Archiwum z miesiąca: Czerwiec, 2009

Fajnie być książkowym molem

28.06.2009

 

Kiedy jako dziecko wracałam po szkole do domu, zabierałam się zaraz za poszukiwanie ukrytej przez mamę książki. Zazwyczaj odnajdywałam ją w jakimś zakamarku spiżarni lub kuchennej szafki. Mama chowała czasami czytane przeze mnie książki bojąc się, że pochłonięta przez jakąś powieść nie będę odrabiała lekcji lub zapomnę o wyznaczonych mi domowych pracach. Właściwie miała rację. Książki pochłaniałam kilogramami, czytałam pod ławką na lekcjach i często zdarzało mi się nie odrabiać zadań domowych. Popołudniami często jeździliśmy do babci pomagać jej w pracach w ogrodzie, a wieczorem biegaliśmy jeszcze z kolegami po podwórku. Czas między końcem lekcji a powrotem rodziców z pracy był moim ulubionym momentem dnia, kiedy mogłam siedząc na kanapie rozkoszować się lekturą.

W spiżarni, mama przechowywała również papierową torebkę z kupowanymi na kartki cukierkami czekoladowymi. Jako trudno dostępny rarytas były one wydzielane dzieciom raczej bardzo oszczędnie. Kiedy poszukiwałam w spiżarni książki, nie omieszkałam nigdy ominąć również torebki z cukierkami. Zabierałam tylko jednego, by nie zauważono uszczuplenia słodkich zapasów. Cukierek kroiłam następnie na cienkie plasterki, które zjadałam co kilka kartek czytanej książki.

Bardzo lubiłam dzień rozdania świadectw. Wtedy zamiast, jak zazwyczaj, czterech książek, mama przynosiła z biblioteki znacznie więcej lektur. Dodatkowo otrzymywałam książki jako nagrodę za dobre świadectwo, które na szczęście, mimo problemów z odrabianiem zadań domowych, było zawsze bez zarzutu:)

Wszystkie książki układałam z przyjemnością na biurku i wiedziałam, że wakacje, gdziekolwiek je nie spędzę, będą udane!

 

Teraz podobne stosiki układam razem ze swoimi dziećmi. Starsza córka ma też oczywiście własne książki czytane do późna w nocy, ale te, które czytamy razem, dobrane są tak, by były interesujące dla obu dziewczynek, mimo dzielącej je, pięcioletniej różnicy wieku.

Nasze wakacyjne lektury 2009

Zgodnie z mottem Małgorzaty Musierowicz, że „lepiej jest czytać przy jedzeniu niż nie czytać wcale”, do wspólnej lektury przygotowujemy sobie często smaczne przekąski, choć nie są to już dzielone na plasterki czekoladowe cukierki;)

Ostatnio znów skorzystałyśmy z przepisów Cecylki Knedelek, która dla książkowych moli ma specjalną propozycję. Jej ciasteczka przygotowuje się błyskawicznie, choć pewnie jeszcze szybciej zjada;)

Ciasteczka dla moli książkowych

Ciasteczka Cecylki już upieczone

Dziewczynki wiedzą, że przy lekturze odpoczywam najlepiej i często ich prezenty dla mnie są związane z książkami. Bardzo cieszy mnie wspaniała i niezwykle przydatna kolekcja rozmaitych, zrobionych przez nie zakładek do książek.

Moje zakładki do książek

Podobnie piękne zakładki, można znaleźć również w naszym sklepie: Zakładki w sklepie Pikinini

Teraz, wraz z początkiem lata, promujemy wakacyjne czytelnictwo i wszystkie mole książkowe, które kupią u nas minimum 3 książki, otrzymają w prezencie 8 angielskich zakładek-spinaczy w kształcie liści różnych drzew.

Drewniane liście - zakładki do książek

Liście można pomalować, albo podpisać nazwami drzew z których pochodzą.

A może w czasie wakacyjnych wyprawach uda Wam się poszukać ich zielonych braci?

Nasze baletki

24.06.2009

 

Zakończenie tego roku szkolnego nie  było przez dziewczynki radośnie oczekiwane.

Dyplomy i świadectwa zostały obficie skropione łzami rozstania.

