrobić sikorkom niespodziankę. Roztopiłyśmy w garnku smalec (bez soli!) i wymieszałyśmy go z nasionami niełuskanego słonecznika i suszonymi owocami. Później uformowałyśmy dużą kulę i włożyłyśmy ją do specjalnego, wiszącego karmnika.

kula dla sikorek

 

Przez jakiś czas, ptaki nie zwracały uwagi na ten smakołyk, ale tak podobno jest, że kilka dni zajmuje im odnalezienie nowej stołówki i przyzwyczajenie się do niej. Teraz nie mogą wprost oderwać się od kuli. Obserwujemy przez lornetkę, jak zgrabnie dostają się do pokarmu i machając skrzydłami, pomagają sobie utrzymać równowagę.

Widząc ich apetyt, żałujemy, że nie mamy żadnej stodoły ze snopkami zboża, które moglibyśmy – jak dzieci z Bullerbyn – umocować na drzewach. Pamiętacie ten smakowity fragment z książki?
„Na lipie siedziało moc gili, wróbli i sikorek, które wyglądały na bardzo głodne. Pobiegłam więc i spytałam tatusia, czy pozwoli nam trochę wcześniej wynieść snopki świąteczne dla ptaszków. Tatuś się zgodził. Pobiegliśmy więc wszyscy do stodoły i wzięliśmy pięć snopków owsa, które odłożyliśmy specjalnie w czasie młocki. Umocowaliśmy je wysoko na jabłonkach w naszym ogrodzie i już po chwili siedziało tam pełno ptaszków i łasowało.”

No cóż, my musimy raczyć nasze łasuchy ziarnami kupowanymi w sklepie. Teraz będziemy też im regularnie przyrządzać tłuste kulki, choć widziałam podobne, gotowe przysmaki również w sklepach zoologicznych.

 

tłuszcz dla sikorek

 

Chciałybyśmy bardzo, by choć para naszych zimowych gości, założyła wiosną rodzinę w naszym ogrodzie. Zaczynamy obmyślać już dla nich odpowiedni domek.

Przeczytałyśmy, że para sikorek, w ciągu dnia przynosi pisklętom pokarm ok. 580 razy. Zobaczymy, czy uda nam się to policzyć i sprawdzić:)

Pokoloruj sikorę bogatkę

 

Arabskie koleżanki lalki Barbie

16.01.2009

Mamy w domu ogromnie ciekawe czasopismo dla dzieci. Jest bardzo kolorowe, są w nim opowiadania, komiksowe historie o życiu w dalekich krajach, konkursy, instrukcja wykonania ramki do zdjęć, krzyżówki i zadania logiczne, przepisy kulinarne, opis eksperymentu, listy od czytelniczek i ich zdjęcia.

Niestety, oprócz kilku reklam i tytułu, nie potrafimy w nim nic przeczytać. To czasopismo dla arabskich dziewczynek: „Fulla Magazine”. Potrafimy, oczywiście, rozpoznać również cyfry i w ten sposób moje córki odkrywają, że gazetę należy przeglądać „od końca” – przewracając kartki z lewej strony na prawą.

Fullę znają chyba wszystkie dziewczynki w krajach arabskich. Podobna jest bardzo do lalki Barbie, ale to tylko zewnętrzne pozory. W duszy, hołduje tradycyjnym muzułmańskim wartościom, jej światem jest głównie dom i rodzina, ale bywa również lekarką czy nauczycielką.

Fulla posiada chyba nie mniejszą niż Barbie, liczbę akcesoriów i strojów. Mimo, że są one bardzo różnorodne i kolorowe, to jednak znacznie skromniejsze. Ramiona lalki nie są nigdy odkryte, a spódniczka sięga kolan. Fulla dysponuje też jednak ciekawszymi strojami. To, na przykład, tradycyjna arabska abaya, czy zestaw do porannej modlitwy.

Fulla, to nie jedyna arabska lalka na Bliskim Wschodzie. Jej koleżanką jest Jamila.

Równie jak Fulla ciemnowłosa i urocza, ale posiadająca już męża i dwoje dzieci. Miło było je poznać:)

Napisz swoje imię po arabsku

Zobacz Fullę na żywo

Dziadek do Orzechów

11.01.2009

 

 

 

 

Wczoraj powrócił do nas na chwilę bożonarodzeniowy nastrój. Wszystko za sprawą baletowej opowieści wigilijnej „Dziadek do Orzechów”.

