Archiwum z miesiąca: Wrzesień, 2009

Warsztaty fotograficzne w Księdzeręce

26.09.2009

 

Jeszcze nie tak dawno, wykonanie rodzinnej fotografii było prawdziwym świętem, a niewielkie pudełko ze zdjęciami bliskich czy ozdobny album, był cenną, przekazywaną w rodzinie pamiątką. Dziś, grozi nam raczej nadmiar zdjęć, a dzieciom chyba trudno wyobrazić sobie z jaką trudnością wiązało się kiedyś fotografowanie.

Niedawno wzięłyśmy udział w rodzinnych warsztatach, na których dzieci i ich rodzice mogli doświadczyć trudności i sukcesów pionierów fotografii i filmu.

Na początku obejrzeliśmy przykłady starych fotografii. Później rysowaliśmy portrety przy użyciu urządzenia o nazwie camera lucida. Rysowany model widziany był w lusterku przy odwróconym szkicu rysownika. Dzięki temu portrety stawały się prawie fotograficznym jego odzwierciedleniem:)

Camera lucida i dzieci

"Fotograficzne" rysowanie

Kolejne urządzenie, dzieci musiały skonstruować samodzielnie. Była to camera obscura wykonana z pudełka po butach, z użyciem kalki technicznej. Wszyscy mogli cieszyć się później odwróconym widokiem jesiennych drzew.

Camera obscura i dzieci

Podobny aparat z użyciem soczewki, został też zbudowany z wielkiego kartonowego pudła…

aparat z kartonu

Następnie zajęliśmy się luksografią. Z czarnego papieru dzieci wycinały figury, nakładane później na papier fotograficzny. Po ich naświetleniu i utrwaleniu, otrzymaliśmy pamiątkowe fotografie naszych dzieł.

Luksografia

Duże emocje wzbudziło też wykonanie własnego filmu animowanego. Pomogło nam w tym urządzenie o nazwie zoetrop. Taśma, na której dzieci rysowały scenkę z kolejnymi etapami ruchu, wkładana była do zoetropu i przez szczeliny oglądaliśmy ruchome historyjki.

zoetrop i filmy animowane

Teraz już łatwiej rozmawiać nam o tym, jak wyglądał świat w którym nieznano jeszcze fotografii.

Land art i konkursowe głosowanie

20.09.2009

 

Do naszego ogrodu wkracza jesień. Kwitną kwiaty, fruwają jeszcze motyle, ale nie słychać już codziennych śpiewów wilg, które odleciały, a z drzew spada coraz więcej liści.

jesień w ogrodzie

Złożyliśmy basen, grabimy liście, a przy okazji jesiennych porządków znajdujemy mnóstwo ciekawych rzeczy w ogrodzie: żołędzie, grzyby, piórko sójki, która wybiera się za morze i jamę tajemniczego drapieżnika, który – sądząc po pozostawionych wokół piórkach – poluje chyba na okoliczne bażanty.

ogrodowe znaleziska

Liście, żołędzie, kasztany, gałązki, kamienie i kwiaty można wykorzystać do stworzenia własnego dzieła. Ten sposób ekspresji artystycznej ma nawet własną nazwę i jako „land art” staje się całkiem popularnym sposobem na spędzanie wolnego czasu przez mieszkańców Europy Zachodniej. Kilkunastoosobowe grupy „artystów ziemi” tworzą na skrajach lasów, na łąkach i w parkach, piękne aczkolwiek nietrwałe ekologiczne prace. Jak przeczytałam w jednym z artykułów w czasopiśmie „Przyroda Polska”, land art, jako ciekawa „forma aktywności fizycznej na świeżym powietrzu, stwarza odpowiednie warunki do poznawania elementów przyrody, gatunków roślin czy rodzajów skał. Z tego powodu jest powszechnie stosowaną formą pracy z dziećmi we Francji, Włoszech i krajach Beneluksu w ramach zajęć przyrodniczych.” Chciałabym by i w naszych szkołach nauczyciele sięgnęli po taką formę zajęć. Inspirujących przykładów prac nie brakuje w Internecie.

W naszym ogrodzie dziewczynki stworzyły własne dzieła, które jako rzeczywiście bardzo nietrwałe, uwieczniamy zaraz na zdjęciach.

land art

W ogrodzie urządziłyśmy też dzisiejsze losowanie dwóch książek, dla wszystkich, którzy pod postem o ulubionej książce dzieciństwa umieścili swój komentarz.

Najpierw losowała mniejsza rączka, a później większa…

Losowanie bardzo nam się spodobało i będziemy częściej urządzać podobne:)

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do: agnes i medoli, które proszę o przysłanie adresu.

