Archiwum z miesiąca: Maj, 2009

W Bullerbyn

30.05.2009

 

Zbliża się Dzień Dziecka, a my na wygodnej kanapie czytamy w deszczowe dni, wydaną niedawno przez Zakamarki kolorową książeczkę „Dzień Dziecka w Bullerbyn”.

Astrid Lindgren "Dzień Dziecka w Bullerbyn"

To niepublikowane dotychczas w Polsce opowiadanie, zostało napisane przez Astrid Lindgren wiele lat po „Dzieciach z Bullerbyn”, ukochanej książce mojego dzieciństwa. By spędzić dzień w Bullerbyn, oddałabym kiedyś wiele i nie musiałby to być wcale Dzień Dziecka. Kerstin, dwuipółletnia główna bohaterka świątecznego opowiadania, też jest raczej zwolenniczką zwykłych, bullerbynowych chwil. Z rezerwą podchodzi do prób zorganizowania dla niej niezwykłego dnia. Woli popatrzeć sobie na kury i prosięta.

„Przecież możemy jej pokazać wszystko, co mamy tutaj, w Bullerbyn – zaproponowała Britta. – Jak ma być Dzień Dziecka, to niech będzie.” No właśnie, w Bullerbyn zwykłe dni wypełnione codziennymi zajęciami i prostymi zabawami były zawsze niezwykłe i cudownie magiczne.

Z przyjemnością przerzucam kartki nowej książki. Papier jest grubszy i nieco chropowaty, kojarzy się bardzo nostalgicznie. Ilustracje Ilon Wikland  są przepiękne.

Ja jednak ciągle lubię również ilustracje z mojej dziecięcej, mocno już sfatygowanej książki „Dzieci z Bullerbyn”.

"Dzieci z Bullerbyn" 

Kiedy trafiła w moje ręce była już trochę zaczytana przez starsze kuzynki. Jednak ślady długopisu na ilustracji przedstawiającej Bullerbyn są mojego autorstwa. Pewnego dnia, odrysowywałam domy przez kalkę:)

Zagrody w Bullerbyn

W tę czarnobiałą ilustrację wpatrywałam się wiele razy i wyobrażałam sobie w której zagrodzie mieszkam i jak układam w swoim pokoju, tkane na krosnach dywaniki w paski.

Książkę czytałam tyle razy, że nie potrafię już nawet oszacować liczby. Wracałam do niej też zawsze kiedy leżałam chora, z dużą gorączką i nie mogłam się skupić na żadnym innym tekście. Ta lektura przynosiła mi ukojenie i wewnętrzny spokój. Wiem, że w podobny sposób odbierają ją dzieci na całym świecie, choć podobno w Niemczech znacznie popularniejsza była lektura „Pippi Langstrumpf”. Być może w Polsce za żelazną kurtyną, bardziej tęskniliśmy do spokojnego arkadyjskiego świata, podczas gdy niemieckie dzieci były w tym czasie bardziej żądne przygód i społecznego wyzwolenia;)

W każdym razie, teraz kiedy jestem już dorosła, książkę czytam z równą przyjemnością i robię to często wraz z moimi córkami. Często czytamy również, niedostępne w czasach mojego dzieciństwa, obrazkowe wersje bullerbynowych przygód wydawane przez Wydawnictwo Zakamarki, takie właśnie jak „Dzień Dziecka w Bullerbyn”. Dzięki prostemu tekstowi i kolorowym ilustracjom, można czytać je już całkiem małym dzieciom.

Kiedy w zeszłym roku jechaliśmy do Szwecji, w drodze towarzyszyła nam, słuchana w aucie wersja audio „Dzieci z Bullerbyn”, czytana przez Irenę Kwiatkowską. Pod koniec lektury, dotarliśmy do Bullerbyn.

Sevedstorp

W wiosce, która naprawdę nazywa się Sevedstorp, rzeczywiście znajdują się trzy zagrody.

Trzy zagrody w Bullerbyn 

Tu nakręcono film o przygodach dzieci, a w Zagrodzie Środkowej wychowywał się ojciec Astrid Lindgren.

Ilustracja z książki "Przygody Astrid..." 

To opowiadane przez niego historie z dzieciństwa i przeżycia samej Astrid z rodzinnego domu w Nas koło Vimmerby dały początek książce. O wszystkim najlepiej przeczytać w „Przygodach Astrid – zanim została Astrid Lindgren” Christyny Bjork. To lektura obowiązkowa dla wszystkich dzieci i dorosłych podążających szwedzkim szlakiem pisarki.

W Bullerbyn zadziwia sielska atmosfera dawnej wsi.

ilustracja z książki "Dzień Dziecka w Bullerbyn" 

Huśtawka w Bullerbyn

Tam też znaleźliśmy, charakterystyczne dla całej Smalandii drewniane płoty, obecne nawet w tematycznym parku rozrywki w Vimmerby.

Drewniany, szwedzki płot

W „Świecie Astrid Lindgren” również zbudowano miniaturowe Bullerbyn. Mnie najbardziej zainteresowała różnojęzyczna tablica informacyjna z różniącymi się nieco wersjami imion głównych bohaterów książki.

"Świat Astrid Lindgren"

Jak przyjemnie pobyć w Bullerbyn i jak dobrze poprzez lekturę móc do niego wracać:)

cdn…

film "Dzieci z Bullerbyn"

Rozwiąż test sprawdzający znajomość książki “Dzieci z Bullerbyn”: TEST

Noc w muzeum

27.05.2009

 

Jest taka noc w roku, którą można spędzić wędrując po muzeach.