Koniec roku szkolnego 

Młodsza córka opuszcza przedszkole i rozpoczyna szkolną karierę zerówkowicza. Jest na szczęście nieświadoma targających polską szkołą pomysłów edukacyjnych, które w tym roku skupiły się właśnie na sześciolatkach.

Jej starsza siostra, od września rozpocznie piątą klasę w nowej szkole. Ma nadzieję, że nie będzie oznaczało to również rozstania z najlepszymi przyjaciółkami…

W ten nostalgiczny klimat, zaskakująco trafnie wpisał się temat przedstawienia, kończącego cały rok pracy dziewczynek w studiu baletowym.

Tańczyły do muzyki z „High School Musical”, filmu, którym zachwycają się wszystkie dzieciaki, zwłaszcza te kończące szkołę.

"Nasza szkoła" (1) wg High School Musical

"Nasza szkoła" (2) wg High School Musical

"Nasza szkoła" (3) wg High School Musical

Po raz pierwszy wystąpiły też razem, a ja wciąż nie mogę się temu nadziwić. Przecież kiedy zaprowadziłam starszą córkę na pierwszą lekcję baletu, jej młodszej siostry nie było jeszcze na świecie.

Baletowe początki mojej córki

Przez te kilka lat uzbierała nam się w domu całkiem spora kolekcja baletowych strojów, tych do występów na scenie i tych do codziennych ćwiczeń.

Kiedy na nie patrzę, mnie również ogarnia nostalgiczny nastrój. Nie mogę nie wracać wtedy do swoich szkolnych lat, kiedy w Szkole Mistrzostwa Sportowego trenowałam gimnastykę artystyczną. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, ile kolorytu w edukacyjną rzeczywistość PRL-u wnosiła nauka w takiej szkole. To właśnie tam, mieszkający w Polsce cudzoziemcy posyłali zazwyczaj swoje córki. W klasie było nas czterdzieści małych, ale ciężko codziennie pracujących na sali gimnastycznej, dziewczynek. Wszystkie miałyśmy równe stroje, którymi były białe kostiumy pływackie, koniecznie farbowane w domu na czerwono. Na pas zakładało się grubą białą gumę. Trzeba było również mieć specjalne, białe skarpetki bez palców i pięty, których dzierganie było zadaniem domowym naszych mam lub babć. Jedyną ozdobą mogły być białe kokardy we włosach. Nie mam żadnego swojego zdjęcia w takim stroju, ale zachowałam skarpetki i pierwsze zdarte półbaletki, którym w naszej skrzyni skarbów towarzyszą już – schowane również na pamiątkę – pierwsze baletki mojej córki.

Nasze baletki

Trochę o Japonii

20.06.2009

 

Siódmy wykład Uniwersytetu dla Dzieci poświęconemu został dobremu wychowaniu. Dzieci zastanawiały się czy grzecznie jest przychodzić na zajęcia z butelką coli i jak układa się sztućce na talerzu w różnych fazach spożywania posiłku.

Najciekawsze jednak było spotkanie, z mieszkającą wiele lat w Polsce, Japonką. Japonia jest krajem, w którym przestrzeganie zasad dobrego wychowania jest bardzo ważne i właśnie o tym opowiadał nam japoński gość.

Jedno z dzieci i jedna z mam miały szansę ubrać kimona, których założenie wymusza specjalny sposób poruszania się, zgodny z wizerunkiem dobrze wychowanej obywatelki. Japończycy nie muszą oczywiście uczyć się prawidłowego  układania sztućców, ale sztuka posługiwania się pałeczkami również nie należy do najłatwiejszych, choć mali studenci z powodzeniem przyswajali sobie na sali wykładowej jej podstawy.

Czasami w domu, również próbujemy jadać w ten sposób. Wydawało mi się, że potrafię robić to całkiem dobrze, ale myślałam tak tylko do czasu kiedy na blogu o Japonii znalazłam listę błędów możliwych do popełnienia podczas jedzenia pałeczkami;)

Dzieci nauczyły się też składać japońskie ukłony oraz pozdrawiać się słowami „Konnichiwa” (Dzień Dobry) i „Sayonara” (Do widzenia).Tak pożegnały się też po skończonym wykładzie.