Gratulujemy!

losowanie

Pierwsza książeczka

18.09.2009

 

Konkurs na ulubioną książkę dzieciństwa sprawił, że znów sięgnęłam po stojącą na półce, jedną z moich najważniejszych lektur.

"Na straganie" Jan Brzechwa

„Na straganie” Jana Brzechwy była moją pierwszą książeczką. Czytała mi ją babcia, a w jej kartonowych kartkach wciąż ukrywa się ulotny zapach – chyba farby drukarskiej – którego nie odnalazłam już w żadnej innej książce.

Ja z książką

Wiersz Brzechwy zilustrował Bohdan Butenko i ja;) Jako dziecko rysowałam po wszystkich swoich książkach, co później wzbudzało ogromne oburzenie moich córek. Ze zgrozą oglądały moje pętelki i litery, same bowiem nie narysowały w żadnej ze swoich książek nawet kreseczki.

ilustracje w "Na straganie"

„Na straganie” było też scenariuszem pierwszego przedstawienia teatralnego, które przygotowałam razem z moją małą, chyba dwuletnią wówczas córeczką. Sama dorysowała oczy i buźki wyciętym przeze mnie z kartonu warzywom.

Nasze kukiełki

Już chyba zawsze będę kojarzyła leżące na straganie warzywa z rysunkami Butenki:)

Ulubiona książka dzieciństwa

16.09.2009

 

W dzieciństwie, jedną z moich ulubionych książek był zbiór baśni Słowian Zachodnich „Śpiewająca Lipka”. Książkę dostałam na urodziny od rodziców. Czytałam ją oczywiście wielokrotnie, ale przede wszystkim przygotowywałam na jej podstawie mnóstwo przedstawień kukiełkowych – w domu dla rodziny i w świetlicy szkolnej, wraz z wszystkimi dziećmi, które chciały przyłączyć się do zabawy.

Właśnie w świetlicy, moje baśnie gdzieś się zapodziały. Nie mogłam odżałować tej straty bo książka była z dedykacją, a podobnej przez wiele lat nie można było kupić. Kiedy urodziły się moje córki bardzo chciałam poczytać im baśnie ze „Śpiewającej Lipki”, ale książka – nie wznawiana przez lata – była dostępna jedynie na Allegro, gdzie stare, zniszczone egzemplarze osiągały bardzo wysokie ceny. Może wśród nich był nawet mój zaczytany i zaginiony tom:) Na szczęście niedawno książkę wydano ponownie i znów mogła znaleźć się na naszej półce.

Jakiś czas temu zakończyłyśmy z dziewczynkami czytanie „Cudownej Podróży” Selmy Lagerlof z pięknymi ilustracjami Janusza Grabiańskiego. Dwa tomy tej powieści było już mocno sfatygowane, a dziewczynki – które bardzo żałowały, że podróż z Nilsem Holgerssonem się zakończyła – stwierdziły, że będą ją czytały również ze swoimi dziećmi. Z tego co wiem, książki z tak lubianymi przez nas ilustracjami nie wydano już od wielu lat.

Dlatego bardzo cieszy mnie inicjatywa Wydawnictwa Dwie Siostry, które wspierane przez serwis Allegro zamierza, w ramach serii Mistrzowie Ilustracji, wydać ponownie niektóre z zapomnianych już lektur dzieciństwa.

Jakie będą to książki? Mamy szansę sami o tym zadecydować, głosując na wybrane tytuły na specjalnej stronie Allegro: STRONA KONKURSOWA

Konkurs Wydawnictwa Dwie Siostry i Allegro 

Ja zamierzam zagłosować oczywiście na „Cudowną Podróż”, a także na ilustrowane przez Zdzisława Witwickiego „Z przygód krasnala Hałabały” i Bohdana Butenkę „Na straganie”.

Wspaniała akcja!

Moje typy konkursowe

Natomiast u nas, wśród wszystkich osób które do soboty (godz. 24:00) zostawią swój komentarz pod tym postem, rozlosujemy w niedzielę 20 września, dwie książki Wydawnictwa Dwie Siostry „Świat jest dziwny”.

Świat jest dziwny

KULINARNY KONKURS PIKININI

12.09.2009

Konkurs na blogu Pikinini

Minęło już 5 miesięcy od kiedy otworzyliśmy nasz sklep Pikinini.

W listopadzie minie rok, odkąd zaczęłam prowadzić bloga.

W tym czasie miałam przyjemność poznać sporo sympatycznych osób zaglądających do nas i wielu wspaniałych autorów innych blogów.