Niestety, nie sposób uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, warsztatach i pokazach zorganizowanych w tym czasie w Poznaniu. Mam za to nadzieję, że widząc jak wielu ludzi odwiedza wtedy muzea, organizatorzy będą powielać podobne imprezy częściej, rozkładając je jednak w dłuższym okresie czasu.

My wybrałyśmy się nocną porą do Galerii Sztuki Polskiej XVI-XVIII w. Muzeum Narodowego, którą już odwiedzałyśmy razem, oglądając staropolskie stroje na portretach szlachty.

Tym razem sarmacką modę mogłyśmy podziwiać „na żywo”.

Staropolski strój

Stroje Netka

 

Stroje prezentowane były przez członków Wolnej Kompanii Sarmackiej z Wrocławia. Ten sam zespół przygotował też występ teatrzyku kukiełkowego.

teatrzyk kukiełkowy w muzeum

Obejrzeliśmy bajki: „Pan Twardowski”, “O Irence dziewczynce” i “Diabeł Boruta”.

Staropolskie przedstawienie kukiełkowe

W przerwach pomiędzy bajkami były rozmowy i konkursy dla dzieci. Mojej młodszej córce nie udało się wygrać „staropolskiej” szmacianej kukiełki, więc musiałam złożyć obietnicę, że wkrótce spróbujemy uszyć podobną:)

Najbardziej romantyczną historią była opowieść o miłości księcia i Irenki…

"O Irence dziewczynce"

…ale najbardziej trzymający w napięciu okazał się znany nam już przecież „Pan Twardowski”. Kilka miesięcy temu spotkałyśmy go również tutaj, na wystawie w muzeum, jako drewnianą zabawkę projektu Zofii Stryjeńskiej.

Zofia Stryjeńska "Pan Twardowski"

Teraz, dzieci zaciekawione śledziły jego „mrożące krew w żyłach” przygody w kukiełkowej opowieści, ubarwione obecnością diabła i wywołanego przez czarnoksiężnika, białego ducha Barbary Radziwiłłówny.

Przemierzając w drodze powrotnej muzealne galerie, minęłyśmy również ogromny obraz Wojciecha Gersona „Zjawa Barbary Radziwiłłówny”.

Wojciech Gerson "Zjawa Barbary Radziwiłówny"

Dziewczynki od razu skojarzyły namalowanego tu ducha z białą szmatką na kiju widzianą w przedstawieniu, a następnego dnia obudził mnie w domu podobny, niedużego wzrostu, duch w powłóczystych szatach, krążący wokół mego łóżka:)

Jajka w gniazdku

23.05.2009

 

Miałam około 10 lat, gdy postanowiłyśmy z siostrą przygotować dla rodziców niedzielne śniadanie. Umiałyśmy już oczywiście zrobić wiele rzeczy w kuchni, ale tym razem przejęłyśmy się bardzo poradami wyczytanymi w naszej podręcznej książce z przepisami. Książka nosiła tytuł „Trzeba umieć sobie radzić. Elementarz zajęć domowych dla dzieci”. Właśnie przeglądam rozdział o przygotowywaniu śniadania, z którego zaczerpnęłyśmy przed laty inspirację: „Normalnie zapewne nie kto inny tylko Twoi rodzice troszczą się o to, by każdy z domowników był rano należycie nakarmiony. Jednak w dni wolne od zajęć szkolnych możesz im zrobić przyjemną niespodziankę, podając smakowite śniadanko. (…) Przy specjalnej okazji możesz przygotować dla wszystkich jakąś oryginalną potrawę, na przykład jajko w gniazdku.”

Do przyrządzenia jajek w gniazdku należało przygotować następujący sprzęt: 1 szklanka, 1 deseczka, 1 duża patelnia, 1 szeroki nóż, 2 talerzyki i (o zgrozo!) 1 tasak. Nie przypominam sobie byśmy posłużyły się z siostrą jakimkolwiek tasakiem, pamiętam natomiast proces przygotowywania tej oryginalnej i zachwalanej jako prosta, potrawy.

Zgodnie z instrukcją, wycięłyśmy szklanką otwory w skibkach chleba. Natkę pietruszki, którą autorzy książki zalecali posiekać tasakiem, pokroiłam zapewne zwykłym nożem. Później rozgrzałyśmy na patelni margarynę i jak zalecano, obsmażyłyśmy kromki chleba po 1 minucie z każdej strony. Następnie wbiłyśmy jajka do otworów w chlebie. Na tym etapie, przepis na jajka w gniazdkach przestał się nam już wydawać prosty. Białko nie ścinało się tak szybko, jak postępowało czernienie przypiekanego chleba. Zgodnie jednak z dewizą „Trzeba umieć sobie razić”, zdecydowałyśmy się po prostu zakończyć smażenie. Efekty naszej pracy ułożyłyśmy na talerzykach, posypałyśmy pietruszką i obudziłyśmy rodziców. Do dziś podziwiam ich za to, że zjedli wtedy bez słowa skargi spalony chleb z prawie surowym jajkiem. Twierdzili nawet, że było to „smakowite śniadanko”.

Kiedy więc moja córka postanowiła pewnego dnia przyrządzić „sadzone jajka w bułce”, trochę się zaniepokoiłam. Przepis zaczerpnęła z czytanej ostatnio przez nią z upodobaniem „Książki kucharskiej dla dzieci Cecylki Knedelek”.

Przepis na jajka sadzone Cecylki Knedelek

Wieczorem przygotowała wszystkie potrzebne składniki i sprzęt, a ja upewniłam się, że w tej książce nie zaleca się już używania tasaka!

Następnego dnia, budzik w pokoju córki zadzwonił już o 7:00, a niedługo potem zostałam zaproszona do stołu. Co ciekawe, bułka była chrupiąca, jajko usmażone, a całość bardzo smaczna.

