Książka Pauliny Wierzby „Co jedzą ludzie?” pojawiła się w naszym domu już kilka tygodni temu, ale wciąż cieszy się niesłabnącym czytelniczym powodzeniem.

Wolimy nie czytać jej jednak przed porą jakiegokolwiek posiłku, choć staramy się być oczywiście wolni od stereotypowych poglądów na kulturę;) Wciąż pamiętam – czytany już dość dawno w książce „Dzieje smaku” – wywód Ludwika Stommy o tym, że skład naszego codziennego menu jest kwestią zupełnie przypadkową, zależną jedynie od społecznej umowy, warunków życia i czasu w którym się urodziliśmy.
Lektura „Co jedzą ludzie?” może rzeczywiście przekonać do tej teorii.
Czy żyjąc w Afryce jedlibyśmy pędraki, mrówki i tarantule, a mieszkając w Nowym Orleanie zajadalibyśmy się sernikiem z dodatkiem mięsa aligatora?

Niedawno czytałyśmy przecież historię afrykańskiej podróży Kazimierza Nowaka, który też smakował różnych niesamowitych potraw. Robi tak wielu podróżników. Ja również jadłam haggis na szkockiej farmie, ślimaki we Francji i mięso kangura w pewnej restauracji. Jednocześnie mieszkając w Polsce nie wzięłabym do ust flaków, kaszanki czy czerniny.

Czytamy więc książkę i dużo rozmawiamy, o innych krajach, o tym czy ludzie są dziwni czy nie, dlaczego niektórzy ryzykują życiem jedząc trującą japońską rybę, a inni są tak biedni, że pieką – wcale nie dla zabawy – ciasteczka z błota.
Opis potraw, zwyczajów jedzeniowych i historii niektórych dań jest fascynujący. Zachęca do poszukiwań, choć chyba trudno byłoby skusić jakiegokolwiek czytelnika do kulinarnych prób inspirowanych tą lekturą. Zamiast tego, spróbowałyśmy z dziewczynkami przypomnieć sobie potrawy, które wcale nie wydają nam się obrzydliwe, mają natomiast cokolwiek dziwacznie brzmiące nazwy. Poznaniacy znają na pewno „ślepe ryby” czy „parzybrodę”, a wszyscy inni „gołąbki” i „ptasie mleczko”, które to dania nie są wcale tym na co wskazuje ich nazwa.
Podobnie ma się sprawa z tradycyjną angielską zapiekanką o jakże zachęcającej nazwie – Toad in the hole – Ropucha w dziurze.
Tę właśnie potrawę postanowiłyśmy zrobić dziś na kolację.
Wykorzystałyśmy kilka parówek i ciasto naleśnikowe (puddingowe) złożone z 2 jajek, kubka mąki, łyżki stopionego masła, wody i przypraw ziołowych. Parówki zostały podsmażone i ułożone w cieście, wylanym wcześniej do żaroodpornego naczynia. Całość zapiekała się ok. 15 minut i została podana w towarzystwie keczupu i surówki.

Jak na nasze rodzinne przyzwyczajenia, zapiekanka jest jednak daniem dość ciężkim, mimo to zjedzonym z apetytem. Najbardziej cieszyło jednak dziewczynki wypowiadanie nazwy potrawy, zwłaszcza kiedy zapraszały na degustację swojego lekko zaskoczonego tatę:)
/