Archiwum z miesiąca: Lipiec, 2009

Dzieci z Czarnego Domku

29.07.2009

 

„Czarny domek”, powieść, którą napisał czeski pisarz Stanislav Komarek, to historia kilku pokoleń rodziny żyjącej w prowincjonalnym miasteczku Błotnica Kropaczowska. Nazwa miasteczka nie jest istotna, bo tak naprawdę każde miejsce jest pewną prowincją życia, które toczy się w tym samym czasie również gdzie indziej.

Prowincjonalność wolę odnosić do mentalności, ale jeśli już osadzamy ten termin w przestrzeni to nie zapominajmy, że w równym stopniu dotyczy on też czasu. Jeśli szukając zrozumienia ludzkich postaw, nie ruszymy w podróż historyczną, to nie pojmiemy też możliwych odmienności losu w różnych miejscach na ziemi.

Ta prawda dotyczy też Błotnicy – miasteczka położonego zawsze w tym samym miejscu, ale nie zawsze w tym samym kraju.

"Czarny domek" Stanislav Komarek

Powieść rozpoczyna się w roku 1900, na terenie cesarskich Austro-Węgier, a bohaterowie, pozostając ciągle w Czarnym Domku zamieszkują kolejno przedwojenną Czechosłowację, tereny okupowane przez Rzeszę niemiecką, wojska radzieckie i komunistów, a niewidzialne, emocjonalne więzy łączą Błotnicę nawet z tymi mieszkańcami, którzy wyemigrowali do Holandii.

Tytułowy domek stanowi bowiem, tak jak każdy rodzinny dom, centrum wszechświata i doświadczając ważnych historycznych przemian, jest też uczestnikiem mikrowydarzeń z życia swoich mieszkańców, świadkiem dzieciństwa każdego z nich, tak odmiennego w każdym pokoleniu.

Przemierzając karty powieści, warto zwrócić więc uwagę nie tylko na koleje losów rodziny na tle historii Czech, ale też na nieprawdopodobne zmiany postrzegania dzieci w rodzinnym i społecznym życiu, w ciągu niespełna stu lat.

Na przełomie wieków, dzieci rodzi się dużo – „dzieci są błogosławieństwem bożym, a w kraju nieposiadającym powszechnego systemu emerytalnego jest tak po dwakroć” – ale też wiele z nich szybko odchodzi ze świata. Nie są obdarzane specjalnym zainteresowaniem, ich dzieciństwo upływa szybko między małą szkołą, pracami domowymi i wypasem krów, kiedy to dość specyficzną rozrywkę stanowi konsumpcja halucynogennych grzybków.

„W tamtych czasach dzieci udręczone na śmierć przez macochy nie były jeszcze folklorystyczną fikcją, z drugiej strony przypadki przygarniania dzieci były częstsze niż dziś, ponieważ ludziom było już w gruncie rzeczy obojętne, czy mają dzieci siedmioro czy ośmioro”. Książkowa rodzina Vodrażków cieszyła się szóstką dzieci. Starano się je w specyficzny sposób chronić: „Trzymaj się miejsc gdzie jest dużo ludzi! – brzmiała dewiza, której umknęło co prawda, że wszystkie katastrofy mają charakter raczej społeczny, zamiast być dziełem leśnych czy bagiennych demonów”. Nie potrafiono jednak skutecznie zaradzić pojawiającym się często chorobom, w tym przypadku błonicy, która spowodowała śmierć trojga dzieci z Czarnego Domku, a ponad dwadzieściorga w miasteczku. „Białe trumienki i pochód dziecięcych drużek, z których jedna, biała, niosła przed trumną zapaloną świeczkę, a druga, w czarnym welonie, za trumną świeczkę ułamaną, należały do codziennych rekwizytów”.

O zmarłych dzieciach zapomniano, a te które przeżyły, wkraczały w wir nowych, dramatycznych wydarzeń w które obfitowała historia XX wieku.

