Archiwum z miesiąca: Luty, 2009

Walentynkowe misie

14.02.2009

 

Pomysł na upieczenie drożdżowych misi, zaczerpnęłyśmy z ostatniego numeru pisma Miś”.

Drożdżowe misie

 

Składniki, które użyłyśmy to:

35 dag mąki pszennej

niecała szklanka ciepłej wody

malutki kawałek drożdży (wielkości laskowego orzecha)

1 łyżka oliwy

szczypta soli

 

Mąkę, drożdże, sól i olej wymieszałyśmy z ciepłą wodą i ugniotłyśmy ciasto. Później podzieliłyśmy je na 4 części i z każdej z nich formowałyśmy misia.

Połowa każdej kuli została zużyta na brzuszek, reszta na głowę, łapki i nosek. Połączenie całości ułatwiło rozbełtane jajko.

Gdy misie były już ulepione, poszły na ok. 1 godz. spać pod lnianą ściereczką, na wysmarowanej masłem blaszce. Spały na płycie piecyka, ciepłej od rozgrzewanego powoli piekarnika.

Zawsze, kiedy muszę odłożyć do wyrośnięcia drożdżowe ciasto, tęsknię za ciepłem kaflowego pieca w kuchni mojej babci. Gotowanie na nim byłoby dla mnie chyba bardzo trudne, natomiast łatwo było, przez długi czas, utrzymywać na nim w cieple, duże ilości potraw.

Miś

Po godzinie odkrywamy misie, które zgodnie z regułą „podczas snu dzieci rosną”, rzeczywiście mocno zmieniły swój rozmiar (również wszerz).

Przed włożeniem blachy do piekarnika (ok. 220o i ok. 15-20 minut pieczenia), „Miś” proponuje posmarować figurki jajkiem i posypać je sezamem, startym żółtym serem, makiem lub słodką kruszonką. Wtedy wyglądałyby tak jak na obrazku w gazetce:

Drożdżowe misie z "Misia"

 

My jednak nie potrafiłyśmy przestać myśleć o słodkiej urodzie ciasteczek „Candy cakes”, których zdjęcia obejrzałyśmy ostatnio na zaprzyjaźnionym blogu Fiorello i udekorowałyśmy bułeczkowe misie bardziej kolorowo i walentynkowo.

Misie walentynkowe

Zabawki z Norymbergii

13.02.2009

 

Muzyka z „Dziadka do Orzechów”, od czasu gdy dzieci obejrzały baletowe przedstawienie w Poznaniu, intensywniej towarzyszy naszemu życiu.

Ostatnio, mieliśmy również okazję spotkać mnóstwo prawdziwych, drewnianych figurek dziadka do orzechów. Taką figurkę można kupić, jako pamiątkę z Norymbergii, miasta w którym rozgrywa się akcja opowieści Hoffmann’a.

Figurki Dziadka do Orzechów

Norymberga rzeczywiście wspaniale oddaje nastrój tej baśniowej historii i warto przyjechać tu z dziećmi.

Ciekawą atrakcją jest zegar na średniowiecznym kościele Najświętszej Maryi Panny. Codziennie w południe, po sygnale podnoszonych przez drewniane rzeźby trąb, pod zegarem pojawiają się figurki siedmiu elektorów i składając hołd cesarzowi, przesuwają się wokół jego postaci.

Mechanizm zegarowy w Norymberdze

Na rynku, na którym stoi kościół, wokół straganów rozstawiono już pojemniki z mnóstwem wiosennych kwiatów, głównie tulipanów. Mimo całego zimowego piękna Norymbergii, wszyscy tęsknią już jednak za wiosną. Piękne kwiaty stanowiły dla mnie zdecydowanie zbyt duży kontrast z lutowym zimnem. Nie wiem, czy nie są jednak prawdziwsze i piękniejsze, kiedy pojawiają się wraz z prawdziwą wiosną.

wiosenne kwiaty na rynku w Norymberdze

Okolice Norymbergii były kiedyś - i jest tak w pewnym stopniu do dzisiaj - centrum produkcji i handlu zabawkami.

