Archiwum kategorii 'Dzieci w różnych krajach i kulturach'

Jak zbudować igloo

19.02.2010

 

Ilość śniegu, który przysypał w tym roku nasz ogród, wystarczyłaby pewnie na zbudowanie solidnej osady igloo dla gromadki Innuitów. Nie znamy niestety jednak żadnego, który pokazałby nam jak się takie igloo buduje. Odważyliśmy się więc tylko na wykopanie śniegowego tunelu na tarasie, którym można przedostać się z domu do ogrodu.

Śniegowy tunel w naszym ogrodzie

Z naszej budowli byliśmy bardzo dumni, ale tylko do czasu, kiedy zobaczyliśmy zdjęcia z lodowo–śniegowych hoteli, których sporo powstaje w Finlandii, Szwecji czy Kanadzie. Ciekawe czy Innuitom spodobałby się nocleg w takim pokoiku?

Lodowy hotel

Icehotel, Sweden

 

Moich wątpliwości co do szansy na zbudowanie przez nas igloo, nie podzielała jednak zupełnie moja młodsza córka. Kiedy w zeszłym tygodniu odbierałam ją ze szkoły, pokazała mi z dumą zaczątki białej budowli na szkolnym placu zabaw. Byłam naprawdę zdumiona, bo zerówkowicze ułożyli całkiem już spory, okrągły cokół z kawałków zbitego śniegu. Córka oczekiwała teraz mojej rady, co do dalszych kroków budowy i co najważniejsze, sposobu ułożenia dachu. Rozmawiałyśmy o tym w drodze do domu mojej przyjaciółki, której siedmioletnia córeczka, wraz ze swoim dziadkiem, zbudowała w ogródku wspaniałe igloo. Zupełnie się go tam nie spodziewałyśmy!

Igloo w ogródku

Może w przyszłym roku również odważymy się spróbować? Na razie gromadzimy wiedzę teoretyczną i szukamy dalszych inspiracji:)

Pomocnym może okazać się, choćby taki filmik.

 

Dziewczynki i chłopcy z Afganistanu

01.01.2010

 

Akcja w dwóch powieściach Hosseiniego, które przeczytałam w czasie ostatnich kilku dni, dzieje się na przestrzeni wielu lat tragicznej historii Afganistanu.

Tysiąc wspaniałych słońc i Chłopiec z latawcem

Życie głównych bohaterów nie koncentruje się na współczesnych im przeżyciach. Powraca do arkadyjskich, ale też traumatycznych wspomnień własnej i rodzinnej przeszłości oraz przechodzi w tęskne marzenia o lepszej przyszłości.

Mariam, Lajla, Amir, Hassan są dziećmi o różnej historii. Ich dzieciństwo tkwi w nich przez całe życie. Pamięć szczęścia bądź cierpienia, którego wtedy zaznali naznacza ich czyny w dorosłym życiu. Na własne dzieci przenoszą i siłę i balast. Dzięki nim podejmują się też walczyć z własnymi słabościami, samotnością, zniewoleniem, ograniczeniami kultury.

kadr z filmu "Chłopiec z latawcem"

 Walczą o własną godność, ale również dosłownie – o życie. W czasie wojen, fanatycznych prześladowań religijnych czy niewolą i męską dominacją w rodzinie.

Powieści Hosseiniego nie są dla mnie literacko idealne, czasami drażnią formą, dość topornie zarysowanymi zwrotami akcji, niezręcznymi dialogami.

Nie zmienia to jednak faktu, że są całkowicie pochłaniającą lekturą od której trudno się oderwać, mówiącą o ważnych, wciąż nierozwiązanych niestety problemach politycznych i ciągle aktualnych rozterkach ludzkich.

Mnie skłoniły do głębszych poszukiwań źródeł tragicznej historii Afganistanu i do kolejnej zadumy nad kulturową odmiennością, ale i moralnym uniwersalizmem ludzkich losów.

 

Khaled Hosseini „Tysiąc wspaniałych słońc”, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2009

Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2008

 

Trailer filmu “Chłopiec z latawcem”

 

Gramy w dreidla

09.12.2009

 

Kiedy 5 grudnia stawiałyśmy na okiennym parapecie buty, by Święty Mikołaj miał gdzie włożyć swoje podarki, rozmawiałyśmy o tym czy czcigodny święty zdąży objechać cały świat i odwiedzić wszystkie dzieci. Rozmawiałyśmy o tym, że przecież nie wszystkie dzieci dostaną w tę noc słodycze i to nie dlatego, że nie sprzątały swojego pokoju czy były niegrzeczne. Dzieci – chyba łatwiej niż dorośli – rozumieją, że ludzie na świecie mogą żyć w różny sposób i kiedy my stawiamy na parapecie okiennym buty, mali Żydzi - na przykład - stawiają chanukowe lampki.

Niedawno skończyłyśmy czytać „Opowiadania dla dzieci” Isaaca Singera. To chyba jedyna książka dla dzieci w dorobku tego wybitnego pisarza - noblisty piszącego w jidysz o Polsce, kraju swojego dzieciństwa.

Singer "Opowiadania dla dzieci"

Opowiadania – zabawne, ale skłaniające do refleksji - pełne są chanukowych światełek, dzieci grających w dreidla i zajmujących historii z życia polskich Żydów.

Podczas lektury rozmawiałyśmy z dziewczynkami o tym, dlaczego w Polsce nie ma już tego świata, dlaczego zniknęły synagogi i menory w oknach. Rozmawiamy też o tym kiedy przechodzimy przez dawną dzielnicę żydowską w Poznaniu i mijamy dawną synagogę, zmienioną w czasie okupacji na czynną do dziś pływalnię.

Nowa Synagoga w Poznaniu

W naszym mieście żyła przez wieki ogromna liczba Żydów. W wieku XVI, w Poznaniu, istniała jedna z największych gmin żydowskich w Europie. Do początku XIX wieku, Żydom wolno było mieszkać tylko w obrębie własnej dzielnicy, a i później w tym miejscu budowano najwięcej żydowskich domów, a także -- szkoły, przytułki, synagogi.

ul. Dominikańska w Poznaniu

Istniał tu świat, taki jak u Singera, podobny do tego w Chełmie czy Lublinie. Po ulicach biegali chłopcy z pejsami, a mnóstwo dziewczynek miało na imię Hindełe, Cypa czy Estera.