W domu całkiem często rozmawiamy o Japonii. Czytamy japońskie baśnie, wracamy do książek o życiu dzieci w tym kraju…

O Japonii

…składamy origami

Origami - motyl

…oglądamy zdjęcia księżniczki Aiko

Księżniczka Aiko w kimonie

Księżniczka Aiko idzie do szkoły

Daylife

 

…i snujemy plany podróży do Japonii.

O takiej podróży, marzę już od czasu, kiedy jako dziecko śledziłam z zapartym tchem losy serialowej Oshin. Teraz wolę filmy Kurosawy, ale zdjęcia małych Japonek w kimonach kojarzą mi się już zawsze z – noszącą na plecach niemowlę – Oshin, pracującą ponad siły jako służąca.

Co ciekawe, o podobnie żyjących dziewczynkach przeczytałam później w książce Louis’a Frederic’a „Życie codzienne w Japonii u progu nowoczesności”:

„Małe dziecko spędzało życie przeważnie na plecach matki, która zajmowała się różnymi pracami, nosząc malca okrytego i chronionego przez obszerne haori (bluza-płaszcz), ściągnięte paskiem. Kiedy matka nie mogła w ten sposób zająć się dzieckiem, obowiązek ten spadał na jego starszą siostrę albo którąś z dziewczynek z sąsiedztwa, która zobowiązywała się przez cały dzień nosić je na plecach. Cudzoziemscy podróżnicy często wyrażali zdziwienie, że nieustannie spotykają  tak dziwacznie obładowane kobiety i dziewczynki. Dziecka prawie nigdy nie zostawiano samego (…) Jeżeli z jakiegoś powodu nikt nie mógł zająć się dzieckiem, wynajmowano dziewczynkę z sąsiedztwa. Często więc widywało się dziewczynki idące do szkoły z małym dzieckiem na plecach; był to braciszek albo siostrzyczka, albo też dziecko sąsiadki.”

Japońskie dziewczynki opiekujące się niemowlęciem

Gettyimages

 

W książce ciekawie opisano też dziecięce zabawy i japońskie święta obchodzone przez małych Japończyków również dzisiaj. Pamiętam, że o podobnych zwyczajach opowiadał nam też nasz nauczyciel (Kyutaro-San), kiedy w liceum uczyłam się języka japońskiego. Gruby zeszyt „od japońskiego” wciąż stoi na mojej półce i mam nadzieję, że będę miała kiedyś okazję, by kilku zapamiętanych zwrotów użyć w Japonii:)

Japońska rodzina cesarska

Jak klasa IVa pomogła zwierzętom

17.06.2009

 

Nie wszystkie psy wiodą tak szczęśliwy żywot jak husky, które poznaliśmy przy okazji naszej przygody z psim zaprzęgiem.

Husky w zaprzęgu

Syberiada 

 

Kilka z tych psów trafiło do stada, oddanych przez ludzi, którzy nie potrafili lub nie chcieli już dłużej się nimi zajmować.

Wiele psów, zwłaszcza tych nierasowych, porzuca się  bez jakiejkolwiek odpowiedzialności społecznej, bez żadnej troski o ich dalszy los. To one są najczęściej „pensjonariuszami” schronisk dla zwierząt, które mimo finansowych trudności starają się im zapewnić pełną miskę i ciepły kąt do spania. Często nie byłoby to możliwe bez dodatkowej pomocy i dobrze, że są osoby, które się w nią angażują.

Taką pomocową akcję, zorganizowała ostatnio klasa szkolna mojej córki. Jestem pod dużym wrażeniem samodzielności i zaangażowania dzieci, które w ciągu tygodnia potrafiły zebrać prawie 2.000 zł dla zwierząt ze schroniska w Swarzędzu. Zbiórka pieniędzy odbywała się poprzez zorganizowanie szkolnego kiermaszu. Dzieci, przy pomocy wychowawczyni, podzieliły się zadaniami. Jedna z dziewczynek zaprojektowała ulotkę informacyjną…

Ulotka o pomocy dla schroniska

…a moja córka poświęciła jeden z wieczorów na wykonanie plakatu.

