Archiwum kategorii 'Dzieci w różnych krajach i kulturach'

Prowansalskie wakacje małego Marcela

19.06.2011

 

Czy znacie kogoś kto nie chciałby spędzić wakacji w Prowansji?

Przeczytałam już sporo książek napisanych przez wielbicieli tej części Francji, ale wspomnienia Marcela Pagnola są wyjątkowe. Kiedy był dzieckiem, wiek XX dopiero się zaczynał, a Prowansja nie została jeszcze „najechana” przez rzesze turystów i kupujących tam domy, bogatych obcokrajowców.

Mój dzielny tata

Ojciec Marcela był nauczycielem, a matka krawcową. „Kiedy szła na zakupy, zostawiała mnie po drodze w szkole u ojca, który uczył czytać sześcio- czy siedmioletnich malców. Siedziałem grzecznie w pierwszym rzędzie i podziwiałem ojcowską potęgę.” 

 W ten sposób czterolatek również nauczył się czytać, co wzbudziło w jego matce prawdziwe przerażenie, spowodowane obawą by „mózg chłopca nie wyleciał z wysiłku w powietrze.”

 

Wspomnienia Marcela są napisane niezwykle barwnie, lekko i zabawnie. Są też szczere i odkrywają często ciekawą naturę jego dziecięcych zabaw, takich jak np. karmienie kaczek w parku, do którego regularnie chodził z ciotką, siostrą mamy, na spacery.

„Główne moje zajęcie polegało na rzucaniu chleba kaczkom. Głupie te zwierzaki dobrze mnie znały. Gdy tylko pokazywałem kromkę, flotylla przypływała do mnie i przystępowałem do dystrybucji. Kiedy ciotka nie patrzyła, słodkim głosem przemawiałem do nich czule i rzucałem w nie kamieniem z upartym zamiarem zabicia choćby jednej. Ta nadzieja, zawsze zawiedziona, przydawała uroku spacerom i w trzęsącym się tramwaju do Prado drżałem z niecierpliwości.”

 

W czasie niedzielnych spacerów do parku, ciotka Marcela poznała swojego przyszłego męża, który wkrótce stał się dla chłopca „wujem Julkiem”.

Obie rodziny – mimo odmiennych poglądów ojców rodzin, którzy często się sprzeczali – spędzały ze sobą dużo czasu, a pewnego dnia postanowiono wynająć wspólnie wakacyjną „willę” na wzgórzu, „z dala od miasta, pośród sosen”.

Wyprawę zaczęto od skompletowania mebli kupionych u handlarza starzyzną i ich renowacji w domowej piwnicy. „Praca ta trwała nie dłużej niż trzy miesiące, ale w mej pamięci zajmuje ogromne miejsce (…) W piękny czwartkowy poranek wynieśliśmy na korytarz wakacyjne umeblowanie. Zaprosiliśmy wuja Julka jako potencjalnego wielbiciela, a nasz przyjaciel handlarz przyszedł jako ekspert. Wuj podziwiał, handlarz zrobił ekspertyzę (…) Potem, jako że całość niczego nie przypominała, oświadczył, że jest to styl „ludowo–prowansalski” (…) Matka była oczarowana pięknem mebli i zgodnie z proroctwem ojca nie mogła im się napatrzeć. Spodobał jej się zwłaszcza stolik nocny, moim staraniem pociągnięty trzema warstwami lakieru. Naprawdę przyjemnie było na niego patrzeć i lepiej było patrzeć niż dotykać, bo kładąc ręce płasko na blacie można było podnieść go i przenieść w inne miejsce, jak to robią media. Sądzę, że wszyscy zauważyli tę drobną niedogodność, nikt jednak ani słowem nie popsuł sukcesu naszej wystawy. Miałem zresztą później przyjemność stwierdzić, że drobny błąd może przynieść wielkie korzyści, gdyż stolik ustawiony w dobrze oświetlonym kącie, złapał tyle much, że zapewnił ciszę i higienę w wakacyjnej jadalni, przynajmniej w pierwszym roku.”

Meble pojechały na wakacje wynajętym wozem, rodzina tramwajem, a później wędrowano wiele godzin piechotą. Wreszcie wszyscy – rodzice z Marcelem, jego bratem Pawełkiem i małą siostrzyczką, oraz wuj Julek i ciotka Róża z małym Piotrusiem – znaleźli się w starej, zrujnowanej prowansalskiej farmie. „Wtedy zaczęły się najpiękniejsze dni mojego życia”. Polowania na świerszcze i motyle, zabawy w Indian i organizacja walk modliszek, a wkrótce udział w prawdziwym polowaniu i myśliwskiej chwale ojca. Taki właśnie tytuł nosi też francuski oryginał książki „La gloire de mon père”, na podstawie której nakręcono też -- bardzo wierny literackiemu oryginałowi -- film.