Dzieci żydowskie

zdjęcie: “Jewish Life in the Old Country by Alter Kacyzne”

 

To była biedna dzielnica. Bogaci, często zniemczeni Żydzi, budowali ogromne wille przy głównych ulicach rozbudowującego się w XIX wieku miasta. To o nich pomyślałam gdy czytałyśmy jedną z przezabawnych historii z życia mędrców z Chełma – miasta głupców. Kiedy Zalman Typisz, najbogatszy Żyd w mieście zapragnął żyć wiecznie, mędrcy z Chełma (noszący imiona Lekisz Kiep, Cajnwel Fujara, Trejtel Głupek, Sender Osioł i Gronam Wół) poradzili mu by przeniósł się do dzielnicy biedaków, bo tam – jak doszli do wniosku po przestudiowaniu kronik z ostatnich 300 lat - nie umarł jeszcze żaden bogaty człowiek :-)

W okolicach dzisiejszej ulicy Żydowskiej niewiele jest śladów po jej dawnych mieszkańcach. Wielu przeniosło się w czasie dwudziestolecia międzywojennego do Niemiec. Pod koniec lat trzydziestych żyło w Poznaniu ok. 1500 Żydów. Zginęli na stadionie miejskim (były stadion Warty na poznańskiej Wildzie), zamienionym w obóz eksterminacji, i w innych okolicznych obozach. Przy niszczejącym stadionie znajduje się niewielki, otoczony bazarowymi budkami pomnik.

stadion Warty w Poznaniu

Zdjęcia popadającego w ruinę stadionu zostały wykonane przez mojego męża kilka lat temu. Od tego czasu nic się nie zmieniło.

 

Niedawno, na podwórzu jednej z kamienic przy ulicy Głogowskiej odnaleziono grób sławnego rabina Akiby Egera. W tym miejscu był cmentarz żydowski.

Ocalałe macewy zgromadzono na poznańskim cmentarzu miłostowskim.

Macewy na cmentarzu miłostowskim w Poznaniu.

Zatrzymujemy się czasami przy nich, kładziemy kamyczek, przyglądamy się hebrajskim znakom…

Od niedawna znamy już cztery litery: nun, gimel, he, szin. Poznałyśmy je dzięki grze w dreidla, która – podobnie jak bohaterów singerowskich opowiadań - pochłania nas ostatnio w grudniowe wieczory :-)

dreidel

Isaac Bashevis Singer „Opowiadania dla dzieci”, Media Rodzina, Poznań 2005

 

 

Dzieciństwo w starożytnym Egipcie

17.10.2009

 

Ostatnio znów rozmawiałyśmy o życiu w Egipcie. Zadaniem domowym mojej córki było odtworzenie na rysunku wyglądu egipskiego holu. Dzieci z jej grupy miały narysować inne pomieszczenia w domu egipskim.

Podręcznik do historii pełen jest kolorowych zdjęć i ciekawych opisów, ale była okazja skorzystać i z innych książek stojących na naszych domowych półkach.

Poczytałyśmy o codziennym życiu Egipcjan w tak odległym już dla nas świecie, a dziewczynki przypomniały sobie swoje wizyty w poznańskim Muzeum Archeologicznym ze stałą wystawą egipską, przymierzanie egipskiej peruki w czasie weekendu egipskiego w Biskupinie, przygody Asterixa i Obelixa w kraju faraonów czy udział w warsztatach archeologicznych gdzie owijały bandażem swoje maskotki, zamieniając je czasowo w małe mumie.

Prawie jak w Egipcie

Rozmawiając o Egipcie, nie sposób bowiem nie myśleć o śmierci. To właśnie z malowideł, reliefów, rzeźb i przedmiotów znalezionych w świątyniach, ale głównie w grobowcach, czerpiemy wiedzę o tej fascynującej cywilizacji. Jednocześnie jednak znaczące jest, jak wiele ze swej codzienności, starożytni chcieli zabrać ze sobą w zaświaty.

Ich życie było zazwyczaj bardzo krótkie, trwało ok. 30-40 lat. 1/3 dzieci umierała przed ukończeniem 1 roku, połowa zanim ukończyła 5 lat.

Życie toczyło się wolniej, wyznaczane rytmem pracy i świąt religijnych, choć cykl życia, był z naszego punktu widzenia niejako przyspieszony. Dzieciństwo nie trwało długo. 10 -14-latki uznawano już za dorosłe osoby. Przejmowały wtedy obowiązki zawodowe swoich rodziców, niezależnie od tego czy byli oni rolnikami czy władcami.

Poniższe figurka to wizerunek faraona Pepi II z matką. Został władcą w wieku 6 lat.

Figurka faraona Pepi II z matką

Tutanchamon miał ok. 10-12 lat gdy został faraonem. Sławę zyskał oczywiście dzięki odnalezieniu jego prawie nietkniętego przez rabusiów grobowca, ale jego krótkie rządy opromienia też sława jego poprzednika Echnatona, którego był zięciem.

Echnaton to jeden z ciekawszych faraonów, wielki reformator religijny, który – nie wnikając w jego pobudki – wprowadzał w Egipcie wiarę w jedynego boga.

Czas jego rządów to również okres niezwykłego odstępstwa od kanonu egipskiej sztuki.

Cywilizacja egipska trwała ponad trzy tysiące lat, a my żyjący w znacznie młodszej kulturze traktujemy ją jako niewielki wycinek ludzkich dziejów o monolitycznej strukturze. Jej formy były jednak rzeczywiście bardzo zachowawcze. Natomiast okres sztuki amarneńskiej związanej z Echnatonem, łączy się z zupełnie odmiennym, swobodnym sposobem przedstawiana królewskiej rodziny i ich intymnych relacji.