Plakat

W ciągu całego tygodnia kilkuosobowe zespoły klasowe organizowały sprzedażowe stoiska na których wystawiano niepotrzebne już w domach maskotki, gadżety reklamowe, notesiki, długopisy. Moja córka informowała mnie każdego dnia o przychodach ze sprzedaży prowadzonego przez nią i jej dwie przyjaciółki sklepiku, a ja ze zdumieniem odkrywałam jaki majątek mieścił się w torbie wyszperanych w jej pokoju gadżetów.

Towar ze szkolnego sklepiku 

Klientami klasy IVa byli uczniowie szkoły. Wszyscy przynosili też potrzebne zwierzętom ze schroniska dary, których zbiórka była również elementem akcji. Moja córka zakupiła ze swojego kieszonkowego paczkę suchej karmy, kaszę i proszek do prania, a jej młodsza siostra pomagała przy sklepowej półce dokonać właściwego wyboru asortymentu:)

Jestem pewna, że oprócz niewątpliwej – płynącej z akcji – korzyści dla zwierząt, same dzieci również zyskują i uczą się wiele, a ja osobiście cieszę się z uporządkowanego przy okazji dziecięcego pokoju:)

Dzieci z Brodą, liściem i „wilkoniem”

16.06.2009

 

Pogoda ostatnich dni, zdecydowanie nie sprzyja plenerowym koncertom. Na szczęście występ „Dzieci z Brodą” , kończący poznański festiwal Biennale Sztuki dla Dziecka, miał miejsce w namiocie cyrkowym.

Finisaż Biennale Sztuki dla Dziecka 

Namiot ustawiono przy Dzwonie Pokoju w parku na Cytadeli, gdzie miała wcześniej miejsce również większość organizowanych w czasie festiwalu warsztatów dla dzieci.

Było oczywiście bardzo głośno i radośnie, zarówno na scenie jak i wśród publiczności, ale najgłośniej zagrzmiała jednak niesamowita trąba Józefa Wilkonia, na której zagrał Joszko Broda.

Trąba Wilkonia

Zestaw „instrumentów” z których Joszko wydobywa muzykę jest zresztą imponujący, a gra na liściu czy słomce wydaje się po koncertowej prezentacji naprawdę prosta. Szkoda, że przestaje się taka wydawać po własnych próbach, ale jestem pewna, że po poznańskim koncercie, wiele dzieci będzie na letnich wycieczkach, również uczyć się „liściowego grania”.

Kiedy Joszko gra...

Biennale Sztuki dla Dziecka

14.06.2009

 

Coroczny poznański tydzień ze sztuką dla dzieci pozwala pokrzepić się myślą, że pomimo codziennej dominacji kultury masowej, tworzenie dla dzieci i przez dzieci nie zostało na szczęście zepchnięte do „zapomnianego pokoju”.

Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, które organizuje festiwal, promuje ten rodzaj twórczości także poprzez inne działania, ale Biennale jest chyba najbardziej obfitującym w wydarzenia tygodniem dla dzieci w Poznaniu.

Nam z racji zawodowych i edukacyjnych uwikłań, udało się skorzystać tylko z niewielkiej części z ponad 200 festiwalowych wydarzeń.

Na początek, odwiedziliśmy Muzeum Instrumentów Muzycznych, gdzie akurat otwierano interaktywną wystawę Erwina Stache. Ten niemiecki artysta wkomponowuje elektroniczne elementy w różne przedmioty, które w ten sposób stają się rodzajem muzycznych instrumentów uruchamianych rękoma zwiedzających.

Mi najbardziej podobały się partytury oper, z których po uchyleniu okładki, wydobywały się dźwiękowe fragmenty arii.

Partytury oper Erwina Stache

Później powędrowaliśmy do Galerii u Jezuitów na wystawę sztuki współczesnej „Zapomniane pokoje”.

Aniołek w pampersie

Uwagę zwracała instalacja „Martwa natura z niewinnością” Marcina Berdyszaka, który zbudował dziecięcy kojec z elementów przypominających klęczniki.

"Zapomniane pokoje"

Wewnątrz tej przestrzeni znalazły się różne atrybuty niewinnego świata dzieciństwa: buciki, wianek komunijny, zabawki, kwiat, sukienka dziewczęca przerzucona przez ramę kojca, a wszystko pokryte niebieską materią w kwiaty.