Po pierwszej wojnie światowej, nastąpił przełom polegający na „nagłej redukcji liczby dzieci (…). Dziecko jako centrum rodziny i jedyny sens życia nagle staje się czymś normalnym (…), zwiększają się inwestycja w dzieci, nie chodzi już o to, żeby przeżyły i się utrzymały, ale żeby z nich coś wyrosło. (…) Wiele z nich tego nie wytrzymało i miasteczko stopniowo zapełniło się całym szeregiem w różny sposób neurotycznych i aspołecznych jednostek (…) To miało się okazać dopiero po latach, a małe bóstewka tymczasem kokieteryjnie się uśmiechały”, tak jak mała Milunia, która zaskarbiała pochwały, komplementowaniem klientek sklepu swoich rodziców. Czas między dwiema wojnami kręcił się dla mieszczańskich dzieci z Błotnicy wokół słodyczy, pierwszych książek dziecięcych i lekcji fortepianu. Wszystko to minęło wraz z wielkim kryzysem i wojną.

Lata powojenne to nowe dziecięce doświadczenia. Zaczynają się już na szpitalnych „porodówkach” od „nowego sposobu torturowania niemowląt”,  polegającego na separacji noworodków od matek. W latach sześćdziesiątych, dzieci wciąż „dorastają w atmosferze ostrzeżeń przed porzuconą w lasach amunicją” i przed wybuchem nowej wojny. Zagrożenie staje się całkiem realne gdy w sierpniu 1968 roku, mali mieszkańcy Czarnego Domku dowiadują się o zburzeniu praskiego Muzeum Narodowego z egzotyczną kolekcją zwierząt, której nie zdążyli obejrzeć przed czołgową inwazją.

Po dramatyczny wydarzeniach w Pradze, wzrosła liczba urodzeń co  „było wyrazem ucieczki w sferę prywatną (…) i delegowaniem niespełnionych oczekiwań na następne pokolenia”.

Dzieci, których dorosłość przypadła na ostatnie lata XX wieku, zaczęły znów inaczej spoglądać na swoją rolę. Ważna stała się samorealizacja, „a wrzucanie małych ludzi w tak zwichrzony świat, jest bardzo nieodpowiedzialne”. Dzieci, które się jednak rodzą, nie mają często szansy na dłuższy kontakt z dziadkami i obojgiem rodziców. Znikają z Czarnego Domku równie szybko jak ich rówieśnicy sprzed stu lat. Tym razem nie zabiera ich epidemia błonicy, tylko wyjeżdżająca po rozwodzie matka.

A Czarny Domek, jak wiele innych domów na świecie, ciągle stoi i czeka na nowe pokolenia dzieci, które będą w nim dorastać…

 

Stanislav Komarek „Czarny domek”, Vesper 2007

Skalniaczek dla dzieci

26.07.2009

 

Na naszym ogrodowym murku skalnym rozrastają się rojniki.

Rojniki w naszym ogrodzie 

To niesamowite jak te małe, ale silne roślinki potrafią znaleźć dla siebie miejsce w najwęższej nawet szczelinie między kamieniami.

Ostatnio pracowałam trochę przy poszerzaniu naszego skalniaka i część roślinek trzeba było przesadzić. Pomyślałam, że część małych rojników może zostać wykorzystana przez moją córkę do stworzenia własnego skalniaczka.

Postanowiłyśmy wykorzystać do tego celu jedną z pozostałych jeszcze po budowie płotu, cegieł „dziurawek”. Kiedy podniosłyśmy pierwszą, z leżących na stercie cegieł, okazało się, że mrówki ukryły pod nią swoje jajeczka.

Mrowisko wśród cegieł

Dłuższą chwilę przyglądałyśmy się w jakim pośpiechu przenoszą je w niżej położone zakamarki, by ocalić swój „żłobek”.