Echnaton i Nefertiri z córkami

Z realistycznymi przedstawieniami Echnatona, jego żony Nefertiri i ich sześciu córek łączy się wiele ciekawych teorii. Jakiekolwiek są jednak przyczyny takiego stylu, jest on rzeczywiście bardzo nowatorski, choć widać jak artystom trudno było wyzwolić się z tradycyjnych nawyków przy rzeczywistym przedstawianiu ludzi.

Postacie dzieci nie są już miniaturowymi figurkami dorosłych, mają uwypuklone własne osobiste cechy.

córki Echnatona

W centrum zainteresowania było też piękno przyrody i życie człowieka na ziemi – przedstawiane w podobny, realistyczny sposób – którym warto cieszyć się póki trwa.

Bardzo lubię ten okres w sztuce egipskiej i na przykładach reliefu i malowideł rodziny Echnatona, rozmawiałyśmy o egipskich dzieciach.

Dziecięce zabawy w Egipcie

Dzieci w Egipcie bawiły się drewnianymi łódkami, figurkami wypalanymi z gliny, zabawkami wykonanymi z kości czy kamieni. Egipcjanie wykonywali również drewniane zabawki mechaniczne – krokodyle poruszające szczęką czy figurki ruszające kończynami kiedy pociągało się za sznurek.

Egipskie zabawki

Egipskie dzieci, podobnie jak wszystkie inne na świecie, lubiły bawić się ze zwierzętami. Szczególnie popularne były kolorowe, oswojone dudki.

Rzucano też kamieniami do celu i grano w gry. Bardzo popularną grą, również wśród dorosłych, był senet, który stanowił też standardowe wyposażenie grobowców.

Egipskie gry

Senet

Starożytną sztukę egipską łatwiej dziś poznawać w europejskich muzeach niż w Egipcie, ale mam nadzieję, że i tam uda nam się kiedyś razem wybrać.

Onitsza

07.09.2009

Le Clezio "Onitsza"

Kiedy poznajemy   dwunastoletniego Fintana, właśnie rozpoczyna on swą morską podróż do Afryki, gdzie mieszka jego angielski ojciec, który wyjechał tam w pogoni za marzeniami, tuż przed wybuchem drugiej wojny. Matka Fintana jest Włoszką, która schroniła się z dzieckiem we Francji. Swego męża pamięta tylko jako romantycznego kochanka, jej syn nie zna swojego ojca wcale.

Fintan nie chce opuszczać domu przybranej babki i Francji, ale nie protestuje. Całe swe siły skupia na zapamiętaniu ostatnich obrazów świata, który zostawia za sobą.

Czytałam kilka recenzji książki Le Clezio „Onitsza”. Wszystkie z nich mówią o miłości chłopca do Afryki. Tak, chłopiec pokochał Afrykę, którą spotkał, intensywność barw, zapachów, dźwięków, niezwykłość ludzi. Ale to, że tak się stało wynikało z tego kim Fintan był, z jego wrażliwości na wszystko co go otaczało, z wewnętrznej potrzeby zachowania najlepszych cząstek świata. Znajduje je właściwie wszędzie, w oddalającym się wybrzeżu Francji, w morskim rejsie, w bliskości matki. Rytm powieści jest niespieszny, ale na obserwację świata, na wchłonięcie codziennych osobliwości potrzebny jest przecież czas, niezbędna nawet nuda i monotonia, by to w czym odnajdujemy piękno i wagę można zamknąć w głowie na zawsze.

Fintan to potrafił. Był dzieckiem, który zdołał przyjąć Afrykę taką jaką spotkał. Jest odarta z godności przez kolonializm i biedę, ale właśnie tu najważniejsza jest umiejętność dostrzegania tego, co nie do końca jest widoczne, zjednoczenie prostego, ludzkiego losu z naturą.

Afryka jest też pełna krzywdy i przemocy, i o tym też nie będzie mógł zapomnieć Fintan gdy przyjdzie mu wrócić do Europy. Dorasta, ale nie przestaje być dzieckiem. Wie, że by mieszkać w Anglii czy Francji musi „przytępić swoją wrażliwość”, nie może jak w Afryce „chodzić boso”. Tu ważne jest ukrycie się w butach, ubraniu i racjonalnym spojrzeniu na rzeczywistość. To jednak co zachował w sercu i w pamięci pozwala dorosłemu już Fintanowi akceptować ludzi – wybory swej matki, pogoń ojca za marzeniami i doskonałością. 

Niezgoda na zło świata, dostrzeganie w nim piękna i akceptacja ludzkich słabości – tego wszystkiego uczy Fintan także swą o wiele lat młodszą siostrę i na to zwraca nam uwagę Le Clezio, opowiadając historię życia małego chłopca.

 

J.M.G. Le Clezio „Onitsza”, PIW 1995

Ocalone dzieciństwo

07.07.2009

Czyngiz Ajtmatow "Biały statek" - fragment

 

To początkowe zdania książki Czingiza Ajtmatowa „Biały statek”.

Zaraz po jej przeczytaniu, wydawało mi się, że zawierają właściwie wszystko co o Chłopcu, bohaterze tej opowieści można by było powiedzieć. Sens jego życia wyznaczyły dwie baśnie. Ta którą opowiadał mu dziadek – o Matce-łani, opiekunce dumnego ludu Kirgizów – dawała złudzenie przynależności do wspólnoty, poczucie bezpieczeństwa wśród dzikiej, górskiej przyrody, którą Chłopiec ożywiał dodatkowo swoją wyobraźnią.

Kirgiska, a nawet po prostu ludzka więź, w świecie, który właśnie „dąży do komunizmu i myśli o lataniu w kosmos” już bowiem przestała istnieć.

