Archiwum z miesiąca: Maj, 2010

Przedszkole dla małych drzewek

31.05.2010

 

Rzęsisty deszcz w ostatnich tygodniach nie pozwolił nam spędzać zbyt wiele czasu w ogrodzie. Kiedy na początku wiosny rozwieszaliśmy hamak między drzewami, kwitły śliwy, a my czekaliśmy na kolejne ciepłe dni.

Kwitnące śliwy

Hamak w ogrodzie

Wtedy też zabrałam się za porządkowanie ogrodu po zimie. W naszym ogrodzie rośnie ponad dwadzieścia brzóz, toteż na rabatach znajdowałam sporo ich siewek, dziwiąc się, że potrafiły rosnąć nawet miedzy kamieniami skalniaka.

Brzózka na skalniaku

Kilka takich maleńkich brzózek zostało ocalonych przez moją młodszą córkę i przesadzonych do plastikowych doniczek. Po kilku dniach wykopałam jednak prawdziwie sensacyjne znalezisko – kiełkujący z żołędzia mały dąbek.

Mały dąbek

Ten okaz został również natychmiast zasadzony w doniczce.

Siewka dębu w doniczce

Przez kolejne dni, hodowla miała zapewnione bezobsługowe podlewanie deszczówką, więc miała się całkiem dobrze. W ostatnią sobotę zaświeciło na dłużej słońce, znikły meszki i znów mogliśmy umościć się w hamaku.

Hamak w ogrodzie

Tym razem nie oglądaliśmy już kwiatów śliwy, ale połyskujące w słońcu liście – podtrzymującego hamak z drugiej strony – młodego dębu.

Nasz dąb

Nie mogłam zbyt długo leniuchować bo rozrośnięte po deszczach chwasty wymagały stanowczej interwencji. Wśród nich zaczęłam odkrywać coraz to nowe siewki, wyrastające z żołędzi naszych ogrodowych dębów.

Nasza najmłodsza ogrodniczka znów miała mnóstwo pracy!

Młode dęby

Powstało prawdziwe przedszkole dla małych brzózek i dębów.

Szkółka dębów i brzózek

Na razie rosną sobie w doniczkach, ale w planach mamy już zalesianie wybranych obszarów niedaleko naszego domu;)

/

Skąd się biorą pomidory

22.05.2010

 

Moja młodsza córka nie lubi pomidorów. Nie chce nawet siedzieć przy stole przy którym ktoś go je. Do dziś wspomina natomiast nasze wakacje na wsi, kiedy zrywała z krzaczków nagrzane słońcem, pachnące latem słodkie pomidory i zajadała ze smakiem.

Twierdzi, że pomidory które kupujemy w sklepie są nieprawdziwe i ma chyba rację:)

 

Kiedy ja byłam mała, nigdy nie jedliśmy warzyw ze sklepu, wszystkie pochodziły z ogrodu, a w większości wypadków my, dzieci uczestniczyliśmy w ich sadzeniu, pielęgnowaniu i zbieraniu.

W czasie sezonu pomidorowego, w domu stały kosze wypełnione czerwonymi i malinowymi okazami. Zjadaliśmy ich wtedy mnóstwo, a dodatkowo mama przerabiała je na przecier i zaprawiała w całości, obrane ze skórki na zimową sałatkę.

 

Moi rodzice i siostra nadal sadzą w swoich ogródkach trochę pomidorowych krzaczków. W tym roku, w ten ogrodniczy proces postanowiliśmy włączyć też dzieci.

Dziewczynki zasadziły więc same, całą rabatkę pomidorów w warzywniku mojej siostry.