O mrówkach

Więcej już im nie przeszkadzałyśmy i zabrałyśmy się za prace ogrodnicze. Z założeniem ceglanego skalniaczka poradzi sobie bez trudu każdy pięciolatek. Dziurki w cegle należy zasypać ziemią i w każdą z nich posadzić małego rojnika.

Sadzenie rojników

O skalniaczek nie trzeba już właściwie więcej dbać, bo roślinki poradzą sobie znakomicie same. Ja staram się tylko powstrzymywać moją córkę przed ciągłym podlewaniem swojego małego ogródka, bo wtedy niestety nie dotrwałby do powrotu z kolonii jej starszej siostry, której ma zostać z dumą zaprezentowany:)

Skalniaczek dla dzieci

W drewutni Emila

23.07.2009

 

„Emil to był chłopiec dziki i uparty (…) Chociaż, należy to przyznać, kiedy nie wrzeszczał, wyglądał na grzecznego. Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą rumianą twarz i jasne kędzierzawe włosy. Wszystko to razem wyglądało tak, jakby Emil był prawdziwym aniołkiem. Ale pozory mylą.”

Podkładka z Emilem

Emil był oczywiście strasznym urwisem, ale my właśnie dlatego bardzo lubimy czytać o jego przygodach, a kiedy spędzaliśmy wakacje w Szwecji, oczywistym było, że udamy się do Emila w odwiedziny.

Zagroda, którą twórcy serialu  - nakręconego na podstawie książek Astrid Lindgren – wybrali do roli Katthult, znajduje się, podobnie jak ta książkowa, w sercu Smalandii.

Zagroda w Katthult

Jej odosobnione, malownicze położenie i układ budynków (zobacz tutaj) odpowiadający literackiemu opisowi, sprawiły, że stała się filmowym plenerem i turystyczną – na szczęście nie zatłoczoną – atrakcją.

Moim zdaniem zagroda nie różniła się specjalnie od wielu innych szwedzkich gospodarstw, które spotykaliśmy po drodze, ale w tym właśnie tkwi pewnie jej nieodparty urok. W naturalności wywołującej wrażenie, że zaraz ujrzymy Emila przebiegającego między budynkami.

Katthult

Miejscem w którym Emil spędzał najwięcej czasu, była oczywiście osławiona „drewutnia”.

Drewutnia w Katthult

Mała Ida, jego grzeczna siostrzyczka, również chciała być zamykana za karę w tym sympatycznym budynku. Cóż, skoro nie potrafiła rozrabiać;) Czytałyśmy o tym w wydanej niedawno książce „Mała Ida też chce psocić”  i bardzo żal nam było Idy.

Astrid Lindgren "Mała Ida też chce psocić"

W drewutni było przecież tak przyjemnie! Tego samego zdania był również Emil choć „jego tatuś myślał, że w ten sposób Emil oduczy się psocić. Żeby tylko nie siedzieć w stolarni. Ale źle myślał. Emil uważał, że w stolarni jest całkiem miło. Siedział tam sobie spokojnie i strugał drewniane ludziki, póki nie został wypuszczony.

Czasami, kiedy już odsiedział swoje, otwierała mu mała Ida. Ida także uważała, że w stolarni jest przyjemnie. Bardzo chciałaby, żeby ją też tu kiedyś zamknięto.”

Drewniane ludziki Emila

W Katthult można do woli posiedzieć sobie w drewutni, choć raczej inni wielbiciele małego rozrabiaki nie pozwolą nam się w niej zamknąć;)

Do innych budynków, poza małym sklepikiem, nie można zaglądać, są zamieszkane przez szczęśliwych właścicieli tego uroczego miejsca.

Urwisy mogą jednak pobiegać po terenie gospodarstwa, a w sklepiku obejrzeć małą wystawę filmowych rekwizytów.

Filmowe rekwizyty w Katthult

Zdjęcia z filmu o Emilu

Oglądając czasami w domu serial o Emilu, z przyjemnością rozpoznajemy teraz znajome miejsca.