Polecam! Zabawna i wzruszająca lektura na wakacyjne dni, niekoniecznie w Prowansji:)

 

Marcel Pagnol „Mój dzielny tata”, Czytelnik 1978

/

Zabawa w „białego człowieka”

16.04.2011

 

Czy bawiliście się w Indian? Moja siostra i ja zamierzałyśmy kiedyś wyruszyć na prerię by spotkać prawdziwych Indian. Przygotowywałyśmy się więc do tego czytając wszystkie dostępne nam książki, ucząc się języka gestów i wyszywając białe tenisówki koralikami by zamienić je w mokasyny:)

Nie przypuszczałam wtedy jednak, że jakieś indiańskie dzieci mogły kiedyś spędzać czas na czymś tak nudnym, jak zabawa w „białego człowieka”!

Mimo całej mojej znajomości „indiańskich lektur”, dopiero teraz trafiły do mnie wspomnienia, które spisał, urodzony w 1858 r., Charles A. Eastman (Ohiyesa). „Moje indiańskie dzieciństwo” to fascynujący opis życia dziecka w plemieniu Dakota, życia, o którym – jak pisze autor – „marzył chyba każdy mały chłopiec” (i wiele dziewczynek!).

Moje indiańskie dzieciństwo

Osieroconego przez matkę chłopczyka, wychowywała prawie siedemdziesięcioletnia babcia, nosząc go stale w drewnianej kołysce. „Gdy pracowała, zawieszała mnie na dzikiej winorośli lub sprężystej gałęzi tak, aby kołyskę bujał najmniejszy nawet powiew wiatru.” W czasie dalszych podróży, kołyski z dziećmi zawieszano z dwóch stron końskiego boku lub przywiązywano do dwóch skrzyżowanych tyczek od tipi, przytroczonych do psa, który mógł czasami, spragniony „rzucić się z całym bagażem w chłodny nurt strumienia”.

 

Babcia Ohiyesy, ciekawie rozwiązała problem wykarmienia małego niemowlęcia. „Gotowała dziki ryż i odcedzała go, a potem dodawała do rosołu z dziczyzny. Ucierała też suszoną dziczyznę niemal na proszek i moczyła w wodzie, aż wydzieliły się pożywne soki, co z kolei mieszała z tartą prażoną kukurydzą”.

 

Babcia była też pierwszą nauczycielką chłopca. Uczyła go rozpoznawania głosów zwierząt, ziół, właściwego zachowania i plemiennych legend.

Mały Indianin w dzieciństwie szkolił się w sztuce wojennej i w tropieniu, bo te dwie umiejętności decydowały o jego przetrwaniu. Mnóstwo czasu dzieci spędzały też na zabawie: „urządzaliśmy bitwy na kule błota i wierzbowe kije, zjeżdżaliśmy z pagórków na skórach i żebrach bizona”. Różnorodność gier była zaskakująca, a ich szczegółowe opisy zajmują w książce sporo miejsca. Wiele wspomnień wiąże się z kontaktami ze zwierzętami. „Mieliśmy młode lisy, niedźwiadki, wilki, szopy, jelonki, młode bizony i wszelkiego rodzaju udomowione ptaki.” Przypomniała mi się od razu historia małej Sejdżio i jej bobrów. Co ciekawe, Sejdżio należała do plemienia Odżibwejów, najbliższych wrogów Dakota, o których często wspomina się w książce.

 

Najbardziej zaskoczyła mnie zabawa w „białego człowieka.” „Malowaliśmy więc dwóch czy trzech naszych kompanów białą gliną, wkładaliśmy im kapelusze z kory brzozowej, które specjalnie szyliśmy na tę okazję, przyczepialiśmy im kawałek futra jako brodę i zmienialiśmy odzienie możliwie najdokładniej. Biel kory brzozowej miała odpowiadać ich białym koszulom. Ich towary stanowiły piasek jako cukier, fasola i kawa, suszone liście jako herbata, glina jako proch, kamienie jako kule i wreszcie woda jako niebezpieczna „woda ognista”. Wymienialiśmy na nie skóry wiewiórek, królików i małych ptaszków.”

Ohiyesa nie wiedział jeszcze wtedy, że wkrótce, w wieku 15 lat, przyjdzie mu rozstać się z indiańskim życiem, by przywdziać prawdziwe już ubranie białych ludzi i ich styl życia.

Bardzo ciekawa lektura!

 

Charles A. Eastman (Ohiyesa) „Moje indiańskie dzieciństwo”, Wydawnictwo Tipi 2008

/

Sernik z aligatora i ropucha w dziurze

23.10.2010

 

Książka Pauliny Wierzby „Co jedzą ludzie?” pojawiła się w naszym domu już kilka tygodni temu, ale wciąż cieszy się niesłabnącym czytelniczym powodzeniem.