Jak posadzić pomidory

Sadzenie krzaczkow pomidorów

Będą tam teraz zaglądać w oczekiwaniu na pierwsze zbiory. Cały warzywnik jest zresztą pełen smakowitości, więc zawsze jest tam coś do odkrycia.

warzywnik

Kiedy chodziłyśmy z siostrą do przedszkola – bądź co bądź w środku miasta –co jakiś czas zaglądaliśmy z panią do warzywnego ogródka prowadzonego przy przedszkolu. Były to na pewno ważne lekcje dla miejskich dzieci. Z wyhodowanych warzyw robiliśmy też kukiełki do teatrzyku i myślę, że żadnemu dziecku nie myliła się natka pietruszki z nacią marchwi, jak zdarzyło się to kiedyś pewnemu mojemu znajomemu;)

 

Czy wokół was są teraz jakieś przedszkola, które prowadzą ogródek edukacyjny dla dzieci? Ja na razie takiego nie spotkałam, a przecież mógłby być on nawet ciekawszy dla dzieci niż kolejny plac zabaw.

Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie nam prawdziwych owoców i warzyw na stołach, a wszystkie dzieci będą potrafiły odróżniać pomidora od ziemniaka;)

 

/

Poznańskie Bamberki i Indianie prerii

20.05.2010

 

Jestem ciekawa czy w czasie tegorocznej Nocy Muzeów bawiliście się tak dobrze jak my:)

W zeszłym roku spędzaliśmy czas w poznańskim Muzeum Narodowym, w tym –wybraliśmy się do Muzeum Etnograficznego.

Okolice Starego Rynku okupowane były przez kibiców Lecha świętujących zwycięski mecz, więc nie bardzo wyobrażałam sobie rodziny z dziećmi próbujące przedrzeć się do okalających Rynek przybytków kultury. Muzeum Etnograficzne jest trochę oddalone od centrum, a my również już dawno tam nie gościliśmy.

Zanim dotarliśmy do głównego budynku muzeum, dziewczynki zdążyły już zagrać w kilka gier indiańskich – w obozowisku, które rozłożono na dziedzińcu.

W dawnej loży masońskiej zorganizowano konkursowe poszukiwania przedmiotów, nie pasujących do ekspozycji na których je umieszczono.

Konkurs w Muzeum Etnograficznym

Sombrero nosił góral, a biało-niebieski, polski wazonik znaleźliśmy wśród naczyń z Laosu. Największą trudność sprawiło nam odnalezienie hinduskiego wachlarza i maski afrykańskiej, którą ostatecznie zlokalizowaliśmy na kredensie polskiej, wiejskiej chaty.

Zagadki w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu

Moja najmłodsza córka bardzo zaangażowała się w konkurs i szukając maski przeczesałyśmy muzealne sale trzykrotnie;)

W oczekiwaniu na losowanie nagród obejrzeliśmy teatrzyk marionetek i spędziliśmy sporo czasu w mniejszym budynku, w którym znajduje się Muzeum Bambrów. Tu urządziliśmy własne poszukiwania przedmiotów, które podobne są do tych przechowywanych jako pamiątki w naszym domu. Becik w kołysce jest prawie taki sam jak ten uszyty dla mnie przez moją babcię. Znaleźliśmy też gliniane garnuszki, drewniane łyżki, „kwirlejkę”, podobne do wyszywanych przez babcię makatki…

Eksponaty w poznańskim Muzeum Bambrów

…i drewniane klamerki – takie same jak te, które ozdabiają naszą łazienkę.

Drewniane klamerki

Rzeczy, które używali Bambrzy były przecież w większości takie same jak w innych wielkopolskich gospodarstwach.

Po powrocie do domu zgromadziłyśmy nasze domowe pamiątki na stole, porównałyśmy je z tymi utrwalonymi na zdjęciach i przypomniałyśmy sobie kilka rodzinnych historii.

Nasze domowe pamiątki z przeszłości

W muzeum przechadzały się dziewczynki przebrane w stroje Bamberek, a w gablotach umieszczono też laleczki bamberskie i lalę, pod której spódnicą chowano dzbanek z gorącą kawą.