 

Jej czar potęguje się właśnie zimą, kiedy zziębnięte dzieci zasiadają na widowni, a na scenie trwają przygotowania do Wigilii i zapalają się świeczki na ogromnej choince.

 

Urok „Dziadka do Orzechów” tkwi oczywiście w muzyce, w sztuce baletu, choreografii, ale też w dużej mierze w scenografii. Ta, którą możemy oglądać w poznańskim Teatrze Wielkim, podkreśla baśniowy nastrój. Gra świateł, wirujące płatki śniegu i kwiatów, tańczące dzieci, wielkie myszy ze świecącymi oczyma, ołowiane żołnierzyki – wszystko to zachwyca dzieci, nawet te całkiem nieduże, których sporo było na widowni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moją młodszą córkę wprost pochłonął taniec arabski. Ostatnio ćwiczymy go w domu, w teatrze zobaczyła jego baletową wersję. Prawdę mówiąc, równie piorunujące wrażenie wywarł na niej operowy żyrandol:)

 

 

Wpływ na powstanie „Dziadka do Orzechów” miało wielu twórców. Oczywiście Piotr Czajkowski, autorzy libretta, ale samą bajkową historię stworzył Ernst Hoffmann. Napisał baśń, dziejącą się na granicy jawy i snu, z wyraźnymi elementami grozy, zdecydowanie złagodzonymi w baletowej wersji.

 

 

 

Pisząc tę opowieść nie zgadłby pewnie, że stanie się ona inspiracją baletu wystawianego na całym świecie, ale też w Poznaniu, mieście w którym mieszkał niedługo - w latach 1800-1802 – które było jednak bardzo ważne dla niego. Tu jako młody prawnik, pracujący w pruskim sądzie zakochał się w swojej drugiej żonie, Polce Michalinie Rohrer-Trzcińskiej. Ślub wzięli – co jest dla mnie ciekawym odkryciem – w moim parafialnym kościele Bożego Ciała.

Hoffmann nie lubił swojej pracy, wolał komponować, malować i pisać. Za malowanie karykatur swych przełożonych, musiał opuścić Poznań.

Choć „Dziadka do Orzechów” napisał znacznie później, ciekawe, czy Klara mogła mieć swój pierwowzór w jakiejś dziewczynce mieszkającej w XIX-wiecznym Poznaniu?

Być może, choć akcja opowieści ma miejsce w Norymberdze. Myślę natomiast, że pewnie wszystkie oglądające „Dziadka do Orzechów” małe Poznanianki, chciałyby być Klarą, choćby w przedstawieniu.

Moja pięcioletnia córka już od dawna deklarowała chęć tańczenia w balecie, teraz jest przekonana, że będzie baletnicą!

 

 

Piotr Czajkowski „Dziadek do Orzechów”, Teatr Wielki w Poznaniu

 

Pokoloruj “Dziadka do Orzechów”: kolorowanka

 

 

Dzieciństwo Orhana Pamuka

10.01.2009

Nigdy nie byłam w Stambule, ale też nikt z nas nie trafi już do tego miasta, które opisał Orhan Pamuk. A może wszyscy już tam kiedyś byliśmy? W uniwersalnym mieście dzieciństwa.

 

Stambuł” – jak każdą dobrą literaturę – można odczytywać na wielu poziomach.

Dla mnie, to zagłębienie się we wspomnieniach uczuć doświadczanych w dzieciństwie. „Opowiadając o Stambule, mówię o sobie– podpowiada nam zresztą pisarz.

 

To ciekawe, jak wspomnieniom można nadać kolor. „Moje dzieciństwo było jak czarno-białe fotografie Stambułu – dwubarwne, zatopione w stalowoszarym półmroku” przeczytałam i odkryłam, że ja również myśląc o swoim dzieciństwie, łączę je z albumami pełnymi czarno-białych zdjęć. Takie zdjęcia zapełniają też karty książki, a łącząc się z osobistymi refleksjami pisarza, powodują, że odbieram „Stambuł” jako najbliższą sobie, ze wszystkich przeczytanych książek tureckiego noblisty.