Co jedzą ludzie?

Wolimy nie czytać jej jednak przed porą jakiegokolwiek posiłku, choć staramy się być oczywiście wolni od stereotypowych poglądów na kulturę;) Wciąż pamiętam – czytany już dość dawno w książce „Dzieje smaku” – wywód Ludwika Stommy o tym, że skład naszego codziennego menu jest kwestią zupełnie przypadkową, zależną jedynie od społecznej umowy, warunków życia i czasu w którym się urodziliśmy.

Lektura „Co jedzą ludzie?” może rzeczywiście przekonać do tej teorii.

 

Czy żyjąc w Afryce jedlibyśmy pędraki, mrówki i tarantule, a mieszkając w Nowym Orleanie zajadalibyśmy się sernikiem z dodatkiem mięsa aligatora?

Paulina Wierzba "Co jedzą ludzie?"

Niedawno czytałyśmy przecież historię afrykańskiej podróży Kazimierza Nowaka, który też smakował różnych niesamowitych potraw. Robi tak wielu podróżników. Ja również jadłam haggis na szkockiej farmie, ślimaki we Francji i mięso kangura w pewnej restauracji. Jednocześnie mieszkając w Polsce nie wzięłabym do ust flaków, kaszanki czy czerniny.

Flaki

Czytamy więc książkę i dużo rozmawiamy, o innych krajach, o tym czy ludzie są dziwni czy nie, dlaczego niektórzy ryzykują życiem jedząc trującą japońską rybę, a inni są tak biedni, że pieką – wcale nie dla zabawy – ciasteczka z błota.

 

Opis potraw, zwyczajów jedzeniowych i historii niektórych dań jest fascynujący. Zachęca do poszukiwań, choć chyba trudno byłoby skusić jakiegokolwiek czytelnika do kulinarnych prób inspirowanych tą lekturą. Zamiast tego, spróbowałyśmy z dziewczynkami przypomnieć sobie potrawy, które wcale nie wydają nam się obrzydliwe, mają natomiast cokolwiek dziwacznie brzmiące nazwy. Poznaniacy znają na pewno „ślepe ryby” czy „parzybrodę”, a wszyscy inni „gołąbki” i „ptasie mleczko”, które to dania nie są wcale tym na co wskazuje ich nazwa.

 

Podobnie ma się sprawa z tradycyjną angielską zapiekanką o jakże zachęcającej nazwie – Toad in the holeRopucha w dziurze.

Tę właśnie potrawę postanowiłyśmy zrobić dziś na kolację.

Wykorzystałyśmy kilka parówek i ciasto naleśnikowe (puddingowe) złożone z 2 jajek, kubka mąki, łyżki stopionego masła, wody i przypraw ziołowych. Parówki zostały podsmażone i ułożone w cieście, wylanym wcześniej do żaroodpornego naczynia. Całość zapiekała się ok. 15 minut i została podana w towarzystwie keczupu i surówki.

Ropucha w dziurze

Jak na nasze rodzinne przyzwyczajenia, zapiekanka jest jednak daniem dość ciężkim, mimo to zjedzonym z apetytem. Najbardziej cieszyło jednak dziewczynki wypowiadanie nazwy potrawy, zwłaszcza kiedy zapraszały na degustację swojego lekko zaskoczonego tatę:)

/

Jak muzyka pomaga dzieciom z Wenezueli

24.06.2010

 

20 czerwca zagrała w Warszawie wenezuelska Młodzieżowa Orkiestra im. Simóna Bolivara, pod dyrekcją Gustavo Dudamela.

Bardzo żałuję, że nie udało nam się być na tym koncercie.

 

Program wsparcia społecznego poprzez muzyczną edukację najbiedniejszych dzieci z wenezuelskich slumsów – „El Sistema”, został wymyślony i sukcesywnie wprowadzany w życie przez José Antonio Abreu, od lat siedemdziesiątych.

Jest obecnie wspierany przez państwo i bierze w nim udział 15 tysięcy nauczycieli muzyki. Ok. 250 tys. dzieci z orkiestr przedszkolnych, szkolnych i młodzieżowych uczy się gry i tego jak sztuka może zmienić spojrzenie na świat.

W założeniach twórcy tego ogólnonarodowego programu, muzyka ma ocalić dzieci przed przestępczością, biedą i narkotykami.

Celem „El Sistema” jest też promowanie wśród młodych ludzi takich wartości jak praca w zespole, szacunek dla innych, odpowiedzialność.

Jestem pod wrażeniem tego pomysłu, który udaje się realizować na tak szeroką skalę, od wielu już lat. W powodzi ogromu negatywnych informacji o świecie, warto jak najwięcej pisać i pamiętać o takich pozytywnych działaniach.