Marcin Berdyszak "Martwa natura z niewinnością"

Najbardziej podobał mi się „Telementarz” grupy „Twożywo”…

"Telementarz"

tfragment "Telementarza"

tczęść "Telementarza"

Bardzo ciekawy był również film „Bum, bum, bum” Dawida Szafrańskiego.

 

 

Ta wystawa wydała nam się bardziej inspirująca niż podróżujący po Polsce Interaktywny Plac Zabaw, na który wybraliśmy się później.

Tutaj dzieci mogły bawić się w jednej z czterech zaaranżowanych przestrzeni.

Najpierw „czarowały” – wypełnione kamieniami, wodą, trawą, parą wodną i korą – specjalne pojemniki.

Interaktywny Plac Zabaw "Czarowanie"

Dzięki zamontowanym w nich czujnikom ruchu, na ekranie tworzyły się rysunkowe animacje, których obraz zmieniał się w zależności dotykanych przedmiotów.

Interaktywny Plac Zabaw

Częścią zabawy było też „malowanie światłem”, gdzie za pomocą świetlnych mieczy, dzieci tworzyły na ekranie mieniący się barwami obraz.

Malowanie światłem

Można też było poeksperymentować z perspektywą i obejrzeć kilka krótkometrażowych filmów animowanych, znanych nam już z oglądanej w domu “Antologii Polskiej Animacji dla Dzieci”.

Interaktywne eksperymentowanie znamy z naszych zagranicznych podróży, więc być może dlatego, mały Interaktywny Plac Zabaw nie zachwycił nas nowością, choć doceniam, że takie działania podejmuje się już w Polsce i mam nadzieję, że będą one początkiem prawdziwego, dużego centrum eksperymentów.

Winogronowy placek Cecylki Knedelek

11.06.2009

 

Moja starsza córka ostatnio bardzo zaprzyjaźniła się z Cecylką Knedelek. Ta sympatyczna dziewczynka mieszka na co dzień w książce kucharskiej dla dzieci, ale bardzo często wychodzi stamtąd by wspomóc nas w naszej kuchni.

Kiedy więc niedawno mieli odwiedzić nas sympatyczni goście, dziewczynki znów zaprosiły Cecylkę i przy jej pomocy zabrały się za pieczenie przepysznego placka z winogronami.

Przepis Cecylki Knedelek na winogronowy placek

Nawet nasza najmłodsza domowa kucharka, świetnie radziła sobie z zagniataniem ciasta….

Początki naszego placka

Zagniatanie ciasta

….i z układaniem na nim winogronowych kulek.

Winogronowe kulki w naszym placku

Po upieczeniu, placek został udekorowany jeszcze bitą śmietaną, a następnie szybko spałaszowany przez gości i domowników, w czym Cecylka Knedelek nie brała już niestety udziału;)

Winogronowy placek Cecylki Knedelek

Archeologia dla dzieci

10.06.2009

 

Częścią zajęć na Uniwersytecie dla Dzieci są również – nie związane tematycznie z wykładami – warsztaty.

Dziewczynki wzięły udział w warsztatach archeologicznych.

Warsztaty archeologiczne

Któż nie chciałby mieć takich przygód jak Indiana Jones;)

Archeologia dla dzieci

Na początek– jak na prawdziwym Uniwersytecie – dzieci musiały przyswoić sobie trochę wiadomości teoretycznych. Z wielu metod badawczych, którymi posługuje się archeologia, poznały tajniki fotografii lotniczej. Na wykonanym z powietrza zdjęciu powierzchni ziemi, dzieci starały się odnaleźć ślady obiektów archeologicznych. Obserwacja z takiej perspektywy, pozwala archeologom zlokalizować możliwe relikty grodzisk czy grobowców poprzez specyficzne ślady wynikające z innego układu cieni, wody opadowej, różnic w kolorze gleby i roślinności.

Odkryte na zdjęciach obiekty, dzieci odrysowywały na folii.

Fotografia lotnicza

Kolejne zadanie wiązało się już z wyprawą w teren, niestety nie tak odległą jak zwykł czynić to Indiana. W pobliskim parku dzieci szukały ukrytych wśród drzew i krzewów skarbów.