 

Czy „monochromatyczność” wspomnień wynika tylko z przywoływania ich poprzez fotografie? Wspomnienia tchną ciepłem, ale być może tak daje o sobie znać troska dorosłego pisarza o małego Orhana: „To, co po latach uznałem za wszechogarniającą melancholię i tajemnicę, w dzieciństwie odczuwałem jako nudę, przygnębienie, otępiającą monotonię(…)Uciekałem od tych doznań w świat fantazji.”
 
 
Uciekał od niezrozumienia, ciągłych domowych kłótni, rozstań z rodzicami. Sceną była kamienica należąca do jego zeuropeizowanej, mieszczańskiej rodziny w Stambule lat pięćdziesiątych, miejsce magicznych wspomnień o prozaicznych wydarzeniach. Takich jak to, kiedy dziecko, jest świadkiem kłótni w sąsiednim pokoju: „..jak za wzorzystym szkłem cienie matki i ojca zbliżają się i oddalają od siebie, ożywają nagle i łączą ze sobą wśród wrzasków i krzyków, tworząc jeden cień (…) Energia rodziców sprawiła, że szyba w drzwiach dygotała, a wszystko wokół było czarno-białe”
 

 

Wiele lat później, Orhan, w trakcie rodzinnej, niedzielnej wycieczki nad Bosfor, odkrywa powtarzalność ludzkich losów: „zobaczyłem w autach inne rodziny, też zmęczone, nieszczęśliwe i skłócone”

 

 

Bardzo zabawne wydają mi się odkrycia zwyczajności swojej rodziny i swojego życia, które dokonuje małe dziecko:

- „Gdy w witrynie sklepu papierniczego zauważyłem identyczny podręcznik, jakiego używał mój brat w szkole, wiedziałem już, że nasze zwyczaje i dobytek nie są wcale wyjątkowe, że inni ludzie wiodą życie podobne do naszego”

- „Ponieważ brat w podnieceniu wciąż opowiadał o swoim wychowawcy, byłem przekonany, że każdy uczeń ma swojego osobistego nauczyciela, tak samo jak każde dziecko ma własną nianię. Gdy więc rok później zobaczyłem w klasie trzydzieścioro dwoje uczniów i jednego nauczyciela, poczułem głębokie rozczarowanie”

 

 

Nie dajmy się jednak zwieść pisarzowi, który sam nas zresztą ostrzega przed nostalgią wspomnień: „… nie ukształtowało mnie prawdziwe życie, lecz własna wyobraźnia. Dlatego czytelnicy, którzy mają teraz przed sobą tę książkę, powinni pamiętać, że zawsze miałem skłonność do wyolbrzymiania. (…)Ale przecież tak samo jak dla artysty malarza nie jest istotna rzeczywistość, tylko kształt przedmiotów, tak dla powieściopisarza nie liczy się kolejność wydarzeń, lecz ich kompozycja, a dla autora wspomnień – ich symetria, nie prawdziwość.”

 

 

Czytając tę książkę, zastanawiałam się właśnie, czy pewne wątki zawartych tu wspomnień, które później pojawiają się w twórczości noblisty, nie stanowią po prostu dodatkowej przyprawy do lektury. Z drugiej strony, to przecież prawdziwa przyjemność je odnajdywać: 

- „Śnieg jest nieodłącznym elementem moich stambulskich wspomnień z lat dziecinnych. Niektóre maluchy nie mogą się doczekać pierwszego dnia wakacji – ja nigdy nie mogłem doczekać się śniegu.”

- „Kiedy już nauczyłem się czytać, najbardziej ekscytowały mnie wydawane przez wuja książki dla dzieci, których setki dostawałem w prezencie. Niebawem znałem je wszystkie na pamięć (wybór baśni Księgi tysiąca i jednej nocy, kolejne tomy Brata sokoła, baśnie Andersena, encyklopedia odkryć i wynalazków)”

 

 

Zachęcam do poszukiwań śladów z tej książki, w innych powieściach Orhana Pamuka, ale też odkrywania pamięci własnego dzieciństwa, własnego Bosforu.