Do Orkiestry im. Simóna Bolivara, trafiają najzdolniejsi i podróżując po największych salach koncertowych świata zachwycają nie tylko swoją żywiołową grą, ale propagują niezwykłą idę „El Sistema” udowadniając, że działania na rzecz poprawy losu najbiedniejszych, mają sens.

 

/

Afrykańskie ciasto na cześć poznańskiego podróżnika

04.06.2010

 

Kiedy rozpoczynałam lekturę książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, zastanawiałam się kim naprawdę był ten szalony Poznaniak, który jako pierwszy w świecie, samotnie przemierzył Afrykę – z północy na południe i z powrotem. Tę niezwykłą historię z lat trzydziestych przypomniał Łukasz Wierzbicki, który przeczesując archiwa, zebrał listy i zdjęcia Kazimierza Nowaka z afrykańskiej, pięcioletniej wyprawy. Początkowo, ten skromny podróżnik, który na rowerze, pieszo, konno i łodzią przebył 40 tys. km, wydawał mi się po prostu bardzo nierozważny. Zostawił na przeszło pięć lat swoją żonę z małymi dziećmi i podążył drogą, która codziennie mogła doprowadzić go do śmierci. Z niebezpieczeństwami stykał się stale, ale spotkał też swoje marzenia i poczuł, że żyje w jedyny możliwy dla siebie sposób – co nie przydarza się przecież zbyt często. Fascynował go świat i lubił spotkania z ludźmi, ale uciekał od tych, których pochłonęła żądza zdobywania, wykorzystywania i otaczania się powierzchownym blichtrem. Wolał spotkać dzikie zwierzęta niż stykać się na co dzień z brutalną walką o przetrwanie jaka rozgrywa się w pozornie cywilizowanym świecie białych ludzi. Swoje marzenia starał się też połączyć z zapewnieniem bytu rodzinie. W podróż wyruszył kiedy w czasach kryzysu gospodarczego stracił pracę. Dokumentując wyprawę, publikując relacje starał się zarabiać.

1

Czytałam więc książkę zafascynowana Afryką, wymiarem wyprawy ale i niezwykle ciekawym człowiekiem. Ucieszyłam się kiedy znalazłam również dziecięcą wersję tej książki. „Afrykę Kazika” czytałam więc równocześnie dzieciom.

Kazimierz Nowak dla dzieci

Krótkie rozdziały, które opisują najciekawsze dla małych czytelników przygody, zachęcają do rozmów o Afryce, otwierania atlasu i albumów. Z „dorosłej” wersji książki doczytałam też dziewczynkom kilka innych informacji. Bardzo spodobała im się np. historia o nadawaniu imion w jednym z afrykańskich plemion:

 

„Szilluk zmienia swe imię dwa razy. Pierwsze imię pojawia się przypadkiem, zwyczaj bowiem nakazuje, by przyjaciółka matki wyszła na wieś rozpytać o nowiny, przede wszystkim zaś o imię obcego, który w ostatnim czasie do wioski zawitał. Imię to przekazuje matce i takie imię nadane zostaje niemowlęciu. Tak na przykład spotkałem imiona Padle, Efendi, Monsignore, Automobil, a nawet mojego imiennika Casimiro, który przyszedł na świat w dniu, kiedy ja pojawiłem się wśród Szylluków!

Drugie imię przybiera Szilluk już z własnej woli w dzień tańca wojennego, dokumentując nim osiągnięcie godności wojownika. Rzadko następuje druga zmiana imienia, mianowicie tylko w wypadku, jeśli król powołuje daną osobę na jakiś urząd.”

 

Spodobała nam się też opowieść o śniegu w Afryce, po który Kazik, wiedziony tęsknotą wspinał się na Ruwenzori w Górach Księżycowych.

W planach miałyśmy upieczenie ciasta, a afrykańska historia zainspirowała nas do wykonania czekoladowego wypieku, zadedykowanemu poznańskiemu podróżnikowi.

Przepis – podobny do klasycznego „Murzynka” – pochodzi z książki „Cecylka Knedelek i fabryka czekolady” i jest na tyle prosty, że moja pomoc ograniczyła się do nadzorowania procesu rozpuszczania czekolady.

Przepis na czekoladowe kostki

Z mieszaniem, ubijaniem i pieczeniem ciasta, dziewczynki poradziły sobie same.

Pieczenie ciasta

Na końcu wierzch czarnego jak Afryka ciasta, został pokryty białymi płatkami cukrowego śniegu.

Ciasto na cześć Kazimierza Nowaka

Kazimierz Nowak „Rowerem i pieszo przez czarny ląd” Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931–1936

Łukasz Wierzbicki „Afryka Kazika”, Warszawa 2008

/