Jajko w gniazdku

Cecylka Knedelek musiała zdecydowanie więcej eksperymentować przy udoskonalaniu tej potrawy niż autorzy „Trzeba umieć sobie radzić”. Kiedy bowiem jajka smażą się na patelni, bułeczki bezpiecznie pieką się w tym czasie w piekarniku. Wystarczy tylko przełożyć jajka do wydrążonych bułek i obudzić rodziców:)

 

Joanna Krzyżanek “Cecylka Knedelek, czyli książka kucharska dla dzieci”, Wydawnictwo Jedność, 2007

Paleontologia dla dzieci

22.05.2009

 

Nie ma chyba dziecka, które nie chciałoby odkopać kiedyś w pobliskiej piaskownicy szkieletu dinozaura. Wszystkie chyba wierzą, że jest to możliwe.

Moje córki spotkały już w swoim życiu kilka dinozaurów. Najczęściej czytamy o nich w książkach, ale zdarzyło nam się też już „ćwiczyć wydobywanie” szkieletu z gipsowego „zestawu małego paleontologa”.

Znacznie rzadziej niż dinozaura, można za to chyba spotkać prawdziwego paleontologa. Taką okazję mieli jednak mali studenci naszego poznańskiego Uniwersytetu Dziecięcego.


„Wędrówka do przeszłości, czyli nie tylko o dinozaurach” – to tytuł wykładu dr Błażeja Berkowskiego, który przybył ubrany w strój i kapelusz prawdziwego badacza skamieniałości.

"Moja pierwsza encyklopedia" Larousse 

“Moja pierwsza encyklopedia” Larousse


 

Opowiedział dzieciom kim jest paleontolog, jakich narzędzi używa i jakie rodzaje skamieniałości bada, prezentując przy tym ciekawe, obrazujące wszystko slajdy. Nam najbardziej podobał się ten, wyjaśniający w jaki sposób szczątki zwierząt znajdowane są w głębokich warstwach ziemi, a także przedstawienie historii Ziemi jako ogromnej książki grubej (długiej) na 250 km, z której każda kartka to 1 rok.

Dr Berkowski zachęcał też dzieci do bliższego poznania Silezaura, polskiego dinozaura niedawno znalezionego w Krasiejowie. Musimy wybrać się do niego z wizytą, a także do położonego bliżej nas, Parku Dinozaurów w wielkopolskim Rogowie.

 

Po powrocie do domu, sięgnęliśmy po albumy ze zdjęciami z naszej podróży po Wielkiej Brytanii. Jeden dzień spędziliśmy wtedy w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, w którym aż tłoczno od wszelkiego rodzaju skamieniałości i dinozaurów.

"Moja pierwsza encyklopedia" Larousse (2)

“Moja pierwsza encyklopedia” Larousse


Jeden dzień to stanowczo za mało na wszystkie zgromadzone tam dziwy i atrakcje, więc już wychodząc z muzeum bardzo chcieliśmy tam wrócić. Teraz domaga się też tego nasza młodsza córka, której nie było wtedy jeszcze na świecie, a która z zazdrością wysłuchuje relacji starszej siostry o przerażającym, zrekonstruowanym T-rexie, gnieździe dinozaurów…

Gniazdo dinozaurów w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie

…i największej zapamiętanej atrakcji: ciastku w kształcie dinozaura zjedzonym w muzealnej restauracji.

Foremka do wykrawania ciasteczkowych dinozaurów pojawi się więc pewnie wkrótce w naszym domu i w sklepie, i może uda nam się upiec słodkie gady podobne do tych na zdjęciu.

Ciasteczkowe dinozaury

Sprinklesandjimmies


Tymczasem zostałam zaproszona na ciasteczko z dinozaura do naszej piaskownicy:)

Ciasteczko-dinozaur

 


Zagraj z dinozaurami:
gry

Ślimak, ślimak pokaż rogi…

18.05.2009

 

Posiadacze ogródków nie cieszą się zazwyczaj z wizyt, obgryzających liście, ślimaków. Tak więc dwaj przedstawiciele tych sympatycznych zwierzaków, sunący niedawno przez naszą działkę, musieli zdziwić się niemało entuzjastycznym powitaniem jakie ich tu spotkało.

Ślimak 

Dostali się co prawda natychmiast do niewoli, ale myślę, że całkiem komfortowo spędzili u nas kilka dni. Moja młodsza córka przygotowała dla nich dwa wiaderka, wyłożone trawą i kwiatkami.

Hodowla ślimaków

Ślimaki polewane były wodą by nie wyschły, wyprowadzane na spacer…

Na spacerze

…zapraszane na smakołyki…

Śniadanko dla ślimaków 

…i namawiane do rozmnożenia się. Otrzymały imiona: Sara i Piotruś oraz wspólną sypialnię w jednym z wiaderek. Na noc wiaderko przykryte było sitkiem obciążonym kamieniem.

Sara czy Piotruś? 

Pamiętam, że kiedy jako dziecko przyniosłam z działki do domu moją ślimakową hodowlę, musiałam później długo poszukiwać moich ulubieńców w różnych kątach pokoju. Sarze i Piotrusiowi nie udało się jednak uciec, a może całkiem przyjemnie było im pod takimi opiekuńczymi skrzydłami?

Okazały się być bardzo towarzyskie i każdorazowo po tradycyjnej zachęcie: „Ślimak, ślimak pokaż rogi..” wychylały się ze skorupek. Wobec ich ewidentnej pojętności, postanowiłyśmy wypróbować znalezione w naszej domowej bibliotece, propozycje eksperymentów z udziałem ślimaków.