 

Orhan Pamuk „Stambuł. Wspomnienia i miasto”, Wydawnictwo Literackie 2008

 

 

 

 

 

Orhan Pamuk                                         ja

 

Roszpunka

04.01.2009
http://woolpictures.com/
www.woolpictures.com

 

 Dawno, dawno temu żyli na świecie mąż i żona, oczekujący urodzenia dziecka. Okno ich domku wychodziło na przepiękny ogród czarownicy i gdy któregoś dnia, żona ujrzała w nim, rosnącą bujnie roszpunkę, zapragnęła ze wszystkich sił ją skosztować. Oboje wiedzieli jak niebezpieczne jest wejście do ogrodu, ale mimo to dwukrotnie udało się mężowi przynieść żonie zielone listki. Jej apetyt wzmagał się i mąż po raz trzeci zakradł się do ogrodu. Tym razem czarownica już na niego czekała i w zamian za darowanie życia wymogła obietnicę oddania jej nowonarodzonego dziecka.

W ten sposób Roszpunka zamieszkała u czarownicy, zamknięta w wieży bez drzwi i schodów. Czarownica odwiedzała ją każdego dnia, wchodząc przez okienko na wieży, po spuszczonych w dół pięknych, złotych włosach dziewczyny.

Pewnego razu, zwabiony śpiewem Roszpunki, przybył pod wieżę piękny książę. Odkrył sekret dostania się na górę i odtąd młodzi spotykali się każdej nocy, planując ucieczkę. Roszpunka plotła drabinę z przynoszonej przez księcia przędzy, lecz niestety, nim ukończyła pracę, czarownica odkryła ich sekret. Wygnała przybraną córkę do lasu, wcześniej obcinając jej włosy. Nie podejrzewający niczego książę wszedł jak zwykle po włosach Roszpunki na wieżę, gdzie zastał jednak żądną zemsty wiedźmę. Uciekając przed jej gniewem spadł w cierniste krzewy i straciwszy wzrok błąkał się długo po świecie. Po wielu latach dotarł do pustelni w lesie, w której mieszkała jego ukochana wraz z urodzonymi tam dziećmi, bliźniętami chłopcem i dziewczynką. Kiedy łzy Roszpunki spłynęły do oczu księcia, ten odzyskał wzrok i razem wrócili do królewskiego pałacu, gdzie długo jeszcze żyli szczęśliwie.

 

„Roszpunka” to jedna z najbardziej znanych baśni braci Grimm.

 

Oprócz wielu znaczeń jakie niesie, nam rodzicom warto zwrócić uwagę na przesłanie ostrzegające przed próbą zbyt długiego zatrzymywania dziecka dla siebie. Tym cenniejszy wydaje się więc nasz wspólny czas.

W tym roku spędziłyśmy go też trochę z Roszpunką. Wszystko zaczęło się jesienią, kiedy nasiona prawdziwej roszpunki wysiałyśmy w ogrodzie.

Współcześnie żyjącym dzieciom trudno zrozumieć, że nie zawsze ludzie mogli zjadać to na co mieli ochotę, że zima oznaczała kiedyś brak świeżych warzyw i owoców, a z jej końcem trudno nieraz nawet było o jakiekolwiek pożywienie.

Jakże cennym warzywem musiała być więc w zimie roszpunka. Rośnie nawet pod śniegiem, o czym właśnie przekonałyśmy się doświadczalnie.

Jak przyjemnie móc zerwać zimą w ogrodzie coś zielonego na sałatkę!

Roszpunka w naszym ogrodzie

Zaczęłyśmy próbować zielone listki o orzechowym smaku, zjadając dużą część naszych zbiorów. Cóż się dziwić biednej matce Roszpunki. Była w ciąży, musiała odczuwać więc straszny głód witamin, a roszpunka ma ich sporo: witaminy A, B i C, dodatkowo fosfor, wapń, żelazo i potas.

 

Nam udało się nie zjeść od razu wszystkich listków. Dodałyśmy je do sałatki, mieszając z liśćmi szpinaku, pomidorkami i startym owczym serem.

Później znów poczytałyśmy sobie „Roszpunkę”.