 

Marionetka

22.07.2009

 

W szkole podstawowej, jednym z ciekawszych przedmiotów były zajęcia praktyczno-techniczne („zpt”). Na tych lekcjach przygotowywaliśmy sałatki, zbijaliśmy karmniki dla ptaków, szydełkowaliśmy szaliki i szyliśmy bluzki z pieluchy. Co ciekawe, we wszystkich tych pracach brała udział cała klasa, niedzielona wg „zadań dziewczęcych i chłopięcych.”

Na takich właśnie zajęciach wykonywaliśmy również marionetki. Skonstruowane były z małych plastikowych piłeczek wielkości piłeczki pingpongowej i przedstawiały strusia. Piłeczki kupowaliśmy w sklepie sportowym i dziurkowaliśmy za pomocą rozgrzanego nad palnikiem drucika, a potem nawlekaliśmy je na żyłki.

Strusie sprawiały nam mnóstwo radości i sama nie wiem czy bardziej zabawa nimi czy proces tworzenia.

Kiedy my konstruowaliśmy marionetki z piłeczek, w Czechach dzieci bawiły się pewnie prawdziwymi drewnianymi marionetkami. Bawiły się zresztą nimi nie tylko dzieci ale i całe rodziny. Marionetkowa tradycja w Czechach rozwijała się zresztą już od XVII wieku i większość mieszczańskich domów posiadała własny teatrzyk z całą plejadą charakterystycznych postaci: diabłów, czarnoksiężników, wodników i zawsze obecnego w przedstawieniu, drewnianego narratora Kacperka.

Prawdziwe praskie marionetki, wykonane i malowane ręcznie przez czeskich artystów, można kupić w naszym sklepie, a tym którzy chcieliby spędzić miło czas na tworzeniu własnego marionetkowego dzieła, polecamy zestawy „Do-it-yourself”.

Kilka dni temu, my również wykonałyśmy własną marionetkę – Marynarza, którego gotową wersję, malowaną przez artystów Studia Truhlar, można zamówić w Pikinini.

Marynarz Studia Truhlar

Zakupiłyśmy szybkoschnące farby akrylowe, przygotowałyśmy mały młotek, śrubokręt i rozpakowałyśmy zestaw.

Marionetkowy zestaw "Zrób to sam"

Najpierw malowałyśmy…

Malujemy marynarza

Malujemy głowę marionetki

…a później złożyłyśmy wszystkie części zgodnie z załączoną instrukcją.

Instrukcja wykonania marionetki

W końcu, uśmiechnięty marynarz powędrował na swój pierwszy spacer do ogrodu.

Nasz marynarz na spacerze

Nasza marionetka

Ahoj!

Tu gdzie rosną poziomki

16.07.2009

 

W naszym ogrodzie rośnie kilka krzaczków poziomek. Dziewczynki posadziły je w zeszłym roku i już drugi sezon cieszą się ze wspaniałych zbiorów. Poziomki owocują bardzo długo, nawet do listopada i ich jagody stanowią atrakcyjną przekąskę podczas zabaw w ogrodzie.

Krzaczek poziomek

Każde dziecko można posadzić je nawet w doniczce na balkonie, a kiedy zbierze owoce, zrobić z pomocą mamy, poziomkową tartę.

Nam pomagała jeszcze Cecylka Knedelek. Oto jej przepis:

Przepis na poziomkową tartę Cecylki Knedelek

Na początek należy zebrać poziomki…

Zebrane poziomki

Dziewczynki bardzo lubią naszą foremkę do tarty…

Forma do tarty

Starsza siostra umie już ugotować budyń do kremu, a młodsza świetnie nakłuwa ciasto widelcem …

Nakłuwanie ciasta

Tarta najlepiej smakuje jedzona w ogrodzie…

Tarta z poziomkami

…w towarzystwie aromatycznej poziomkowej herbatki.

Wystarczy zalać wrzątkiem kilka listków poziomki i mięty oraz dorzucić kilka świeżych poziomek.