Ślimakowe eksperymenty 

Ten z zastosowaniem żyletki wydał się nam mimo wszystko zbyt drastyczny. Zaserwowałyśmy za to ślimakom pachnącą bananową skórkę.

Ślimaki zjadają banana 

Jakiś czas delektowały się nią, po czym pozostawione same, zaczęły próbować ucieczki. Trzeba przyznać, że choć konsekwentnie, to jednak z pewnym ociąganiem.

Nadszedł więc czas by spróbować namówić ich małą opiekunkę do zwrócenia im wolności. W końcu para uroczycie została przeniesiona na sąsiednią działkę porośniętą chaszczami, gdzie wg przekonania mojej córki urodzą im się wkrótce małe ślimaczki. Powodzenia Saro i Piotrusiu!

Znów ślimak

Edukacyjne dylematy – druga relacja z Wielkiej Brytanii

16.05.2009

 

„…dziecko rodzi się wszechstronnie uzdolnione, z pełną możliwością rozwoju we wszystkich kierunkach, potencjalną wybitną inteligencją i zadatkami na rozwijanie wielkiej twórczości oraz dużym talentem społecznym. Trzeba tylko stworzyć mu możliwość maksymalnego ich rozwoju. Rodzina i środowisko mogą zapewnić mu pełną realizację uzdolnień lub zaprzepaścić je bezpowrotnie.” – to słowa, współczesnego badacza zdolności umysłowych, D.Lewis’a, umieszczone na początku czytanej właśnie przeze mnie książki Danuty Czelakowskiej „Inteligencja i zdolności twórcze dzieci w początkowym okresie edukacji”. Mimo całego pozytywnego ładunku, który niosą, mogą jednak powodować rodzicielskie przerażenie, poczucie przygniecenia odpowiedzialnością i po prostu „zjeżenie włosa na głowie”.

Na szczęście, kontynuując czytanie tej książki, wypełnionej nazwiskami wybitnych psychologów i pedagogów, upewniam się, że ciągle nie znaleziono jedynie słusznej drogi edukacyjnej wiodącej efektywnie do wiedzy, ale i do szczęśliwego dzieciństwa.

 

My rodzice, wkraczając z dziećmi w progi szkolne, stykamy się właściwie już tylko z echem pedagogicznych teorii. Z jednej strony słyszymy deklaracje o bezstresowym sposobie weryfikacji wiedzy w pierwszych klasach szkoły podstawowej: słoneczkach i pszczółkach zamiast ocen, ale jednocześnie, już od „zerówki” mówi się nam o testach kończących szkołę i wiemy, że tak naprawdę jedynie ich wynik jest ważny w całym oświatowym systemie.

 

Podobnie niestety jest też w innych krajach. Jak pisze moja przyjaciółka, mieszkająca od 8 lat w Wielkiej Brytanii:

 

W szkołach angielskich nie ma specjalnego nacisku na sukces w niższych klasach szkolnych. Podkreśla się wagę tzw. umiejętności społecznych czyli umiejętność autoprezentacji, zawierania znajomości i pracy w grupie. Jest to stale monitorowane przez system edukacji.

Natomiast duży nacisk na sukces, widoczny jest już od początku wśród rodziców dzieci. Jest to nie kończąca się konkurencja dodatkowych zajęć i porównywanie postępów w szkole. Przeciętne dziecko ma co najmniej kilka dodatkowych zajęć w ciągu tygodnia (pływanie, balet, taniec, śpiew, sztuka, gimnastyka, muzyka), a w starszych klasach prywatnych korepetytorów przedmiotów szkolnych.

No cóż szkoła pomimo, podobnych jak u nas deklaracji o wadze współpracy i dobrego samopoczucia, serwuje dzieciom końcowe testy egzaminacyjne. Testy decydują oczywiście o przyjęciu do szkół średnich oraz na studia.

Nieustanna walka rodziców o jak najlepsze szkoły jest chyba jeszcze bardziej widoczna niż w Polsce. Obowiązuje regionizacja szkół, więc lepsze szkoły oznaczają wyższe ceny domów w tej okolicy.


Kiedy myślę o przyszłości mojej córeczki, widzę ją jako szczęśliwą, niezależną istotę, która realizuje swoje pasje, kocha i jest kochana, zmienia świat i własne otoczenie na lepsze. Takie połączenie żeńskiej Indiany Jones, Angeliny Jolie, Matki Teresy i Dalajlamy. Widzę ja oczami wyobraźni jak przechodzi przez swoje życie bez żadnych problemów, wykorzystując wszystkie nadarzające się okazje, a ja wychowuję jej malutkie dzieci i spędzam z nimi urocze chwile w jej ukwieconym ogrodzie.

Jakoś nigdy nie widzę w jej życiu pracy w biurze, gburowatego i leniwego męża oraz ironicznych potomków, którzy wola tych “drugich” dziadków. Nie widzę kredytów mieszkaniowych, niespodziewanych zwolnień z pracy, niskiego poczucia własnej wartości, chorób i nieszczęść. Mam nadzieję ze to ją ominie.

I dlatego dbam o poziom szkoły do której chodzi, wysyłam ją na hiszpański, szukam zajęć z tańca i malarstwa. Dlatego zabieram ją na koncerty i do restauracji, żeby zaczęła doceniać inne atrakcje w życiu. Ale czasem kiedy porównuję z innymi mamami na szkolnym podwórku poziom jej czytania, pisania i dodawania czuję się bardzo niepewnie. Serce mi się ściska kiedy słyszę, że inne dzieci potrafią czytać bardziej skomplikowane książeczki, pisać dłuższe wyrazy i dzielić ułamki.