 

W naszym sklepie, dużym powodzeniem cieszą się foremki i akcesoria do wspólnego pieczenia i gotowania z dziećmi. Mam nadzieję, że ich używanie sprawia mnóstwo radości wszystkim małym i dużym kucharzom.

Być może część z nich chciałaby pochwalić się swoimi wypiekami, a przy okazji wylosować jedną z wielu nagród w naszym pierwszym konkursie.

 

Dla nich, dla wszystkich nowych klientów oraz dla wszystkich autorów blogów, którzy również chcieliby wylosować przeznaczone dla nich nagrody – ogłaszamy KULINARNY KONKURS PIKININI.

 

Konkurs trwać będzie od 12 września do 10 grudnia 2009.

 

Zdjęcia zamieszczane będą na specjalnym blogu konkursowym. Na nim również znajduje się regulamin konkursu i opis nagród.

 

ZAPRASZAMY DO ZABAWY!

Stare Zoo w Poznaniu

09.09.2009

Zwiedzajcie Ogród Zoologiczny

Taka reklama kierowana była do moich dziadków.

Dziś miasto również bardzo namawia do zwiedzania ogrodu zoologicznego. Już nie tego – starego zoologu – czynnego nieprzerwanie od 135 lat. W Poznaniu mamy nowe, ogromne zoo z wygodnymi dla zwierząt wybiegami i tam raczej podążają rodzinne wycieczki, zwłaszcza od kiedy otwarto w nim dużą, nowoczesną słoniarnię. W ostatni weekend mnóstwo Poznaniaków wyruszyło obejrzeć nowo przybyłą słonicę.

Być może dlatego, w starym opuszczonym już przez większość zwierząt ogrodzie, nie było prawie żadnych spacerowiczów.

Wybrałam się tam wraz z moimi przyjaciółkami i naszymi dziećmi. Zoo staje się teraz pięknym, osadzonym w środku miasta parkiem, pełnym pamiątek przeszłości i naszych nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa.

Naszym dzieciom zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcie przy starej rzeźbie wilka, na którego grzbiecie siadywali chyba wszyscy mali Poznaniacy. Wielu z nich ma zapewne w swoich albumach okolicznościowe zdjęcie, podobne do tego na którym rodzice uwiecznili mnie i siostrę.

Pamiętacie wilka?

Historia zoologu rozpoczęła się gdy właścicielowi dworcowej restauracji, członkowie stowarzyszenia w którym działał, podarowali na pięćdziesiąte urodziny zakupione przez siebie zwierzęta: świnie, kaczki, kozy, pawia, koguta, królika, a także nabyte od Cyganów – niedźwiedzia i małpę.

Zoo zarządzane było przez Niemców, Polaków i Żydów. Było dumą Poznania.

Kiedy więc w trudnych latach po pierwszej wojnie światowej, zamykano w Europie kolejne ogrody, Poznaniacy bardzo starali się udowodnić własną gospodarność i utrzymać zoo. W wielu opustoszałych klatkach umieszczono z braku innych zwierząt rozmaite rasy królików, a Poznaniacy tłumnie je odwiedzali. Chyba nigdzie na świecie króliki nie cieszyły się taką oglądalnością co wówczas w Poznaniu. Dzięki tej akcji, poznańskie zoo, jest najdłużej działającym zwierzyńcem w Polsce.

Stare zoo

Przy okazji przybywających ostatnio do Poznania nowych słoni, warto przypomnieć też ich poprzedników, nie mających szczęścia zakosztować komfortu nowej słoniarni.

Przeprowadzki do nowego zoo, nie doczekała nasza sympatyczna słonica Kinga. Zdechła w 2003 roku po przeżyciu w Poznaniu 48 lat. Przywieziono ją gdy była małym 3,5 letnim słonikiem, złapanym w Indiach. Szkoda, że musiała resztę swojego życia spędzić na betonowym wybiegu.

W pamięci starszych Poznaniaków, zapisał się też Mały Cohn, który jako uciekinier z cyrku, był bohaterem – jedynego w dziejach naszego miasta – polowania na słonia.

Polowanie miało miejsce jeszcze przed pierwszą wojną, a Mały Cohn po złapaniu, zamieszkał w zoo.

Spacerowałyśmy wśród starych, pustych już klatek. Wciąż pamiętam jakim przerażeniem napawały nas mieszkające tu drapieżne koty i niedźwiedzie.

stare klatki

Dziś pozostało w ogrodzie jeszcze trochę mniejszych zwierząt. Atrakcją dla dzieci są sympatyczne kózki i owieczki, oglądać można ptaki, ryby i gady.

kózki i owieczki

Zbudowano nowe place zabaw, ale jest też i stara wiekowa już chyba karuzela.