Bamberki

Te lalki w bamberskich kornetach na głowie przypomniały dziewczynkom lalkę Bamberkę, którą można znaleźć na półkach Pikinini;)

Lalka Bamberka

Nasza kartka z konkursowymi odpowiedziami nie została wylosowana ale wystarczyły rozdane cukierki – pocieszyciele by powrócił radosny nastrój. Cukierki rozdawali również „Indianie” prowadzący na dziedzińcu zabawy, w które zaangażowaliśmy się na kolejną godzinę. Od tarczy–żółwia, do którego rzucało się włócznią, nasza najmłodsza – wymalowana indiańskimi barwami – córka, nie chciała prawie odejść. Jej tata musiał obiecać sporządzenie podobnej atrakcji w naszym ogrodzie:)

Indiańska tarcza-żółw

Dziewczynki strzelały z łuków, łapały rzucane płócienne woreczki za pomocą długich kijów i urządziły wyścigi pluszowych żółwi:)

Wyścig indiańskich żółwi

Powoli zapadała noc, a „Indianie” szykowali się do tańca pow–wow, w którym z uwagi na późną porę już jednak nie uczestniczyliśmy.

Tipi

/

Prezent imieninowy od starszej siostry

17.05.2010

 

Kolekcja pluszowych maskotek mojej młodszej córki znów się powiększyła. W sobotę otrzymała od starszej siostry uszytego przez nią samodzielnie słonika, który z drugiej strony – tam gdzie jest niebieski i nie ma ucha – jest mrówkojadem.

Słonik z filcu

Słonio–mrówkojad dołączył do swojego filcowego brata – pieska, uszytego już trochę wcześniej.

Słonio-mrówkojad z pieskiem i walizeczką do szycia

Oba zwierzątka powstały wg wykrojów i z materiałów dostępnych w walizeczce z przyborami do szycia, która jest ostatnio bardzo intensywnie wykorzystywana.

Maskotka wspierała oczywiście swoją panią w czasie rodzinnych rozgrywek w układaniu balansujących wież, które również były imieninowym prezentem.

Balansujące wieże i słonik

/

Pochwała bibliotek

15.05.2010

 

Jednym z zawodów, o których marzyłam w dzieciństwie było bycie bibliotekarką. Wyprzedzały go co prawda tak atrakcyjne posady jak archeolog podwodny, skrzypaczka, treserka delfinów i sprzedawczyni w sklepie papierniczym, ale myśl o spędzaniu całych dni w bibliotece też była pociągająca:)

Kiedy więc rozpoczęłam lekturę książki Joanny Papuzińskiej „Dziecięce spotkania z literaturą” – pozycji skierowanej do bibliotekarzy – od rozdziału poświęconego przekonaniu tej grupy zawodowej o konieczności czytania, przetarłam oczy ze zdumienia.

Po wyszczególnieniu zalet płynących ze znajomości literatury dziecięcej, autorka pisze: „Z pewnością ktoś może tu przytoczyć kontrargument, zaczerpnięty czy to z zawodowych lektur, czy nawet akademickich studiów, zawierający tezę, że bibliotekarz nie musi ani lubić, ani praktykować czytania (podobnie jak sprzedawca nie musi znać smaku wszystkich gatunków serów, które trzyma w sklepowej lodówce.) On ma przechowywać, gromadzić, udostępniać informacje – kropka. Ja jednak pozostanę przy swoim zdaniu, że zachęta do czytania musi opierać się na znajomości rzeczy i kompletnym doradztwie.”

Nieprawdopodobne! A więc są bibliotekarze, którzy nie lubią czytać?!

Co więcej, „drugi kontrargument opiera się zazwyczaj na tezie o nawale obowiązków bibliotekarza, pośród których już nie ma miejsca na czytanie.” I pomyśleć, że perspektywa rezygnacji z mojej pracy, na rzecz ciszy bibliotecznej sali, wciąż mnie kusi! Jestem pewna, że pani Papuzińska nie musiałaby przekonywać mnie do wygospodarowania 4 godzin tygodniowo na czytanie w pracy!