 

Chłopiec jest „obcy” nawet dla kilku najbliższych mu osób, z którymi mieszka w skupisku trzech, górskich gospodarstw. W książce nigdy nie pada jego imię, nie jest ważny. Jest samotny, ale nie jest nieszczęśliwy. Tacy są za to właściwie wszyscy, z którymi żyje, którzy nienawidzą się wzajemnie, a chłopiec samym swym istnieniem potęguje ich złość na trudny los. Los przybranej babki, która wyszła za dziadka Chłopca, już po tym jak straciła własne dzieci, los niepłodnej ciotki i katującego ją w odwecie męża, którzy woleliby oglądać wokół własnych potomków. Również dziadek, jedyna kochająca Chłopca osoba, jedyny jego prawdziwy opiekun, jest nieszczęśliwy. Tęskni za dawnymi czasami, tradycją ginącego ludu Kirgizów, zmarłą żoną, boleje nad życiem córki, która rozwiodła się z mężem i porzuciła na zawsze małego synka, nad życiem drugiej, którą mąż bezkarnie bije, bo egzystencja całej osady zależy od jego dochodów. Dziadek płacze nad własną bezsilnością, ale wnuka – łączącego przodków z przyszłością i z tym co czyste i pełne nadziei, stara się ocalić. Chce by chodził do szkoły, by był szczęśliwy, by był Kirgizem, by tak jak ocalone z zagłady dzieci z baśni o Matce-łani, stworzył nowe, „oczyszczone” z degeneracji pokolenie. Tylko ta myśl przynosi dziadkowi szczęście:

„…jakie to proste nagle poczuć się szczęśliwym i komuś dać szczęście. Żeby to zawsze tak żyć! Jak teraz, jak w tej chwili. Ale życie nie jest takie – obok szczęścia czyha, wkrada się do serca, do życia, niedola stale towarzysząca człowiekowi, wieczna, nieodstępna.”

Rodzice Chłopca rozwiedli się, porzucili go zanim zdążył ich zapamiętać i żyją daleko, z nowymi rodzinami.

O matce Chłopiec nie myśli. Wie, że nie jest szczęśliwa, pracując ciężko w dalekim mieście, podczas gdy jej córki przebywają w „tygodniowym” przedszkolu.

Ale ojciec? Chłopiec wie, że też ma nową żonę i dzieci, że przestał pić i jest marynarzem. I kiedy obserwując przez lornetkę widoczne z daleka jezioro Issyk-Kul, „po raz pierwszy zobaczył biały statek (…), serce mu załomotało z wrażenia, takie to było piękne; i wtedy zadecydował, że jego ojciec (…) płynie właśnie na tym białym statku. Uwierzył w to, bo bardzo chciał, żeby tak było.”

Wtedy też Chłopiec stworzył własną baśń. O tym jak płynie rzeką i powoli zamienia się w rybę, aż dogania statek na którym znów przybiera ludzką postać czym zadziwia i zachwyca ojca. Ale statek zazwyczaj oddalał się powoli „biały, długi, ślizgał się po niebieskiej tafli jeziora, dymiąc z kominów, i nie wiedział, że płynął do niego mały chłopiec, który – w marzeniach – stał się chłopcem-rybą”. Statek był wciąż niedostępny tak jak szczęście, którego chłopiec pragnął dla innych.

„Dlaczego ludzie tak żyją? Dlaczego jedni są dobrzy, drudzy źli? Czemu są szczęśliwi i nieszczęśliwi? Dlaczego są tacy, których wszyscy się boją, i tacy, których nikt się nie boi?”

Chłopiec znacznie lepiej niż ludzi, rozumiał świat roślin, zwierząt i kamieni, którym nadawał imiona.

„Można położyć się na plecach i patrzeć w niebo. Z początku przez łzy prawie nic nie widać. A potem nadciągną obłoki i będą wyprawiać tam w górze wszystko, czego się zapragnie. Obłoki wiedzą, że teraz źle jest chłopcu, że chciałby pójść gdzieś albo polecieć, żeby nikt go nie znalazł i żeby wszyscy potem wzdychali: ach i och! zginął gdzieś chłopak, gdzie go teraz znajdziemy?…”

Chłopiec rozmawiał z teczką szkolną, którą sprezentował mu dziadek, rozmyślał o drzewach, którym „bardzo strasznie nocą w lesie. Są same i nikt słowa do nich nie przemówi.(…) Z pewnością drzewa, które nie zielenią się na wiosnę, to są te, które zdrętwiały ze strachu.”

Ale najważniejsze była rosochata łania, którą dziadek i Chłopiec zaczęli spotykać w górach. Pojawiała się wraz z małym stadem na szlakach ich wędrówek i stała się dla nich mityczną Matką-łanią, która miała moc naprawienia i ocalenia świata.

 

Wtedy właśnie baśń się skończyła. Dziadek uległ zięciowi i zabił łanię, którą poćwiartowano i zjedzono w czasie pijackiej biesiady.

„W pijackich oparach, wśród wybuchów śmiechu, chłopcu było coraz goręcej i duszniej, głowa pękała od rozsadzającego czaszkę bólu. Miał wrażenie, że ktoś celuje siekierą w jego oczy (…) Tracąc siły z gorąca, nagle ocknął się w bardzo zimnej rzece. Stał się rybą (…) i myślał o tym, że już na zawsze zostanie rybą, że nigdy nie wróci w góry.”

Chłopiec popłynął do morza i myślę, że to nieprawda, że „nie dopłynął do Issyk-Kulu, nie zobaczył białego statku” i utracił drugą baśń. Wierzę, że ocalił niewinność i ocalił dzieciństwo.

 

Czyngiz Ajtmatow Biały statek”, PIW 1977

Trochę o Japonii

20.06.2009

 

Siódmy wykład Uniwersytetu dla Dzieci poświęconemu został dobremu wychowaniu. Dzieci zastanawiały się czy grzecznie jest przychodzić na zajęcia z butelką coli i jak układa się sztućce na talerzu w różnych fazach spożywania posiłku.

Najciekawsze jednak było spotkanie, z mieszkającą wiele lat w Polsce, Japonką. Japonia jest krajem, w którym przestrzeganie zasad dobrego wychowania jest bardzo ważne i właśnie o tym opowiadał nam japoński gość.

Jedno z dzieci i jedna z mam miały szansę ubrać kimona, których założenie wymusza specjalny sposób poruszania się, zgodny z wizerunkiem dobrze wychowanej obywatelki. Japończycy nie muszą oczywiście uczyć się prawidłowego  układania sztućców, ale sztuka posługiwania się pałeczkami również nie należy do najłatwiejszych, choć mali studenci z powodzeniem przyswajali sobie na sali wykładowej jej podstawy.