Zabawa w starym zoo

Zwiedzajcie i popierajcie Ogród Zoologiczny w Poznaniu:)

Pozdrowienia z Poznania

Onitsza

07.09.2009

Le Clezio "Onitsza"

Kiedy poznajemy   dwunastoletniego Fintana, właśnie rozpoczyna on swą morską podróż do Afryki, gdzie mieszka jego angielski ojciec, który wyjechał tam w pogoni za marzeniami, tuż przed wybuchem drugiej wojny. Matka Fintana jest Włoszką, która schroniła się z dzieckiem we Francji. Swego męża pamięta tylko jako romantycznego kochanka, jej syn nie zna swojego ojca wcale.

Fintan nie chce opuszczać domu przybranej babki i Francji, ale nie protestuje. Całe swe siły skupia na zapamiętaniu ostatnich obrazów świata, który zostawia za sobą.

Czytałam kilka recenzji książki Le Clezio „Onitsza”. Wszystkie z nich mówią o miłości chłopca do Afryki. Tak, chłopiec pokochał Afrykę, którą spotkał, intensywność barw, zapachów, dźwięków, niezwykłość ludzi. Ale to, że tak się stało wynikało z tego kim Fintan był, z jego wrażliwości na wszystko co go otaczało, z wewnętrznej potrzeby zachowania najlepszych cząstek świata. Znajduje je właściwie wszędzie, w oddalającym się wybrzeżu Francji, w morskim rejsie, w bliskości matki. Rytm powieści jest niespieszny, ale na obserwację świata, na wchłonięcie codziennych osobliwości potrzebny jest przecież czas, niezbędna nawet nuda i monotonia, by to w czym odnajdujemy piękno i wagę można zamknąć w głowie na zawsze.

Fintan to potrafił. Był dzieckiem, który zdołał przyjąć Afrykę taką jaką spotkał. Jest odarta z godności przez kolonializm i biedę, ale właśnie tu najważniejsza jest umiejętność dostrzegania tego, co nie do końca jest widoczne, zjednoczenie prostego, ludzkiego losu z naturą.

Afryka jest też pełna krzywdy i przemocy, i o tym też nie będzie mógł zapomnieć Fintan gdy przyjdzie mu wrócić do Europy. Dorasta, ale nie przestaje być dzieckiem. Wie, że by mieszkać w Anglii czy Francji musi „przytępić swoją wrażliwość”, nie może jak w Afryce „chodzić boso”. Tu ważne jest ukrycie się w butach, ubraniu i racjonalnym spojrzeniu na rzeczywistość. To jednak co zachował w sercu i w pamięci pozwala dorosłemu już Fintanowi akceptować ludzi – wybory swej matki, pogoń ojca za marzeniami i doskonałością. 

Niezgoda na zło świata, dostrzeganie w nim piękna i akceptacja ludzkich słabości – tego wszystkiego uczy Fintan także swą o wiele lat młodszą siostrę i na to zwraca nam uwagę Le Clezio, opowiadając historię życia małego chłopca.

 

J.M.G. Le Clezio „Onitsza”, PIW 1995

Kolorowe kamienie

05.09.2009

 

Te kamienie leżały przed jedną z „zagród” w Bullerbyn…

Kamienie z Bullerbyn

To pomalowane – pięć lat temu podczas wakacji na Mazurach – kamienne dzieła mojej starszej córki…

Kolorowe kamienie z Mazur

A ta piękna sowa i uśmiechnięta biedronka powstały tego lata i ozdabiają teraz nasz płot:)

Kamienie przed naszym domem

Ala ma kota

04.09.2009

 

Dziewczynki rozpoczęły rok szkolny – w zerówce i w piątej klasie – w nowej dla nich szkole. Poprzednio spędziły kilka lat w placówkach prywatnych, teraz znalazły się w dość dużej szkole publicznej.

Miałyśmy wiele obaw, ale pierwszy strach już za nami. Piątoklasistki przyjęły moją córkę bardzo serdecznie, zwłaszcza, że większość w klasie stanowią chłopcy.

Dziewczynki cieszą się z wielu rzeczy w szkole. Młodsza – z nowego placu zabaw, którego brakowało w przedszkolu…

Szkolny plac zabaw

Starsza – z nowych koleżanek, rozdawanego na przerwach mleka, które uwielbia i dużej sali gimnastycznej.

Szkolne mleko

Obydwie bardzo polubiły świetlicę z miłymi paniami, a także licznymi grami i zabawami, których było zbyt mało w szkole prywatnej.