Kiedy więc wracamy do domu,  staram się z nią czytać, daję nagrody za ćwiczenie pisania i przy każdej okazji zadaję podchwytliwe pytania dotyczące dzielenia. Wszystko po to, by stworzony przeze mnie obraz idealnej przyszłości nie zawalił się z powodu jakiegoś zaniedbania z mojej strony.

Czasami jednak przemyka mi przez głowę myśl, ze tak naprawdę za bardzo naciskam. Wiem, że się stara i ku mojemu zdziwieniu widzi jak bardzo sprawdzam czy nie odstaje od reszty dzieci. Ostatnio stwierdziła, powtarzając pewnie za swoja nauczycielką, że mam przestać ją „zmuszać” do ćwiczeń pisania bo szkoła to nie „competition”.

Czy ja w ogóle chcę mieć geniusza? Naukowca? Księgową? Lekarza? Nie, ja chcę dać jej takie samo wsparcie w życiu jakie ja otrzymałam. Chcę, żeby wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć i że wszystko jest możliwe. Że nie musi poddawać się stereotypom. Chcę wyrobić w niej ciekawość świata i umiejętność współczucia, nauczyć ją cieszyć się drobnymi rzeczami, łapać okruszki szczęścia kiedy tylko się pojawiają i podążać za nimi.

Czasami muszę się zatrzymać i pomyśleć czy skupiam się na właściwych rzeczach: Czy warto tak się przejmować jej poziomem czytania, pisania i liczenia, czy szukać więcej i więcej dodatkowych zajęć, z których każde jest tylko teoretycznie nastawione na przyszły sukces? Może o wiele lepiej byłoby zabrać ją nad morze, zbierać muszelki, zrobić piknik i opowiadać czarodziejskie baśnie, które zawsze dobrze się kończą? O dzielnej malej dziewczynce, która miała czarodziejskie moce i mogła spełniać marzenia.”

Angielskie dzieci ze swoją królową

Daylife

Jestem ciekawa, co powiedziałaby na to wszystko Pippi, ona przecież uważała, że „zbyt wiele nauki może zaszkodzić najzdrowszemu.”

Pippi w szkole

„Nie ma to jak szkoły w Argentynie – mówiła Pippi, wyniośle spoglądając z wysoka na dzieci. – Gdybyście do takich szkół chodzili! Tam ferie wielkanocne zaczynają się w trzy dni po feriach Bożego Narodzenia, a gdy ferie wielkanocne się skończą, to po tych trzech dniach są letnie wakacje. Wakacje letnie kończą się pierwszego listopada, a potem następuje ciężki okres aż do jedenastego listopada, kiedy zaczynają się ferie Bożego Narodzenia. (…)

- Hej, żegnajcie, dzieciaki! – krzyknęła wesoło. – Nie zobaczycie mnie tu w najbliższym czasie. Ale pamiętajcie zawsze, ile jabłek miał Axel, w przeciwnym bowiem razie będziecie nieszczęśliwi! Cha! Cha! Cha!

Śmiech Pippi dźwięczał w powietrzu, gdy wyjeżdżała przez bramę z takim pędem, że żwir pryskał spod kopyt konia, a szyby w oknach szkoły drżały.”

 

Mam wrażenie, że oficjalne systemy szkolne coraz bardziej separują cały proces uczenia się od życia i nie wiem czy tak zdobywana wiedza jest w stanie przynieść pożytek i szczęście.

Mając w pamięci słowa jednego z moich pedagogicznych autorytetów, staram się też pamiętać zawsze o wadze zabawy, wolnego czasu w życiu dzieci.

Bruno Bettelheim, w ciągle czytanej i pokrzepiającej mnie niezwykle książce „Wystarczająco dobrzy rodzice”, pisał:

„Biografie twórczych osób obfitują w opowiadania o długich godzinach spędzonych nad brzegiem rzeki na roztrząsaniu myśli, na błąkaniu się po lesie z wiernym psem czy na oddawaniu się marzeniom. Ale kto dzisiaj ma wolny czas i sposobność, by to czynić? Jeżeli jakiś młody człowiek odważyłby się na to, jego rodzice martwiliby się, widząc, że spędza czas tak mało konstruktywnie (…) A przecież rozwój życia wewnętrznego, włączając w nie fantazje i rozbudzone marzenia, to jedna z najbardziej konstruktywnych rzeczy, jakie może czynić rozwijająca się jednostka. (…)

Warunki współczesnego życia i postawy rodziców pozbawiają nasze dzieci wolnego czasu, w którym mogłyby opracować własne myśli – tak istotny element w rozwoju twórczości.”

Tylko wciąż pozostają do zdania testy egzaminacyjne …;)

Pippi, dziwne dziecko?

11.05.2009

 

„…W końcu Tommy spytał:

- Dlaczego szłaś tyłem?

- Dlaczego szłam tyłem? – powtórzyła Pippi. – Czy nie żyjemy może w wolnym kraju? Czy nie wolno chodzić, jak się chce?”


Tommy i Annika mieli szczęście, że spotkali na swojej drodze Pippi. Choć nie zostali może piratami, nie wyrośli też jednak pewnie na przemądrzałych dorosłych.

Bo Pippi oczywiście nigdy nie dorosła, jest „czystą, nieskażoną kwintesencją dzieciństwa” jak pisze w książce „Pippi, dziwne dziecko”, Jacek Podsiadło.

"Pippi, dziwne dziecko"

Dlaczego jest więc dla nas dziwna? Dlaczego dziwne jest dla nas dzieciństwo, o którym większość dorosłych wydaje się zapominać?

Pamięć o tym jak samemu odbierało się świat będąc dzieckiem, była na szczęście stale obecna w życiu Astrid Lindgren. Dzięki niej mamy Pippi. Wieczną dziewczynkę, która chroni przed „przemądrzałością”.