Czasami w domu, również próbujemy jadać w ten sposób. Wydawało mi się, że potrafię robić to całkiem dobrze, ale myślałam tak tylko do czasu kiedy na blogu o Japonii znalazłam listę błędów możliwych do popełnienia podczas jedzenia pałeczkami;)

Dzieci nauczyły się też składać japońskie ukłony oraz pozdrawiać się słowami „Konnichiwa” (Dzień Dobry) i „Sayonara” (Do widzenia).Tak pożegnały się też po skończonym wykładzie.

W domu całkiem często rozmawiamy o Japonii. Czytamy japońskie baśnie, wracamy do książek o życiu dzieci w tym kraju…

O Japonii

…składamy origami

Origami - motyl

…oglądamy zdjęcia księżniczki Aiko

Księżniczka Aiko w kimonie

Księżniczka Aiko idzie do szkoły

Daylife

 

…i snujemy plany podróży do Japonii.

O takiej podróży, marzę już od czasu, kiedy jako dziecko śledziłam z zapartym tchem losy serialowej Oshin. Teraz wolę filmy Kurosawy, ale zdjęcia małych Japonek w kimonach kojarzą mi się już zawsze z – noszącą na plecach niemowlę – Oshin, pracującą ponad siły jako służąca.

Co ciekawe, o podobnie żyjących dziewczynkach przeczytałam później w książce Louis’a Frederic’a „Życie codzienne w Japonii u progu nowoczesności”:

„Małe dziecko spędzało życie przeważnie na plecach matki, która zajmowała się różnymi pracami, nosząc malca okrytego i chronionego przez obszerne haori (bluza-płaszcz), ściągnięte paskiem. Kiedy matka nie mogła w ten sposób zająć się dzieckiem, obowiązek ten spadał na jego starszą siostrę albo którąś z dziewczynek z sąsiedztwa, która zobowiązywała się przez cały dzień nosić je na plecach. Cudzoziemscy podróżnicy często wyrażali zdziwienie, że nieustannie spotykają  tak dziwacznie obładowane kobiety i dziewczynki. Dziecka prawie nigdy nie zostawiano samego (…) Jeżeli z jakiegoś powodu nikt nie mógł zająć się dzieckiem, wynajmowano dziewczynkę z sąsiedztwa. Często więc widywało się dziewczynki idące do szkoły z małym dzieckiem na plecach; był to braciszek albo siostrzyczka, albo też dziecko sąsiadki.”

Japońskie dziewczynki opiekujące się niemowlęciem

Gettyimages

 

W książce ciekawie opisano też dziecięce zabawy i japońskie święta obchodzone przez małych Japończyków również dzisiaj. Pamiętam, że o podobnych zwyczajach opowiadał nam też nasz nauczyciel (Kyutaro-San), kiedy w liceum uczyłam się języka japońskiego. Gruby zeszyt „od japońskiego” wciąż stoi na mojej półce i mam nadzieję, że będę miała kiedyś okazję, by kilku zapamiętanych zwrotów użyć w Japonii:)

Japońska rodzina cesarska

Dzieci na świecie

01.06.2009

 

Nie ma chyba lepszego sposobu na uświadomienie dzieciom różnorodności świata niż pokazanie im jak żyją ich rówieśnicy w innych krajach.

Kolejny wykład na poznańskim Uniwersytecie dla Dzieci był właśnie o tym.

Prowadząca wykład dr Joanna Polak – Dobrowolska pokazywała zdjęcia:

…wychowujących się wśród krowich stad, małych Masajów z Kenii…

Dzieci Masajów

pbase

 

…piłujących zęby w ostre kiełki Pigmejów…

Pigmeje

Bęben wodny Pigmejów

E. Beaumont “Księga krajów i kontynentów”

 

…etiopskiego ludu Surma, którego żeńska część rozciąga wargi za pomocą specjalnych talerzyków…

Surma

Phorographersdirect

 

…przekłuwających ciało patyczkami Indian Yanomami…

Yanomami

Ri

 

…malujących na biało twarze, dzieci australijskich Aborygenów…

Dzieci Aborygenów

…wywodzących swój ród od hinduskich książąt, ale dziś bardzo biednych Rabari…

Rabari

Flickr

 

…żyjących w Azji, Padaung z długimi szyjami ozdobionymi metalowymi zwojami, z których pierwszy zakłada się dziewczynkom w wieku 4 lat…

Padaung

burma-all

 

…noszących chusty ludów arabskich…

…amerykańskich dzieci Amiszów…

Amisze

Daylife

 

…i ortodoksyjnych Żydów Haredim…

Haredim

Flickr

 

Pobaw się tak jak dzieci w Izraelu:

 

Maklot

Oriol Ripoll “Najpiękniejsze zabawy świata dla dzieci”

 

Dziewczynki były zafascynowane kolorowym, tajemniczym dla nich światem, tym w jak różny sposób można żyć i postrzegać rzeczywistość.

 

Życie dzieci na świecie ma też niestety i inne oblicze:

- Co roku umiera z głodu 15 milionów dzieci

- 1/12 ludzi na świecie choruje z niedożywienia, w tym 160 milionów dzieci poniżej piątego roku życia

- W krajach ubogich 1 na 10 dzieci nie dożywa wieku 5 lat

- Co piąte dziecko na świecie nie chodzi do szkoły

- 40% dzieci afrykańskich nigdy nie chodziło do szkoły. Jest to jedyny region świata, gdzie liczba dzieci pozaszkolnych rośnie

- 1/5 ludzkości nie ma dostępu do ujęć świeżej wody

- Co minutę z powodu braku odpowiedniej opieki medycznej umiera kobieta w ciąży

- Niedożywienie powoduje 55% wszystkich zgonów dzieci na świecie

- Za cenę jednego pocisku rakietowego szkoła pełna głodnych dzieci mogłaby przez 5 lat wydawać codzienny posiłek

- 3 miliardy ludzie na świecie usiłuje przeżyć za 2 dolary dziennie. Blisko 1/4 ludzi żyje za mniej niż 1 dolar dziennie. Aktywa 358 miliarderów przewyższają łączne dochody roczne krajów, które zamieszkuje 45% ludności świata.