 

Craftblog

 

ROSZPUNKA W SKLEPIE PIKININI

 

Zbójeckie księgi

02.01.2009

  

W książce Grzegorza Leszczyńskiego „Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku”, tak jak w życiu, wszystko zaczyna się od baśni. Autor – historyk literatury dziecięcej – zdecydowanie nie jest zwolennikiem tezy, że dzieci należy chronić przed pozornym okrucieństwem baśniowych opowieści. One są ojczyzną dzieciństwa, „wielkim początkiem” wszystkich lektur. Refleksjom o baśniach jest poświęcona pierwsza i też najobszerniejsza część książki.

Zgadzam się z postawioną tu tezą, że nasze późniejsze doświadczenia czytelnicze wyrastają z kontaktu z baśnią, a w miarę dojrzewania i nabywania życiowej wiedzy poszukujemy lektury, która byłaby dostosowana do naszego zasobu przeżyć i jednocześnie stanowiła odpowiednik baśni. To tłumaczyłoby moją miłość do realizmu magicznego Marqueza:)

 

Dzieło, które jest „odpowiednikiem baśni” powinno spełniać następujące warunki:

- jest źródłem głębokich emocji

- wyzwala napięcie lekturowe prowadzące do doświadczania satysfakcji z samego obcowania z utworem

- porządkuje rzeczywistość, odkrywa sens, czasu, cierpienia, przemijania

- pozwala utożsamić się z podmiotem opowieści, z jego emocjami i pytaniami stawianymi światu

- dotyka tajemnicy życia, człowieka i świata

- przezwycięża egzystencjalną samotność człowieka

 

 

W drugiej części „Magicznej biblioteki”, autor podejmuje się analizy późniejszych lektur czasu młodości i dorastania. Powyżej przytoczone warunki dzieła literackiego, stanowią kryterium doboru książek. Cytując Leszczyńskiego „warto czytać tylko takie książki, które poruszają, wyprowadzają z rytmu codzienności, zmieniają świat i wokół, i w nas. Niezależnie od wieku, niezależnie od tego, czy mamy lat kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt – tylko takie książki warto czytać. Książki zbójeckie. Na inne szkoda czasu.”

 

Trzecia część książki dopełnia całość refleksji o literaturze dla dzieci, czyniąc z „Magicznej biblioteki” prawdziwą antologię i kompendium wiedzy o wartych czytania książkach. Znajdziemy tu listy książkowych „kanonów” wg subiektywnej oceny autora, wg otrzymanych nagród, listę stron internetowych wydawnictw, bibliotek.

 

Całość starannie wydana, z ilustracjami zaczerpniętymi z omawianych książek

Sama przyjemność z czytania!

 

Ilustracja J.M.Szancera do baśni “Dziewczynka z zapałkami” 

 

Grzegorz Leszczyński „Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku”, Centrum Edukacji Bibliotekarskiej, Informacyjnej i Dokumentacyjnej im. Heleny Radlińskiej, Warszawa 2007

 

Nowe latko 2009

01.01.2009

 

Dzień 1 stycznia, był w dawnej Polsce dniem przygotowywania obrzędowego pieczywa zwanego: „Nowe latko”. W różnych regionach Polski, w różny sposób kultywowano tę tradycję, ale jej cel był ten sam: przekazanie wszystkim domownikom zaklętej siły, zdolnej pokonać choroby, zło, mającej sprowadzić pomyślność w nadchodzącym Nowym Roku. „Nowym latkiem” były zazwyczaj wypiekane z ciasta figurki zwierząt gospodarczych i dzikich. Najwięcej uciechy z tych zwierzątek, miały oczywiście bawiące się nimi dzieci, obdarowywane tak również przez swoich rodziców chrzestnych.

Czasami, ulepione zwierzątka ustawiano dodatkowo na zwiniętym w okrąg wałku z ciasta, symbolizującym rok, a ustawione na nim zwierzęta wkraczały kolejno w następujące po sobie pory roku, tworząc rodzaj magicznego, chroniącego przed złem kręgu.

Dziś dziewczynki również upiekły „nowe latko”. W ich wykonaniu ciasto przybrało formę Myszki Miki, pieczone w otrzymanym od Gwiazdora tosterze-gofrownicy. Posypane cukrem pudrem myszki, były przepyszne. Na pewno przyniosą nam dużo szczęścia w nadchodzącym roku.