Archeologiczna wyprawa dzieci 

Komplet przepięknej biżuterii został odnaleziony przez moją młodszą, pękającą z dumy córkę.

Znaleziona biżuteria

Wszystkie znaleziska zostały oczywiście później zaznaczone na specjalnej mapie.

 

W archeologa bawiła się też pewna dziewczynka, na znajdującym się niedaleko naszego miejsca zamieszkania placu zabaw w Swarzędzu, na którym wykopała ludzkie kości. Wezwani na miejsce specjaliści nie doszukali się innych szczątków, ale dzieci po kilku dniach znów wykopały piszczel. Teraz miejsce jest już zabezpieczone, odpowiednie służby odnalazły już trzy worki kości, a swarzędzka prasa doszukuje się przyczyny obecności resztek pochówków na osiedlowym placu zabaw.

Przypomniano sobie, że pod nowo budowane w latach 80-tych osiedle, zwożono ziemię z likwidowanego, starego cmentarza ewangelickiego. Historie archeologicznych odkryć mogą być bardzo zajmujące, o czym zapewne przekonała się już mała mieszkanka Swarzędza. Życzę jej jeszcze wielu sensacyjnych znalezisk!

Lato Muminków

06.06.2009

 

Kiedy jako mała dziewczynka czytałam „Lato Muminków”, bardzo chciałam by nastał jakiś miejscowy kataklizm, zmuszający moją rodzinę do podróży pływającym teatrem.

Miałam wrażenie, że taki kataklizm nadchodzi, kiedy w zeszłym tygodniu wybrałam się z dziewczynkami do kina. Z parkingu do sali kinowej biegłyśmy w zacinającym, zimnym deszczu, rozpryskując wodę w głębokich kałużach. Za to później, podobnie jak chroniące się przed wodą w opuszczonym teatrze Muminki, trafiłyśmy do  baśniowego świata wyobraźni.

Lato Muminków - plakat

Film, który powstał na podstawie jednej z części serii Tove Jansson o przygodach Muminków, zaskakuje niezwyczajną w świecie kinowych multipleksów formą. Miałam wrażenie, że przeniosłam się do małego, starego kina „Gwiazda”, do którego chodziłam z rodzicami na dziecięce poranki. Czas w filmowej Dolinie Muminków, mimo ogromu rozgrywających się tu przygód, biegnie prawie tak wolno jak w książce.

kadr z filmu "Lato Muminków" 

Co prawda, żaden film nie jest w stanie zastąpić mi przyjemności lektury. Książka umożliwia powrót do niektórych scen, błyskotliwych powiedzonek, pozwala delektować się urokiem języka i filozoficznych odniesień. To wszystko trudno odnaleźć w tym filmie, ale też – po wielu doświadczeniach z filmowymi adaptacjami książek – przestałam już dawno liczyć na takie przełożenia. Film i literatura mówią do nas innymi językami i cieszę się, że mogę to też pokazać dzieciom.

"Lato Muminków" - kadr z filmu 

Autorom kinowego „Lata Muminków” udało się na pewno zachować magiczną, lekko przerażającą atmosferę książki. Młodsze dzieci, dla których ten film jest przeznaczony, nie są bombardowane błyskawiczną zmiennością krzykliwych obrazów, ale są łagodnie prowadzone przez opowieść, gdzie katastroficzne wydarzenia pokazane są w uproszczonej i łatwej do odebrania przez nie formie. Jest też czas by wyjaśnić niejasności z siedzącą obok mamą.

„Lato Muminków” podobało się również mojej starszej, jedenastoletniej córce, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

Wiem, że niektórym dorosłym, czas spędzony na tym filmie dłuży się niemiłosiernie. Kinowe produkcje dla dzieci z ostatnich lat przyzwyczaiły nas na pewno do specyficznej konstrukcji filmu, który z założenia ma bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Tym bardziej cieszy, że powstają również filmy, chroniące dziecięce prawo do odrębnego odbioru świata.