Największą ich ilość, można zobaczyć w dużym Muzeum Zabawek, które zaprasza na ekspozycje ogromnym plakatem z reprodukcją „Zabaw dziecięcych” Breugla. Gdyby dzień był cieplejszy moglibyśmy pobawić się w liczenie rodzajów zabaw na obrazie, ale w lutym,  po znalezieniu ok. 80 zabaw, byśmy jednak zmarznięci, zwłaszcza, że mieliśmy już dość długi spacer przez Norymbergę za sobą.

Spielzeugmuseum

W muzeum, zachwyciły mnie miniaturowe pokoiki zrobione w pudełkach od zapałek i przepiękne, bardzo bogate domki dla lalek.

Nie służyły one podobno do zabawy, lecz miały na celu przygotowanie młodych dziewcząt do pełnienia roli pani domu. Mieściły zatem w sobie pełne wyposażenie bogatego, mieszczańskiego salonu, sypialni, kuchni, pomieszczeń dla służby. Domki takie były wystawiane też w reprezentacyjnych pomieszczeniach, jako dowód zasobności rodziny, miniaturowe odwzorowanie idealnego domu.

Zaciekawiły mnie też zabawki z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Miniaturki prawdziwych sprzętów domowych, pralki, kuchenki, żelazka, stanowiące niedostępny luksus dla dziecka w PRL-owskiej Polsce, którym wówczas byłam, teraz wydają się strasznie anachroniczne.

Nic w muzeum nie było jednak ciekawsze od intrygującej wystawy zabawek z okresu III Rzeszy. Jej częścią były też gry, wysyłane żołnierzom na front. Nieprawdopodobne, w jak propagandowy sposób, można wykorzystać zwykłą zabawę.

Zabawki w III Rzeszy

Gra frontowa

Dziecko w dawnej Polsce

12.02.2009

 

Nie wierzę w przesądy. Często jednak spotykam się ze zjawiskiem, kiedy ludzie, którym ma urodzić się lub urodziło się dziecko stosują „magiczne rytuały”, otaczają noworodka pewnego rodzaju amuletami. To fascynujące, jak w naszym nowoczesnym świecie, wciąż funkcjonują niezmienne od wieków formy zachowań i postaw. Bardzo zajmujące stać się może ich poszukiwanie w historii. Ułatwi nam to na pewno, książka Doroty Żołądź-Strzelczyk „Dziecko w dawnej Polsce”.
Autorka jest historykiem i archeologiem, profesorem, a jej badania nad dzieciństwem – z zakresu kultury staropolskiej (XVI-XVIIIw.) – zawarte w omawianej książce są nie tylko bardzo rzetelne, ale i zajmująco opisane.

"Dziecko w dawnej Polsce"

Poruszane zagadnienia obejmują okres ciąży, narodzin, rytuałów związanych z wyborem imienia, chrztem, sposobem żywienia, higieną, ubiorem, zabawą, edukacją. Jest rozdział poświęcony zdrowiu i; jakże powszechnej przecież przez wieki; śmierci dzieci oraz sztuce nagrobnej z tym związanej. Możemy przeczytać również dużo o losie dzieci niechcianych, porzucanych bądź zabijanych. Częścią książki jest obszerna antologia materiałów źródłowych, na których analizie oparte zostały badania i bardzo bogata (zachęcająca do dalszych poszukiwań!) bibliografia.

 

Bardzo ciekawe dla mnie – i dzieci, którym odczytuję takie „smakowite kąski” w książce – są opisy codziennych zdarzeń z dzieciństwa, zaczerpnięte ze spisanych wspomnień. Kilka razy musiałam czytać dzieciom, jak żyjący w XVIII w. Józef Rulikowski opisywał przyjęcie – w bogatym domu - na którym siedzące przy osobnym stoliku dzieci zajadały się kaszą.