Dalsze rozdziały „Dziecięcych spotkań…” poświęcone są omówieniu relacji między księgozbiorem domowym a zbiorami w bibliotece, nowym rodzajom humoru w literaturze, wadze poezji i roli narracji ustnej, organizowaniu imprez czytelniczych i konkursów literackich oraz sposobom na przekonanie dzieci „nieczytających” do odwiedzin biblioteki. No cóż, trudno byłoby to zrobić zapewne „nieczytającemu” bibliotekarzowi;)

W przedmowie tej ciekawej pozycji, autorka wyjaśnia, że „książka niniejsza ma być pomocą w pracy bibliotekarza i dostarczyć mu materiału do refleksji nad niektórymi zagadnieniami bibliotekarstwa dziecięcego.” Mnie również lektura ta skłoniła do refleksji:)

 

W Poznaniu mamy wspaniałe biblioteki z wieloletnimi tradycjami: wiodącą Bibliotekę Raczyńskich, zbiory kórnickie, biblioteki uniwersyteckie. Z wszystkich miewam okazję korzystać, a jednak od wielu, wielu lat pozostaję wierna – mojej ulubionej – dawnej przyzakładowej bibliotece fabryki Cegielskiego, w której biurach pracowała moja mama. Teraz stała się już filią miejskiej Biblioteki Raczyńskich, ale atmosfera miejsca wciąż pozostaje niepowtarzalna, taka jak wtedy gdy przychodziłam tam jako dziecko. Pojawiły się komputery, ale pozostały jeszcze stare regały, krzesła, szufladki z katalogami, a przede wszystkim te same karty biblioteczne z zapisaną historią „wypożyczeń”.

karta biblioteczna

Zawsze niecierpliwie czekałam na powrót mamy z pracy, by zajrzeć do jej torby w poszukiwaniu nowych książek. Przyglądałam się często kartom wklejonym na wewnętrznej stronie okładki i liczyłam ile osób czytało już książkę przede mną.

Dziś biblioteka wypełniona jest nowościami, a sympatyczne panie bibliotekarki czytają na szczęście w czasie pracy;)

Ze wzruszeniem wspominam też panią Helenkę zarządzającą biblioteką parafialną, do której często biegałam po szkole. Biblioteka mieściła się w salce z gotyckimi sklepieniami, pełna była starych książek obłożonych szarym papierem, z wypisanym na grzbiecie numerem katalogowym i zeszytów tematycznych, z których wybierało się książki w czasie rozmowy z bibliotekarką.

Droga do biblioteki parafialnej

Bardzo miło wspominam też szwedzką bibliotekę w Kalmarze. Spędziliśmy tam kiedyś kilka godzin w czasie deszczowego dnia i co ciekawe wcale nie przeszkadzał nam fakt, że większość pozycji była tam jednak po szwedzku. Dziewczynki przejrzały mnóstwo książek odkrywając znajome lektury, a później przebierały się w stroje teatralne w pomieszczeniu przeznaczonym na sceniczne występy.

Biblioteka w Kalmarze

W zeszłym roku odkryłyśmy wspaniałą bibliotekę niedaleko naszego domu. Mieści się w nowym budynku, który został podzielony na czytelnię, część dla dorosłych i sympatycznie wyposażoną część dla dzieci. Co równie ważne, pełno w niej nowości, wystaw i ciekawych warsztatów w czasie wakacji.

Biblioteka w Swarzędzu

Dziewczynki otrzymały własne karty biblioteczne i samodzielnie wyszukują książki.

karta biblioteczna młodej czytelniczki

Mam nadzieję, że będą tu chętnie zaglądały jeszcze przez wiele lat, a na swojej drodze życiowej zawsze będą odnajdywały biblioteki.

 

Właśnie kończy się Tydzień Bibliotek. Życzę wszystkim bibliotekarzom, prawdziwej radości ze swojej pracy.

 

Joanna Papuzińska „Dziecięce spotkania z literaturą”, Wydawnictwo Centrum Edukacji Bibliotekarskiej, Informacyjnej i Dokumentacyjnej, 2007

/