Astrid Lindgren i Pippi

Fokus

 

Jacek Podsiadło też musiał spotkać kiedyś na swojej drodze jakąś Pippi, a być może sam jest nawet trochę taką Pippi;)

Do tej pory czytałam głównie wiersze pana Jacka…

(Gdyby zajrzał, Pan kiedyś na tego bloga, Panie Jacku, to dziękuję szczególnie za „Chciałbym dać ci to” i ten o kredensie, skierowany do dziewczyny kowboja;)

…i czasami felietony w „Tygodniku Powszechnym”. „Pippi, dziwne dziecko” jest właśnie zbiorem publikacji tam zamieszczonych, które, jak stwierdziłam, dobrze przeczytać jako całość.

Jacek Podsiadło, odnosząc się do przygód Pippi, pisze i bardzo ciekawie rozprawia o dobroczynności, rodzicielstwie, edukacji, śmierci, kłamstwie i wyobraźni, semantyce, drzewach, a nawet Wendo.

Dobrze jest poczytać o tym i „pofilozofować”, dobrze znów spotkać Pippi.

My spotkaliśmy ją również ostatniego lata w szwedzkim miasteczku Vimmerby. To oczywiście miasto Astrid Lindgren i miejsce, gdzie wybudowano jedyny na świecie park rozrywki, związany z postaciami z jej książek. Pisarka nie zgodziła się by powielono ten pomysł w jakimkolwiek innym miejscu.

„Świat Astrid Lindgren” różni się od innych „wesołych miasteczek”. Jest tu zdecydowanie mniej plastiku, więcej drewna, naturalnych zabaw związanych z otoczeniem, z wodą. Nie „bije po oczach” słodkość i róż, dominuje pewna siermiężność, a całość założenia niebywale angażuje dzieci do aktywnej zabawy.

Jest tu na przykład labirynt zbudowany z drewnianych płotków, jakich mnóstwo spotykaliśmy w Szwecji. Po dojściu do środka, dzieci kołysały niedużym dzwonem.

"Płotkowy" labirynt w Vimmerby

Dziewczynki kilkadziesiąt razy pokonały tor przeszkód – inspirowany wymyśloną przez Pippi grą „Nie dotykać podłogi” – zbudowany całkowicie z naturalnych materiałów: części wozów, beczek, kół, płotów, desek, kamieni ułożonych w wodzie.

tor przeszkód "Nie dotykać podłogi"

tor przeszkód w Vimmerby

Bawiliśmy się też tam oczywiście w Willi Śmiesznostce

Willa Śmiesznotka

…i w innych ciekawych miejscach, o których napiszę przy okazji innych naszych „szwedzkich wspomnień”.

cdn..;)

 

Jacek Podsiadło “Pippi, dziwne dziecko”, Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2006


Małe kotki

09.05.2009

 

Dziś, na graniczącej z naszym ogrodem, niezamieszkanej działce kosiliśmy trawę, która przerastała przez płot. Wśród chaszczy odkryliśmy małe, niedawno urodzone kotki. Ukryte były w wymoszczonej trawą niecce, przykryte gałęziami, niesamowicie dobrze schowane. Jeszcze nie wydawały żadnych odgłosów, więc cud, że je zauważyliśmy. Małe, pasiaste kłębuszki, oglądaliśmy z pewnej odległości by ich nie niepokoić.

kotki ukryte w trawie 

Trudno nam było je policzyć, ale były chyba trzy. Baliśmy się, że zostały porzucone, jednak w pobliżu pojawiła się ich czarna mama. Odeszliśmy więc szybko, a kotka szybko wróciła do dzieci. Myślę, że za kilka dni zaczną dokazywać w trawie, i wtedy będziemy je częściej widywać, zwłaszcza, że okno pokoju starszej córki znajduje się na wprost ich kryjówki.

Udało mi się zrobić dwa zdjęcia, które z racji zachowania odpowiedniego dystansu, nie pokazują dokładnie kotków, ale my też tak je widzieliśmy.

Za to na tym rysunku, moja młodsza córka przedstawiła kocią rodzinkę dokładnie:

kocia rodzina

Dalsza część dnia, zdominowana była oczywiście rozmowami o kotkach.

Poczytałyśmy też o nich w jednej z naszych ulubionych książek o zwierzętach, dziecięcej encyklopedii Larousse’a o zwierzęcych dzieciach „Ma première encyclopédie des bébés animaux”. Ta znakomita książka, z pięknymi zdjęciami, nie została chyba jeszcze wydana po polsku. Czytamy ją bardzo często, a że jest po francusku, dzieci świetnie już rozumieją wiele, powtarzających się fraz. Dziś powtórzyły słownictwo związane z kotami:)

Mama i tata

Jednodniowe kotki

Małe kotki

Zrobiłyśmy też kocie origami. Do złożenia „kotków” wykorzystałyśmy znany nam wzór „małego wilczka”, dostosowany do okoliczności odpowiednią korektą rysunkową:)

Kocie origami

Urządzamy przyjęcie

08.05.2009

 

Kiedy moja starsza córka poprosiła mnie pierwszy raz o zorganizowanie w domu jej urodzinowego przyjęcia dla przyjaciół, ucieszyłam się bardzo. Po pierwszym „zachłyśnięciu się”  zbiorowymi imprezami organizowanymi w „małpich gajach”, zauważyłam, że dzieci są już po prostu znudzone powtarzalnością urodzinowych rytuałów. Po kilku latach uczęszczania do placówek przedszkolnych i szkolnych, urodziny organizowane prawie dla całej grupy czy klasy szkolnej, a więc prawie dwa razy w miesiącu, stają się też wręcz udręką organizacyjną dla rodziców. My wyłamaliśmy się z tego schematu już dość wcześnie i teraz tylko kilka najbliższych przyjaciółek zapraszanych jest na świętowanie domowo-ogrodowe.