Poziomkowa herbata

Sezon ogórkowy

14.07.2009

 

Mamy kilka dni na wspólny pobyt w domu. Niedługo starsza córka wyjeżdża na kolonie. Taki czas powtórzy się jeszcze na początku sierpnia.

Nie chodzę do pracy, dużo czytamy, spacerujemy, urządzamy niedalekie wycieczki, suszymy lawendę i haftujemy zapachowe woreczki, zrywamy porzeczki i poziomki, upiekłyśmy tartę i ugotowałyśmy tematyczną zupę ogórkową, a upalne chwile wykorzystujemy na kąpiele w naszym ogrodowym basenie i wspólne bujanie się w hamaku. Stąd jest najlepszy widok na niebo!

Basen

HamakW hamaku

Widok na niebo

Idzie niebo ciemną nocą

13.07.2009

 

Przed lekturą książki Zofii Ożóg „Nocne pejzaże w liryce dla dzieci”, nie zwróciłam właściwie nigdy uwagi na to, jak wiele wierszy dla dzieci opowiada o nocy i jej atrybutach, a „nurt kołysankowy” jest chyba dominujący w tym rodzaju poezji.

Jako dziecko uwielbiałam czytane przez tatę wierszyki z kolorowej książeczki Janiny Porazińskiej „W Wojtusiowej izbie” z najbardziej chyba znanym „Z popielnika, na Wojtusia iskiereczka mruga…”. Wiele użytych tam wyrazów, pochodzących z dawnego, wiejskiego folkloru, było dla mnie kompletnie niezrozumiałych, ale fascynowała mnie tajemnicza, baśniowa aura opowieści snutych przy kominku, kiedy zmierzch ośmielał domowe krasnoludki do wyjścia ze swych kątów zza łowickich skrzyń.

Janina Porazińska "Coś przygrywa"

Wszystkie atrybuty poezji „szarej godziny”: gwiazdy, lalki, książki, koty, księżyc, latarnie, świerszcze, baśnie, kwiat paproci, kołyski i ciemność, tworzą kojącą atmosferę bezpieczeństwa, choć ponaglając do snu, służą też bardzo praktycznemu rodzicielskiemu celowi, kiedy to dorośli chcą już odpocząć od dzieci.

Dobrze, że te dwa cele nie wykluczają się wzajemnie bo – jak pisze Zofia Ożóg – „nocna konwencja” w poezji, to prawdziwy sprzymierzeniec dziecka w jego wyobraźni i uczuciach.

Moja starsza córka uwielbiała wiersz Joanny Papuzińskiej „Czekam na mamę”. Był czas kiedy musiałam go przeczytać codziennie, nawet po bardzo późnym powrocie do domu, mimo, że obie znałyśmy go już na pamięć. Właśnie w tak bliskiej sobie tematyce, moje dziecko odnajdywało pewnie potrzebne mu ukojenie.

Joanna Papuzińska „Czekam na mamę” 

Naszym ulubionym miejscem w czasie szarych godzin wieczornych jest domowy kominek, który rozpalamy czasami nawet latem, bo wtedy nam i pewnie również naszym – skrytym w kącikach – krasnoludkom, przyjemniej jest przysłuchiwać się czytanym baśniom i opowieściom:)

 

Zofia Ożóg „Nocne pejzaże w liryce dla dzieci”, Wydawnictwo Adam Marszałek 2002

 

Jeden ze sposobów podawania agrestu

12.07.2009

 

We wczesnym dzieciństwie, uwielbiałam przygotowywany przez dziadka chleb, obłożony pokrojonym na plasterki jabłkiem.

W czerwcu, jadałam też skibki chleba z plasterkami truskawek.

Zupełnie zaskoczył mnie jednak pomysł mojej córki na wykorzystanie ogrodowego agrestu.