Myślę, że będzie dobrze, choć sporo wyzwań wciąż przed nami.

W przypadku naszej sześciolatki, czeka nas w tym roku zmaganie z reformą edukacyjną. Nowy program dla klas zerowych nie zakłada nauki czytania i pisania. Dzieci sześcioletnie mają niejako zaprzestać rozwijania swoich umiejętności, pewnie po to by ułatwić start pięciolatkom. Podobnie dzieje się też w pierwszych klasach, gdzie siedmiolatki uczą się z sześciolatkami.

Początkowo martwiłam się trochę, ale zerówkowa wychowawczyni jest, na szczęście, rozsądną osobą, która nie będzie zabraniała dzieciom pisania.

Doszłam też do wniosku, że przecież wiele dzieci – w tym ja sama – nauczyła się płynnie czytać i pisać poza szkołą i zazwyczaj zanim przekroczyła jej próg.

Po polsku nauczyli się pisać również mój dziadek i babcia, którzy chodzili tylko do szkół niemieckich.

Jednocześnie wiele dzieci, które dopiero w szkole poznają litery i czytanie, nie nabywa tej umiejętności latami. W poprzedniej, prywatnej szkole mojej córki, szczycącej się najlepszymi wynikami egzaminacyjnymi w Poznaniu, były dzieci, które po pięciu latach nauki wciąż nie potrafiły czytać. Czy szkoła jest więc rzeczywiście tym miejscem, które motywuje do czytania?

Tegoroczna sytuacja sześciolatków jest przykładem na to, że dzieciom każe oczekiwać się na właściwy moment, który być może zostanie później po prostu przegapiony.

Tak działo się oczywiście również dawniej. Mój dziadek zawiózł do szkoły swoją sześcioletnią córkę z nadzieją na jej wcześniejsze przyjęcie do szkoły. Mimo, że mama potrafiła już przeczytać gazetę, do szkoły jej nie przyjęto.

Ja uczyłam się pisać, kopiując słowa w książkach. To mało chwalebny, ale w moim przypadku bardzo skuteczny sposób. Mam jeszcze książki własnoręcznie porysowane i popisane.

Na straganie

W tomie z wierszami Brzechwy kopiowałam nawet numery stron, przestawiając często cyfry:)

Uczę się zapisywać cyfry

Zanim poszłam do pierwszej klasy przeczytałam już samodzielnie kilka książek i właśnie uczyłam się cyrylicy ze starego rosyjskiego podręcznika ze zdjęciem Lenina na drugiej stronie. Książkę nosiłam w tornistrze do szkoły, czytając czasami w świetlicy historie o Tamarze, schludnej Maszy i jej nieporządnej koleżance Wierze, która nie cerowała swoich pończoch:)

Jednak swój elementarz również bardzo lubiłam. Myślę, że głównie dzięki ilustracjom Grabiańskiego. Uwielbiałam rysunki z Alą szykującą się rano do szkoły i Olą, która żegna mamę udając się SAMA do szkoły, w której spotka się z Alą.

Mój elementarz

Pamiętam też dobrze lekcję z literką „C”, bo wtedy miałam bardzo wysoką gorączkę i mama musiała odebrać mnie ze szkoły.

Swoją starszą córkę nauczyłam czytać metodą Domana, którą wtedy przypadkowo poznałam.

Glenn Doman "Jak nauczyć małe dziecko czytać"

Na całościowe czytanie słów z małym dzieckiem, przeznaczałam codziennie dosłownie kilka minut. W wieku dwóch lat czytała już całkiem sporo słów, co dla mnie samej było dość niesamowite. Nie wiedziałam jak dalej należy postępować, czytałyśmy więc po prostu kolejne książeczki.

Młodszej córki nie uczyłam już w ten sposób. Ją fascynował mój stary elementarz. Myślę, że to przykład na to, jak każdy znajduje swoją własną drogę do wiedzy:)

Wróciłam więc do historii Ali, Asa, Oli i Celi. Przypomniałam sobie szkolne zdziwienie historyjkami, które wydawały mi się dosyć dziwaczne. Bardzo podobne odkryłam później w pierwszym podręczniku mojej starszej córki, w którym występowała również znana mi już Cela:)

Cela z Elementarza

Zmieniają się programy szkolne, metody nauczania, podręczniki i okładki zeszytów…

Rodzinne zeszyty

…ale własnoręczne napisanie pierwszego w życiu zdania, jest chyba dla każdego ogromnym przeżyciem i wielkim powodem do dumy:)

Ala ma kota