 

„Dzieci różnego wieku obojga płci, razem posadzono przy osobnym stole, specjalnie dla nich nakrytym. Obwiązano każde dziecko serwetą, aby sukni sobie nie pokapali. Jedzenie podano im na jednym półmisku. (…) Była to miska kaszy drobnej hreczanej, gęstej i wiele nas było, tyle dołków łyżką zrobiono w kaszy. Włożono potem w te dołki, zwane krynicami, świeże masło, które powoli roztopniało. I pozostawiono dzieci same. (…) Starsze podbierały jedzenie młodszym. Wtedy małe dziewczęta w płacz, a jam się oburzył na taki podstęp chytrości, chciałem przemocą swą własność odebrać. Dopiero interwencja dorosłych pomogła, odebrano podstępnym ich zdobycz i na nowo podzielono kaszę.”

 

Cały opis zdarzenia  musi rzeczywiście fascynować nasze dzieci, przyzwyczajone przecież do nadmiaru słodyczy, i to nie tylko od święta.

No cóż, przez wiele stuleci, najbardziej zalecanym pożywieniem dla dzieci były (co cytuję za „Zielnikiem” Syreniusza) – jagły: „…dobrze dzieci małe do tej potrawy zwyczaić mieląc jagły na mąkę, w mleku je warzyć, która daleko zdrowsza i posilniejsza a niźli mięso z którego zamnożenie glist dostają”.

Syreniusz zalecał też potrawy z chleba, polewkę piwną, krupy jęczmienne, mąkę przypiekaną w mleku, krupy owsiane gotowane w mleku, mąkę owsianą i słodkie wino!

Ze słodyczy pozostawały owoce – jabłka i gruszki lub gałeczki z chleba i cukru. Dzieci jadły zdecydowanie mniej urozmaicone dania niż dorośli, i właśnie w ich przypadku, rodzaj potraw nie zależał; tak bardzo jak u dorosłych; od stanu społecznego.

posiłek ze wspólnej miski

Temat kaszy zdominował też zdecydowanie nasze ostatnie przygotowania do obiadu. Przyrządziłyśmy ją z grzybkami, śmietaną i koperkiem, ale podałyśmy na osobnych dla każdego talerzach:)

 

Dorota Żołądź-Strzelczyk „Dziecko w dawnej Polsce”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006

Małe Conieco z Kubusiem Puchatkiem

03.02.2009


Wbrew wszelkim logicznym argumentom o niepraktyczności takiego przedsięwzięcia, uwielbiam gotować i przygotowywać różne potrawy razem z dziećmi.

Wybieramy zazwyczaj dania, wg prostych przepisów, które zawsze się udają, a nawet jeśli nie przypominają oryginału, to i tak są dobre:)

Zawsze jest nam bardzo wesoło w kuchni; lubimy też, kiedy towarzyszą nam wtedy jakieś ciekawe, znane z historii czy z literatury postaci.

Ostatnio był to Kubuś Puchatek.

Kubuś Puchatek i Conieco

Mała książeczka z przepisami zainspirowanymi postacią tego najsławniejszego w świecie misia, cieszy się w naszym domu dużą popularnością. No cóż, są to bardzo słodkie przepisy:)

Już sama lektura indeksu potraw, potrafi poprawić nastrój. Z każdej strony kuszą różnego rodzaju babeczki, słodkie chlebki i bułki, ciastka, grzanki, dżemy, słowem „angielski podwieczorek”.

Tym razem na nasze „Conieco” wybrałyśmy BUŁECZKI OWSIANO-RODZYNKOWE


Potrzebne są następujące składniki:

1 szklanka mąki pszennej

1 szklanka mąki razowej

łyżeczka sody oczyszczonej

pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej

pół łyżeczki cynamonu

3 łyżki cukru

pół łyżeczki soli

szklanka płatków owsianych

18 dag masła

szklanka rodzynek

jajko (osobno białko i żółtko)

szklanka jogurtu

cukier do dekoracji (użyłyśmy cynamonowego)

 

Nagrzewamy piekarnik do temperatury 190oC.