- Według danych ONZ ludność świata w ciągu najbliższych 50 lat powiększy się o 50%. Jednak coraz mniej dzieci będzie rodzić się w krajach rozwiniętych, zwłaszcza w Europie.

 

Powyższe dane zaczerpnęłam ze strony Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata MAITRI.

Od ponad 6 lat uczestniczymy w prowadzonym przez tę organizację programie „Adopcja Serca”. Co miesiąc wpłacamy pieniądze na naukę naszej „przybranej córki” Godelive, która mieszka w Demokratycznej Republice Konga. To wyniszczony przez wojny kraj w którym ponad 41% ludności powyżej 15 lat nie umie czytać i pisać, 32% ludności nie ma dostępu do czystej wody, a ponad 30% nie dożywa 40 lat.

Podziwiam misjonarzy, którzy w bardzo trudnych warunkach walczą o godne życie dzieci. Cieszę się też, że tak wielu ludzi przyłącza się do aktywnej pomocy, że całe klasy szkolne podejmują się opieki nad konkretnym dzieckiem. Cóż bardziej uczy dzielenia się i nawyku niesienia pomocy niż odpowiedzialność za życie znanej nam ze zdjęć i relacji osoby.

Misja palotyńska w Kongo

O tym wszystkim rozmawiam z dziewczynkami i dziś w Dniu Dziecka znów przeglądamy zdjęcia i listy od Godelive. Otrzymujemy też od niej piękne rysunki…

Joyeux Noel

…i świadectwa szkolne, a dziewczynki cieszą się bardzo, że ich prace plastyczne docierają aż do dalekiej Afryki.

Edukacyjne dylematy – druga relacja z Wielkiej Brytanii

16.05.2009

 

„…dziecko rodzi się wszechstronnie uzdolnione, z pełną możliwością rozwoju we wszystkich kierunkach, potencjalną wybitną inteligencją i zadatkami na rozwijanie wielkiej twórczości oraz dużym talentem społecznym. Trzeba tylko stworzyć mu możliwość maksymalnego ich rozwoju. Rodzina i środowisko mogą zapewnić mu pełną realizację uzdolnień lub zaprzepaścić je bezpowrotnie.” – to słowa, współczesnego badacza zdolności umysłowych, D.Lewis’a, umieszczone na początku czytanej właśnie przeze mnie książki Danuty Czelakowskiej „Inteligencja i zdolności twórcze dzieci w początkowym okresie edukacji”. Mimo całego pozytywnego ładunku, który niosą, mogą jednak powodować rodzicielskie przerażenie, poczucie przygniecenia odpowiedzialnością i po prostu „zjeżenie włosa na głowie”.

Na szczęście, kontynuując czytanie tej książki, wypełnionej nazwiskami wybitnych psychologów i pedagogów, upewniam się, że ciągle nie znaleziono jedynie słusznej drogi edukacyjnej wiodącej efektywnie do wiedzy, ale i do szczęśliwego dzieciństwa.

 

My rodzice, wkraczając z dziećmi w progi szkolne, stykamy się właściwie już tylko z echem pedagogicznych teorii. Z jednej strony słyszymy deklaracje o bezstresowym sposobie weryfikacji wiedzy w pierwszych klasach szkoły podstawowej: słoneczkach i pszczółkach zamiast ocen, ale jednocześnie, już od „zerówki” mówi się nam o testach kończących szkołę i wiemy, że tak naprawdę jedynie ich wynik jest ważny w całym oświatowym systemie.

 

Podobnie niestety jest też w innych krajach. Jak pisze moja przyjaciółka, mieszkająca od 8 lat w Wielkiej Brytanii:

 

W szkołach angielskich nie ma specjalnego nacisku na sukces w niższych klasach szkolnych. Podkreśla się wagę tzw. umiejętności społecznych czyli umiejętność autoprezentacji, zawierania znajomości i pracy w grupie. Jest to stale monitorowane przez system edukacji.

Natomiast duży nacisk na sukces, widoczny jest już od początku wśród rodziców dzieci. Jest to nie kończąca się konkurencja dodatkowych zajęć i porównywanie postępów w szkole. Przeciętne dziecko ma co najmniej kilka dodatkowych zajęć w ciągu tygodnia (pływanie, balet, taniec, śpiew, sztuka, gimnastyka, muzyka), a w starszych klasach prywatnych korepetytorów przedmiotów szkolnych.

No cóż szkoła pomimo, podobnych jak u nas deklaracji o wadze współpracy i dobrego samopoczucia, serwuje dzieciom końcowe testy egzaminacyjne. Testy decydują oczywiście o przyjęciu do szkół średnich oraz na studia.

Nieustanna walka rodziców o jak najlepsze szkoły jest chyba jeszcze bardziej widoczna niż w Polsce. Obowiązuje regionizacja szkół, więc lepsze szkoły oznaczają wyższe ceny domów w tej okolicy.


Kiedy myślę o przyszłości mojej córeczki, widzę ją jako szczęśliwą, niezależną istotę, która realizuje swoje pasje, kocha i jest kochana, zmienia świat i własne otoczenie na lepsze. Takie połączenie żeńskiej Indiany Jones, Angeliny Jolie, Matki Teresy i Dalajlamy. Widzę ja oczami wyobraźni jak przechodzi przez swoje życie bez żadnych problemów, wykorzystując wszystkie nadarzające się okazje, a ja wychowuję jej malutkie dzieci i spędzam z nimi urocze chwile w jej ukwieconym ogrodzie.

Jakoś nigdy nie widzę w jej życiu pracy w biurze, gburowatego i leniwego męża oraz ironicznych potomków, którzy wola tych “drugich” dziadków. Nie widzę kredytów mieszkaniowych, niespodziewanych zwolnień z pracy, niskiego poczucia własnej wartości, chorób i nieszczęść. Mam nadzieję ze to ją ominie.