Oto GRZANKI Z AGRESTEM! Wspaniałe letnie danie:)

Grzanki z agrestem

Słonie z Hamburga

11.07.2009

 

Po niedawnej wizycie dziewczynek w poznańskiej słoniarni, nasze domowe słoniki otrzymały nowe, wygodne lokum i wydają się być teraz o wiele bardziej zadowolone:)

Słoniarnia w naszym ogrodzie

Na zdjęciu widać gumowego słonika, którym bawiłam się jeszcze jako dziecko. Jego identyczny towarzysz, powinien wciąż pozostawać w zbiorach mojej siostry.

Na spacer do ogrodu, wyszły również afrykańskie drewniane słoniki, wyrzeźbione przez ludowych artystów z Rwandy i Kamerunu. Taką rzeźbę możecie kupić w naszym sklepie, wspomagając tym samym naukę i dożywianie dzieci z krajów Trzeciego Świata.

Drewniane słoniki - cegiełki

Słonie, które przebywają w ogrodach zoologicznych, są słoniami indyjskimi i takie też mieszkają w hamburskim zoo, w którym jakiś czas temu, odwiedziłam je razem ze starszą córką.

Słoń z Hamburga

Nie mają tak wygodnej jak w Poznaniu słoniarni, ale wydają się również wesołe i zadowolone, zwłaszcza gdy pałaszują podawane im przez zwiedzających owoce i warzywa.

Słonie pałaszują

Do dzisiaj zastanawiamy się też, czy hamburskie słonie nie urodziły się w jakimś cyrku, gdyż na swym wybiegu – kilka razy dziennie – popisywały się przed publicznością wymyślnymi sztuczkami.

Występ hamburskich słoni

Numer popisowy

Podobnie jak w Poznaniu, w Hamburgu również dzieci mają do dyspozycji sprężynowego słonia.

Słoń sprężynowy

Ogród zoologiczny, położony właściwie w środku miasta, jest bardzo piękny. Zachwyca nie tylko wspaniałymi zwierzętami, ale i świetnie utrzymaną roślinnością.

Ogród zoologiczny w Hamburgu

Bardzo dużo czasu spędziłyśmy też w ogromnym pawilonie orangutanów oraz przy wybiegu pawianów…

Pawiany

…przyglądając się małym zwierzątkom…

Świnki morskie w Hamburgu

…i trochę większym…

Lwy w Hamburgu

Niektórzy lokatorzy zoo, nie przejmowali się zwiedzającymi…

Kangury

…a niektórzy bardzo starali się z nimi zaprzyjaźnić…

hej, hej!

Wielogodzinną wędrówkę zakończyłyśmy na placu zabaw, gdzie zmęczone dziecko bardzo szybko odzyskało siły:)

Plac zabaw w hamburskim zoo

W Hamburgu spędziłam dużo czasu, ale słonie mieszkające w tamtejszym zoo, odwiedziłam tylko raz, kiedy w podróż służbową miałam okazję zabrać moją starszą córkę. Podróżując z dziećmi, mamy szansę odkryć, że – wydawałoby się – bardzo dobrze znane nam miejsca, kryją jeszcze zupełnie inne urokliwe zakątki, do których właśnie dzięki dzieciom możemy dotrzeć.

O tym co jeszcze można pokazać dziecku podczas pobytu w Hamburgu, napiszę już wkrótce…

Proszę słonia

10.07.2009

 

Ostatnie dwa tygodnie, dziewczynki spędziły z babcią i dziadkiem. Atrakcji im, w tym czasie, nie brakowało:) Jedną z nich była wycieczka do nowej poznańskiej słoniarni, którą to wyprawę, tak opisała moja siostra:

 

W czasach mojego dzieciństwa trudno było o rzeczy codziennego użytku, a cóż dopiero mówić o zabawkach. Dzieci kolekcjonowały wtedy wszystko, co było można. Często były to papierki po czekoladach, historyjki komiksowe z gumy balonowej Donald czy puszki po różnego rodzaju napojach. Ja kolekcjonowałam gumowe i plastikowe zwierzątka. Budowałam im z klocków zagrody i wybiegi, jak w prawdziwym zoo i marzyłam, by zostać w przyszłości weterynarzem. Do naszego domu wszystkie dzieci znosiły z podwórka chore i ranne ptaki, a później razem z siostrą starałyśmy się im pomóc w miarę naszych skromnych możliwości.