 

Przypominam sobie też swoje dziecięce emocje związane z przygotowywaniem domu na przyjście koleżanek. Ustawiałam małe talerzyki i szklaneczki. Robiłyśmy z mamą deser owocowy z galaretki z bitą śmietaną, udekorowaną czekoladowymi gwiazdkami i pałeczkami. Na kolacje były przeważnie małe, kolorowe kanapeczki.

Raz postanowiłyśmy zrobić z siostrą lemoniadę, wg przepisu z kucharskiej książki dla nastolatek. Całą miksturę rozlałyśmy do ciemnych butelek, używanych często w naszym domu do przechowywania domowych soków. Podstawowym składnikiem przepisu, były drożdże, a w przyrządzonym przez nas napoju pojawił się dość duży procent alkoholu!

 

Kiedy myślę o dziecięcych przyjęciach, lubię też wracać do fragmentów mojej ulubionej książki „Dzieci z Bullerbyn”:

„…Po południu zaprosiłam na podwieczorek wszystkie dzieci z Bullerbyn – no, tak, jest nas przecież tylko sześcioro. Tyle właśnie miejsc było przy okrągłym stoliku w moim własnym pokoju. Dostaliśmy soku malinowego i po kawałku tortu, na którym był napis >Lisa 7 lat<, i dwa rodzaje ciasteczek, które również upiekła Agda. Dostałam prezenty od Britty, Anny i Ollego. Od Britty i Anny książkę z bajkami, a od Ollego torcik czekoladowy.”


U nas w domu również zgromadziło się na urodzinach sześcioro dzieci. Po raz pierwszy też, cztery koleżanki córki miały u nas nocować. No cóż, na torcie stanęło już przecież 11 świeczek:)

Wieczorem dziewczynki same przygotowywały pizze. Na własnych kawałkach ciasta komponowały ulubione smaki.

Pizza

Mamy w domu małe, dziecięce zestawy do przygotowywania pizzy, ale by wystarczyło blaszek dla każdego, użyliśmy też tych większych.

Dziecięcy zestaw do przygotowywania pizzy

Wieczorem było zajadanie się chrupkami przy wspólnym oglądaniu ulubionego filmu, przyjemność niedostępna w czasach mojego dzieciństwa.

Kolejny dzień, dziewczynki były prawie cały czas na dworze. Pogoda dopisywała, więc biegały po ogrodzie nawet boso.

Nasz domowy plac zabaw

My-dzieci również wychodziliśmy zawsze w czasie przyjęć na podwórko. Było betonowe i brudne, ale my mieliśmy tam zawsze mnóstwo pomysłów na zabawę.

W szkole najchętniej skakałyśmy w gumę i tę zabawę starałyśmy się kontynuować też na podwórku. Do dziś zastanawiam się jak udawało nam się skakać tak wysoko. Chodziłyśmy co prawda do szkoły sportowej, ale w gumę skakano przecież wtedy na wszystkich podwórkach!

Koleżanki mojej córki nie skaczą już w gumę, lubią linkę, bardzo długo bawiły się też w gonioną zabawę nazywaną „Krowa”.

Na trawniku rozłożyły kocyk, przygotowały piknik i zjadły upieczone przez siebie rano ciasteczka.

Ciasteczka Nigelli

Wykorzystały, stosowany u nas bardzo często w domu, prosty pomysł Nigelli:

Ciasto francuskie należy pociąć na małe kwadraty. Na każdy z nich kładziemy kostkę gorzkiej czekolady i składamy na cztery.

Wszystkie ciasteczka układamy na blasze, smarujemy jajkiem i pieczemy ok. 20 min.

Mniam, mniam…

To były bardzo przyjemne dni:)

Dzieci z Bullerbyn piją sok

Zatopione królestwo

04.05.2009

 

„ – Widziałeś miasto? – odparł bocian. – Zdaje Ci się tylko. Spałeś i śniłeś – oto wszystko.

- Nie, nie spałem – odparł Paluszek. I opowiedział bocianowi wszystko, co widział.

Na to rzekł bocian:

- Według mnie stanowczo zasnąłeś na brzegu i śniłeś. Nie chcę jednak ukrywać przed tobą, że Bataki, kruk, który najwięcej wie ze wszystkich ptaków, opowiadał mi raz, że niegdyś było tu miasto, zwane Vinetą. Miało być ogromnie piękne i bogate i żadne miasto na świecie nie mogło się z nim porównać. Niestety mieszkańcy jego byli zarozumiali i chciwi. I – ciągnął dalej bocian – Bataki mówi, iż za karę Vineta została zatopiona przez fale i pogrążona na dnie morskim. Mieszkańcy jej jednak nie  mogą umrzeć, a miasto nie może rozpaść się w gruzy. Co sto lat tylko wolno miastu w całej jego wspaniałości wynurzyć się z dna morza i przez całą godzinę pozostawać na lądzie.

- Tak, to musi być prawda – zawołał Paluszek – bo ja je widziałem!”


Całą legendę o zatopionym w Bałtyku mieście, możecie przeczytać w książce „Cudowna podróż” Selmy Lagerlof.

Motyw zatopionego królestwa, obecny w literaturze już od czasów starożytnych, przewija się w baśniach i podaniach wielu krajów.

To przejście do krainy zmyślenia, wg psychoanalizy, powrót do dziecięcego bezpieczeństwa wód płodowych, ale i zapowiedź niebezpiecznej przygody.