I dlatego dbam o poziom szkoły do której chodzi, wysyłam ją na hiszpański, szukam zajęć z tańca i malarstwa. Dlatego zabieram ją na koncerty i do restauracji, żeby zaczęła doceniać inne atrakcje w życiu. Ale czasem kiedy porównuję z innymi mamami na szkolnym podwórku poziom jej czytania, pisania i dodawania czuję się bardzo niepewnie. Serce mi się ściska kiedy słyszę, że inne dzieci potrafią czytać bardziej skomplikowane książeczki, pisać dłuższe wyrazy i dzielić ułamki.

Kiedy więc wracamy do domu,  staram się z nią czytać, daję nagrody za ćwiczenie pisania i przy każdej okazji zadaję podchwytliwe pytania dotyczące dzielenia. Wszystko po to, by stworzony przeze mnie obraz idealnej przyszłości nie zawalił się z powodu jakiegoś zaniedbania z mojej strony.

Czasami jednak przemyka mi przez głowę myśl, ze tak naprawdę za bardzo naciskam. Wiem, że się stara i ku mojemu zdziwieniu widzi jak bardzo sprawdzam czy nie odstaje od reszty dzieci. Ostatnio stwierdziła, powtarzając pewnie za swoja nauczycielką, że mam przestać ją „zmuszać” do ćwiczeń pisania bo szkoła to nie „competition”.

Czy ja w ogóle chcę mieć geniusza? Naukowca? Księgową? Lekarza? Nie, ja chcę dać jej takie samo wsparcie w życiu jakie ja otrzymałam. Chcę, żeby wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć i że wszystko jest możliwe. Że nie musi poddawać się stereotypom. Chcę wyrobić w niej ciekawość świata i umiejętność współczucia, nauczyć ją cieszyć się drobnymi rzeczami, łapać okruszki szczęścia kiedy tylko się pojawiają i podążać za nimi.

Czasami muszę się zatrzymać i pomyśleć czy skupiam się na właściwych rzeczach: Czy warto tak się przejmować jej poziomem czytania, pisania i liczenia, czy szukać więcej i więcej dodatkowych zajęć, z których każde jest tylko teoretycznie nastawione na przyszły sukces? Może o wiele lepiej byłoby zabrać ją nad morze, zbierać muszelki, zrobić piknik i opowiadać czarodziejskie baśnie, które zawsze dobrze się kończą? O dzielnej malej dziewczynce, która miała czarodziejskie moce i mogła spełniać marzenia.”

Angielskie dzieci ze swoją królową

Daylife

Jestem ciekawa, co powiedziałaby na to wszystko Pippi, ona przecież uważała, że „zbyt wiele nauki może zaszkodzić najzdrowszemu.”

Pippi w szkole

„Nie ma to jak szkoły w Argentynie – mówiła Pippi, wyniośle spoglądając z wysoka na dzieci. – Gdybyście do takich szkół chodzili! Tam ferie wielkanocne zaczynają się w trzy dni po feriach Bożego Narodzenia, a gdy ferie wielkanocne się skończą, to po tych trzech dniach są letnie wakacje. Wakacje letnie kończą się pierwszego listopada, a potem następuje ciężki okres aż do jedenastego listopada, kiedy zaczynają się ferie Bożego Narodzenia. (…)

- Hej, żegnajcie, dzieciaki! – krzyknęła wesoło. – Nie zobaczycie mnie tu w najbliższym czasie. Ale pamiętajcie zawsze, ile jabłek miał Axel, w przeciwnym bowiem razie będziecie nieszczęśliwi! Cha! Cha! Cha!

Śmiech Pippi dźwięczał w powietrzu, gdy wyjeżdżała przez bramę z takim pędem, że żwir pryskał spod kopyt konia, a szyby w oknach szkoły drżały.”

 

Mam wrażenie, że oficjalne systemy szkolne coraz bardziej separują cały proces uczenia się od życia i nie wiem czy tak zdobywana wiedza jest w stanie przynieść pożytek i szczęście.

Mając w pamięci słowa jednego z moich pedagogicznych autorytetów, staram się też pamiętać zawsze o wadze zabawy, wolnego czasu w życiu dzieci.

Bruno Bettelheim, w ciągle czytanej i pokrzepiającej mnie niezwykle książce „Wystarczająco dobrzy rodzice”, pisał:

„Biografie twórczych osób obfitują w opowiadania o długich godzinach spędzonych nad brzegiem rzeki na roztrząsaniu myśli, na błąkaniu się po lesie z wiernym psem czy na oddawaniu się marzeniom. Ale kto dzisiaj ma wolny czas i sposobność, by to czynić? Jeżeli jakiś młody człowiek odważyłby się na to, jego rodzice martwiliby się, widząc, że spędza czas tak mało konstruktywnie (…) A przecież rozwój życia wewnętrznego, włączając w nie fantazje i rozbudzone marzenia, to jedna z najbardziej konstruktywnych rzeczy, jakie może czynić rozwijająca się jednostka. (…)

Warunki współczesnego życia i postawy rodziców pozbawiają nasze dzieci wolnego czasu, w którym mogłyby opracować własne myśli – tak istotny element w rozwoju twórczości.”

Tylko wciąż pozostają do zdania testy egzaminacyjne …;)

Zarazkowy stres – relacja z Wielkiej Brytanii

07.03.2009

 

Kilka lat temu spędzaliśmy wakacje na duńskiej wyspie Bornholm. Mieszkaliśmy na campingu, a nasza dwuletnia córka bawiła się tam ze skandynawskimi dziećmi. Pewnego dnia pogoda się popsuła, zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz. Wtedy ze zdziwieniem odkryłam, że jedynie nasze dziecko zostało przyodziane w czapeczkę, kurtkę i kalosze. Wyglądało zdecydowanie dziwnie wśród małych, biegających na boso potomków Wikingów, ubranych nadal w krótkie spodenki i krótkie koszulki.

Tak właśnie w Skandynawii dba się o podnoszenie naturalnej odporności dzieci. Zresztą nie tylko tam. W Holandii, w niemowlęcej wyprawce znajduje się obowiązkowy termofor, wkładany do dziecięcego łóżeczka w nieogrzewanym pokoju.

W Polsce wciąż ubiera się dzieci bardzo ciepło, czapeczki obowiązkowe są o każdej porze roku, a ogrzewanie w przedszkolach i dziecięcych pokojach może powodować duszności i zawrót głowy.