 

Od najmłodszych lat lubiłam bajki ze zwierzątkami w roli głównej. Towarzyszyła mi Gąska Balbinka, Pies Pankracy, Krecik, Delfin Um, Pszczółka Maja, bliżej niezidentyfikowany Kiwaczek czy zwierzęta z Zielonego Lasu. Gdy dostałam nowy tapczan, za starym znalazło się wiele, niewiadomego pochodzenia, tabletek do ssania ;-). Podobnie postępował mały chłopiec Pinio, bohater bajki Ludwika Jerzego Kerna pt. „Proszę słonia”, który wrzucał do porcelanowego słonia nielubiane witaminy, aż ten urósł do monstrualnych rozmiarów. W animowanej wersji bajki usłyszeć można niepowtarzalne głosy Ludwika Benoit w roli słonia Dominika, Irenę Kwiatkowską (mama), Wiesława Michnikowskiego (tata), Edwarda Dziewońskiego czy Mieczysława Czechowicza.

 

 

Gdy byłam starsza, zaczytywałam się w książkach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, który wraz z grupą przyjaciół podróżował po całym świecie i łapał zwierzęta do ogrodów zoologicznych. Przybliżyło mi to znajomość geografii oraz fauny i flory świata. Po lekturze mogłam obejrzeć opisane zwierzęta w dwóch poznańskich ogrodach zoologicznych. Rodzice często zabierali mnie i siostrę do Starego Zoo w centrum Poznania, gdzie jedną z głównych atrakcji była słonica Kinga. Niestety, nie doczekała się ona większego lokum, które powstało niedawno w Nowym Zoo na Malcie.

 

W pierwszy weekend tegorocznych wakacji, na poznańskim Starym Rynku pojawiły się kolorowe słonie. W towarzystwie zespołu Republika Czadu Zbigniewa Łowżyła zapraszały do odwiedzin słoniarni.

Republika Czadu na Starym Rynku w Poznaniu

Nie wypadało przejść obojętnie wobec takiej zachęty, więc razem z dziewczynkami oraz ich babcią i dziadkiem wyruszyliśmy do zoo.

Bilety do zoo

Od samego wejścia towarzyszyły nam w drodze figury słoni, na których umieszczone były informacje o ciekawostkach z życia tych wielkich ssaków.

Słoń zaprasza do słoniarni

700 m do słoniarni

Słoniarnia wywarła na wszystkich duże wrażenie. Ogromny budynek o powierzchni 1500 m² z „zielonym dachem”, a wokół niego dużo przestrzeni, przy której wybetonowany stary wybieg Kingi wydaje się nader skromny. Zwierzęta mają do dyspozycji 2,5 hektara wybiegu z basenem i 14 hektarów łąk. W zoo przebywają na razie dwa afrykańskie słonie, 10-letni Ninio i 5-letni Yzik, które przyjechały z Węgier, ale niedługo mają do nich dołączyć nowe koleżanki.

Słoń w słoniarni

Słoniarnia w Poznaniu

Powstała także wioska afrykańska z miejscem do odpoczynku, restauracją, kawiarnią i multimedialną salą konferencyjną. Zadbano również o najmłodszych zwiedzających, którzy nadmiar energii mogą wytracić m. in. na sprężynowym słoniu – huśtawce.

Jeden z poznańskich słoni

Po powrocie do domu, dziewczynki zajęły się własną wizualizacją słoniarni i przelały ją na papier. Być może osoby odpowiedzialne za wykończenie terenu wezmą pod uwagę te skromne sugestie?

rysunki