Wg Bettelheima, „zatopione królestwo” oznacza głębsze pokłady baśni, adresowane do ukrytych warstw psychiki dziecięcej.

 

Z pochłoniętym przez wody miastem, łączono też motyw walki o utracone królestwa. W Polsce romantycznej, odwoływano się w ten sposób do sytuacji Polski pod zaborami.

Julian Fałat "Jezioro Świteź"

“Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,

Gdzie car i trzcina zarasta,

Po których teraz wasze biega wiosło,

Stał okrąg pięknego miasta.”

(A. Mickiewicz “Świteź”)

 

Przez tajemnicze, zapomniane odmęty wiedzie nas również Joanna Papuzińska w swoim znakomitym opracowaniu „Zatopione królestwo. O polskiej literaturze fantastycznej XX wieku dla dzieci i młodzieży”.

Joanna Papuzińska "Zatopione królestwo"

Dla niej termin ten oznacza również świat zapomnianych tekstów dzieciństwa, „całą przestrzeń doznań literackich (…), które opadając na dno pamięci – czy też niepamięci – odciskają ślady na naszych upodobaniach i uczuciach, na sposobach przeżywania literatury, sztuki, piękna.”

Analizując polską literaturę baśniową, autorka odwołuje się jednak również bardzo często do literatury światowej. Nawiązania do szwedzkiej „Cudownej podróży” są w książce bardzo częste. To wg Papuzińskiej, najbogatszy i najbardziej udany przykład światowej, fantastycznej „literatury drogi” dla dzieci.

Podobało mi się w książce wyeksponowanie roli literatury światowej, przyznanie, że choć „nasza baśń literacka nie zajmuje miejsca zbyt eksponowanego i podobnie jak Polska nie jest literackim pępkiem świata, oraz często korzysta z inspiracji baśni „ludów północy” (…), górujących nad nami tak siłą wyobraźni, jak i trwałością literackiej tradycji”, to jednak „ma też własne oblicze (…), dotyka naszych zaściankowych spraw, (…) ogólnych problemów polskiego istnienia.”

Dzięki takiemu założeniu, chce się właśnie o tej naszej zapomnianej, polskiej literaturze poczytać i dowiedzieć więcej. Tych ciekawostek, wyłaniających się literackich obrazów i konotacji, Papuzińska oferuje nam mnóstwo.

Na początku zastanawiamy się wraz z autorką nad definicją „fantastyki literackiej”, nad jej powiązaniami z baśnią ludową, z której czerpie wiele, ale którą jednak nie jest.

Tę definicję odnajdziemy pod koniec lektury:

„Baśń ludowa podnosi przede wszystkim osobiste problemy jednostki: jej lęków i pragnień (…) Fantastyka literacka staje się pasmem transmisyjnym między świadomością młodego czytelnika a problemami całej ludzkości, jej zmagań, klęsk, dążenia do doskonałości.”

Do doskonałości dążyła też baśń literacka, której rozwój Papuzińska przedstawiła nam w pierwszych rozdziałach książki.

Ciekawi nowatorskie podejście do pisarstwa z przełomu XIX i XX wieku, kiedy dziecko i dzieciństwo stało się jednym z odkryć całej ówczesnej sztuki.

„Fascynowały aspekty osobowości dziecięcej, które kojarzyły się ze sztuką: świeżość i niekonwencjonalność widzenia, prostota i szczerość w wyrażaniu uczuć, zdolność do przebywania w świecie fantazji i zmyślenia, wrażliwość.”

Odnajdywano analogie między psychiką dziecka a artysty, „jako tego, który nie utracił niektórych darów dzieciństwa.”

Okres powojenny z kolei, to „krok wstecz”, patos i próby narzucenia obowiązującej doktryny politycznej również dzieciom. To czas zakwestionowania wartości baśni. Jeden z publicystów obarczył nawet braci Grimm odpowiedzialnością „za odwieczne niemieckie okrucieństwo” i domagał się objęcia baśni stosowną cenzurą.

Na zjeździe Związku Nauczycielstwa Polskiego w 1947 roku, proponowano również „odrzucenie takich akcesoriów baśni, jak wróżki, królewny, czarownice itp.”

Na szczęście nie zabrakło w Polsce mądrych autorów i baśń literacka wciąż się rozwijała.

O baśniowych motywach z których czerpała, a także o jej odniesieniach do bardziej realnych aspektów rzeczywistości, przeczytamy w kolejnych rozdziałach książki Joanny Papuzińskiej.

Znajdziemy tu literackie interpretacje motywów snu, ożywionych przedmiotów lub zwierząt, opuszczenia domu, fascynacji lasem i wędrowaniem, ale także odniesienia do rozwoju cywilizacji i techniki.

Bardzo ciekawe było dla mnie prześledzenie drogi rozwoju baśniowych postaci reprezentujących świat magii i czarów – od wróżek i krasnoludków do „zwierzątek-zmyślątek” takich jak Muminki czy towarzysze Bromby.

Papuzińska pisze jeszcze o specyfice dziecięcego folkloru, problemie konfliktu czasoprzestrzeni i dyskusjach o potrzebie kreacji lęku czytelniczego.

Całość opracowania zapełnia oczywiście mnóstwo nazwisk autorów polskich i obcych oraz tytułów książek, na podstawie których Papuzińska analizuje literackie zjawiska.

Pozostaje nam tylko „odkryć” je na półkach księgarń (raczej antykwariatówJ) i bibliotek i przenieść się do „zatopionego królestwa”.

 

Joanna Papuzińska “Zatopione królestwo. O polskiej literaturze fantastycznej XX wieku dla dzieci i młodzieży”, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2008