W wielu europejskich krajach, również kalendarz szczepień wygląda zupełnie odmiennie od polskiego.

Nie wiem, czy różnice w podejściu do ochrony dziecięcego zdrowia w różnych państwach, wynikają z oficjalnego stanowiska medycyny, z innej tradycji, czy z odmienności klimatu.

Dylemat, jak zachować równowagę pomiędzy wspomaganiem zdrowia dzieci szczepionkami i lekami, a naturalnym podnoszeniem ich odporności, jest dla mnie ciągle aktualny. Wiem, że kwestia właściwego wyboru najbardziej jednak wpisuje się w życie moich polskich znajomych i przyjaciół, którzy wychowują swoje dzieci za granicą.

Zapraszam do przeczytania relacji na ten temat, napisanej przez moją przyjaciółkę, od 8 lat mieszkającą w Wielkiej Brytanii i wychowującą tam swoją 6-letnią córkę.

Jest to pierwszy list z cyklu reportaży o życiu dzieci w Anglii, obserwowanym z perspektywy Polki, z podwójnym (polskim i brytyjskim) obywatelstwem oraz jej córeczki urodzonej już na Wyspach.

Angielskie dzieci ze swoją królową

www.daylife.com

Teraz, w zimowym i przednówkowym okresie wzmożonej zachorowalności naszych dzieci, poczytajmy o odporności i zarazkach.

“Wiem, ze to banał, ale nie ma jednego poprawnego sposobu wychowywania dzieci. Życie w wiecznej gotowości nie zawsze pozwala nam uchronić od chorób siebie i nasze dzieci.

Pamiętam, że na początku mojego macierzyństwa, najbardziej stresowałam się czy mojemu dzidziusiowi jest wystarczająco ciepło (urodziła się zimą). Ubierałam ją w body, śpioszki, sweterek, rajstopy i przykrywałam kocykiem. Unikałam otwierania okna, kiedy dziecko było w pokoju i włączałam dodatkowe ogrzewanie kiedy się kąpało. Nie wspomnę juz o szybkości przebierania dziecka po kąpieli, żeby tylko nie dostało zapalenia płuc.

Byłam jedyna mamą w mojej przychodni, na placu zabaw czy w przedszkolu, która biegała „jak z pieprzem”, totalnie zestresowana, podnosząc butelki z mlekiem z ziemi, poprawiając czapkę na głowie dziecka, wycierając rączki sterylnym płynem, za każdym razem kiedy dotknęła czegoś brudnego.

Inne dzidziusie jadły ciastka z poplamionego dywanu na placach zabaw, raczkowały z bosymi nogami i wkładały do buzi smoczki, które spadły na ziemię.

Wydawało mi się to takie prymitywne i oburzające. Jak te matki mogły się tak nieodpowiedzialnie zachowywać! Czy one na prawdę kompletnie nie dbały o swoje dzieci??  I  nadal żądałam widzenia z lekarzem przy każdej temperaturze, kaszlu i katarze, smarowałam kremami przeciw poparzeniom latem i sterylizowałam butelki. 

Kiedy moja córka miała 12 miesięcy i przyjechałam z nią z wizytą do Polski, usłyszałam po raz pierwszy o podawaniu noworodkom witaminy D i badaniu bioderek.  Nigdy o tym wcześniej nie słyszałam, nigdy nie dawałam jej witaminy D i nie pieluszkowałam odpowiednio do zaleceń polskich lekarzy. Bardzo mnie to martwiło. Bałam się, że przegapiłam jakiś niezbędny krok w rozwoju dziecka i zniszczyłam jej przyszłość . Nie mogłam spać w nocy, a inne matki kiwały nade mną z politowaniem głowami.

Po powrocie do Anglii i kolejnej wizycie u lekarza zdałam sobie jednak sprawą, że różnic w wychowaniu „nie przeskoczę” i muszę się trochę dopasować. Zaczęłam postępować tak jak angielskie mamy i robić to co zalecał angielski lekarz. Zamiast biegać do przychodni, zaczęłam podawać sama paracetamol lub syrop na kaszel. Pozwalałam chodzić w przedszkolu na boso, nawet jeżeli nie było dywanu. Nie denerwowałam się kiedy widziałam,  że dzieci obok kaszlą, kapie im z nosa lub maja jakąś wysypkę – wiedziałam, że przez taki kontakt, moje dziecko się uodporni. Powoli zaczęłam rozumieć, że nic złego się nie dzieje i ze może ten sposób wychowywania dzieci, którym dotąd pogardzałam, jest jednak dobry. Powoli zaczęłam zapominać o wiecznym alercie zarazkowym, demonicznych zapaleniach uszu, antybiotykach, zagrożeniu platfusem i zapaleniem oskrzeli.

Nie chcę oceniać które zasady są lepsze lub gorsze, ale mój poziom stresu znacznie spadł od kiedy przekonałam się,  że miłość do dziecka  nie jest wcale proporcjonalna do ilości czasu, który spędzam zamartwiając się jego zdrowiem. Coraz częściej zaczęłam też myśleć, że wszystko będzie dobrze. Bo na pewno będzie.”

 

Dobrze, że dzisiejsza medycyna, nowe leki i powszechne szczepienia wspierają nas w walce z chorobami, które jeszcze nie tak dawno były jedną z głównych przyczyn ogromnej śmiertelności dzieci.

Jednak wiemy, że już dawniej, w XVIII wieku, dostrzegano, że gdy chodzi o zdrowie, czy życie dziecka, zarówno zaniedbanie jak i nadmierna troska są jednakowo groźne.

„Dostrzeżono, iż większa część chorob dziecinnych, zwisła od uchybienia baczności” napisano w wydanym w 1788 roku „Dykcjonarzu powszechnym medyki, chirurgii i sztuki hodowania bydląt”, ale jak ostrzega  Weichardt w swym pediatrycznym dziele z roku 1782 „Rady dla matek względem zapobieżenia różnym słabościom i chorobom, którym dzieci od urodzenia swego podlegać mogą”: „zbyt wielka staranność rodziców jest częstokroć większą przyczyną chorób dziecięcych, jak słabość ich własnej natury.”