Mieszamy mąkę z sodą, gałką, cynamonem, cukrem, solą, płatkami owsianymi. Dodajemy masło i wszystko wyrabiamy ręcznie, wsypujemy rodzynki. Do masy wlewamy wymieszane z jogurtem żółtko i dalej wyrabiamy ciasto. Formujemy nieduże bułeczki. Smarujemy je białkiem i posypujemy cukrem.

 

Bułeczki smarujemy białkiem

 

Pieczemy ok. 20 minut.

Nam wyszło 13 bułeczek, zdecydowanie w różnym rozmiarze:)

 

Bułeczki owsiano-rodzynkowe

 

Do bułeczek przygotowałyśmy jeszcze MIODOWE MASŁO.

Jego przyrządzenie polegało po prostu, na ucieraniu miękkiego masła z miodem. Nie odmierzałyśmy składników, choć w przepisie podane są 3 łyżki miodu na 12 dag masła.

 

Bułeczki trochę się kruszyły, ale zostały praktycznie zjedzone kiedy jeszcze były bardzo ciepłe. Myślę, że Kubuś Puchatek też nie czekałby aż wystygną!

 

„Kubuś Puchatek zaprasza na podwieczorek i małe conieco”  wg A.A.Milne, wyd. Prószyński i S-ka 1999

Karnawałowe maski

01.02.2009

 

Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.”

Karnawał, to czas w roku, kiedy słowa ze sztuki “Jak wam się podoba” Shakespeare’a, można odbierać bardziej dosłownie. Dzieci przebierają się w karnawałowe stroje, zakładają maski, a i dorośli również chętnie wracają do tej beztroskiej i dziecięcej w formie zabawy. Jestem ciekawa, jak na maskowe bale dorosłych patrzą dzieci. Czy zbliżamy się wtedy bardziej do ich świata?

Spojrzeć na świat jak dziecko. Udało się to zdecydowanie Tadeuszowi Makowskiemu. Dzieci na jego obrazach obserwują rzeczywistość – w pewnym stopniu uproszczoną, skrojoną na miarę dziecięcej wyobraźni – w bardzo przenikliwy sposób. Jak gdyby znały już prawdziwy sens słów Shakespeare’a:)
Bardzo lubimy obrazy Makowskiego. Wczoraj bliżej przyjrzałyśmy się jednemu z nich.
  

Tadeusz Makowski "Maskarada"

Muzeum Narodowe w Poznaniu, cyklicznie organizuje edukacyjne spotkania dla dzieci „Sito Sztuki”. Tematem wczorajszych zajęć zatytułowanych „Nowy rok, nowa twarz” były karnawałowe maski.

Na początku zajęć, dzieci usiadły na poduszkach, przed obrazem Makowskiego „Maskarada”. Rozmawiały z prowadzącymi paniami o obrazie, o karnawale, o maskach, głośno zastanawiały się jakie maski chciałyby założyć.

"Sito Sztuki" w Poznaniu

Później zajęcia przybrały charakter praktycznych warsztatów. Z plastycznej masy papierowej należało wykonać własnego pomysłu maskę, a potem ją pomalować.

Tworzenie maski

Malowanie

Starsza córką wykonała „Czerwoną małpę”, a młodsza „Lwa”.

Lew

W czasie warsztatów, poznańska telewizja przeprowadzała wywiady z dziećmi i filmowała ich pracę. Wieczorem, obejrzałyśmy więc nasz regionalny program informacyjny „Teleskop”. Bezpośrednio przed relacją o muzealnych warsztatach, pokazano małą, chorą dziewczynkę Liwię i jej mamę, proszącą o pomoc na jej leczenie. Moje dziewczynki postanowiły pomóc Liwii, przeznaczając na jej operacje, pieniądze, stanowiące dużą część ich skarbonkowych oszczędności. Dziś poczytałyśmy też o Liwii na jej stronie internetowej: Uśmiech Liwii

Cieszę się, że moje dzieci są wrażliwe na sztukę, ale znacznie bardziej cieszy mnie ich wrażliwość na trudny los innych.