Kiedy wyszłyśmy z kina, deszcz padał nadal, a my podobnie jak Muminki, brnęłyśmy w kałużach „jak można najszybciej, aż woda chlustała (…), i rozmawiałyśmy z przejęciem o wszystkim, co będziemy robić, kiedy znajdziemy się w domu.”

Tu czekają nasze książki o Muminkach, z którymi jeszcze raz można przeżyć wszystkie przygody i nasza mała, pluszowa Mała Mi, która też czasami wyrusza na dalekie wyprawy wśród traw naszego ogrodu.

Mała Mi w naszym ogrodzie

Mała Mi wśród traw

Kaczka po poznańsku

03.06.2009

 

Dziewczynki często spędzają czas ze swoją ukochaną ciocią, a moją siostrą.

Ostatnio wybrały się razem w odwiedziny do małych kaczuszek. Poniżej zamieszczam relację mojej siostry z tego niecodziennego wydarzenia:)

 

“W jednym ze swoich licznych programów telewizyjnych, znany szkocki kucharz Gordon Ramsey, zajmuje się hodowlą kilku gatunków zwierząt gospodarskich. Cykl rozpoczynają indyki, którym Ramsey, wraz z czwórką swoich kilkuletnich dzieci, nadaje imiona innych znanych brytyjskich kucharzy. Po trawce biegają więc Nigella (Lawson), Delia (Smith) czy Jamie (Oliver).

Eksperyment miał m.in. uświadomić bardzo młodym ludziom, że na świecie istnieją zwierzątka takie jak kury, kaczki, indyki, gęsi, krówki czy świnki, których życie silnie związane jest z życiem ludzkim. Kilka lat temu w holenderskich miastach przeprowadzono badania, które wykazały, że tamtejsze dzieci są przekonane o istnieniu fioletowych krów. Wpływ na takie wyniki miała niewątpliwie reklama znanej czekolady. Dzieci miały także kłopoty z rozpoznaniem kaczek, bo nie przypominały Kaczora Donalda.

Myślę, że w Polsce nie ma jeszcze tak daleko posuniętej ignorancji, ale mimo wszystko postanowiłam działać prewencyjnie. Od kilku lat zaopatruję się w zaprzyjaźnionym gospodarstwie w świeże mleko prosto od krowy i w jajka od „szczęśliwych kur” biegających swobodnie po podwórku. Gdy przyjeżdżają do mnie moje dwie siostrzenice, zawsze towarzyszą mi w wyprawie po te pyszności. Wita nas wtedy gromadka piesków, które głośno szczekają i przyjaźnie merdają ogonkami, a na dachach zabudowań miauczą wygrzewające się leniwie koty. Po powrocie do domu część mleka wypijana jest od razu, część jednak odstawiamy, by skwaśniało. Robimy później pyszny serek, który jest zjadany z rzodkiewką i szczypiorkiem. W święta wielkanocne z takiego twarożku przygotowujemy przepyszną paschę.

Nasza pascha

Już wcześniej dziewczynki miały okazję zobaczyć cielaczka, a kilka dni temu pojawiło się stadko malutkich kaczuszek.

Kacuszki z mamą 

Były pilnie strzeżone przez swoją mamę i swojego tatę, ale niezbędna okazała się też pomoc człowieka, zewsząd bowiem czyha na takie maleństwa niebezpieczeństwo. W okolicy lata dużo drapieżnych ptaków, gdyż gospodarstwo znajduje się w bliskim sąsiedztwie Rogalińskiego Parku Krajobrazowego i Wielkopolskiego Parku Narodowego. Nie ułatwiają im życia także pospolite sroki czy domowe koty. Dowiedziałyśmy się od gospodyni, że już niedługo kaczuszki podrosną na tyle, że będą mogły wszystkim srokom i kotom „nakwakać” w nos.

GŁOS KACZKI

Na razie gospodyni nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca do rozwieszenia prania. Kaczuszki tak ładnie przygryzają trawkę, że nie trzeba jej w ogóle kosić. To dopiero konkurencja dla kosiarek – dodatkowo od razu użyźniają trawnik.

Wieczorem bardzo miło jest się położyć pod cieplutką kołderką i na mięciutkiej podusi z kaczego pierza. Czytamy wtedy razem jakąś ciekawą książkę, a potem smacznie zasypiamy.”