Archiwum kategorii 'Historia dzieciństwa'

Klocki obrazkowe

18.08.2010

 

Klocki obrazkowe to dziś już trochę zapomniana zabawka. Zostały zdecydowanie wyparte przez różne rodzaje puzzli.

Moja najmłodsza córka także woli układać– z wiekiem coraz trudniejsze – puzzle. Kiedy dziewczynki były młodsze miały kilka zestawów klocków z obrazkami. Dziś na półce, pozostał już tylko ulubiony komplet z krecikiem.

klocki z krecikiem

Sporo takich klocków z naszego dzieciństwa, zachowała na szczęście moja siostra.

Dziewczynki są właśnie na wakacjach w jej domu. Mają tam do dyspozycji urządzony dla nich pokój, ze starymi zabawkami, które należały kiedyś do mnie i siostry.

Ostatnio wyciągnęłyśmy z kartonu stare klocki. Są wykonane z pełnego drzewa i w przeciwieństwie do współcześnie produkowanych – bardzo ciężkie.

Strasznie przyjemnie znów nam się je układało:)

Przypomniało mi się, że do moich ulubionych należały te z legendami polskimi i strojami ludowymi. Właśnie w tych brakuje jednego klocka.

Klocki obrazkowe - legendy polskie

 klocki obrazkowe - stroje ludowe

Niektóre z tych zestawów były też chyba odziedziczone po starszych kuzynach bo pamiętam, że obrazki wytarte już były „od zawsze”.

A może i Wy odnajdziecie w tej mini galerii swoje stare znajome klocki?

Klocki drewniane z kogutkiem

Klocki z ptakami

Klocki ze słoniem

Klocki z lisem

Stare klocki obrazkowe

Klocki z lwem

/

Poznańskie koziołki

08.08.2010

 

„To nie jest bajeczka, możecie mi wierzyć

Dwa małe koziołki mieszkają na wieży.

Kiedy miejski zegar wybije dwunastą,

wychodzą na balkon popatrzeć na miasto.

Tupią kopytkami, kiwają główkami

pocieszne koziołki.

Znaleźć je nie sztuka.

Jest takie miasto nad Wartą

tam koziołków szukaj.”

 

Ten wierszyk był jednym z całego repertuaru artystycznych utworów o Poznaniu i koziołkach, które recytowałam z zapałem, będąc dawno temu dumnym poznańskim przedszkolakiem. Wierszyk został zarejestrowany przez moich rodziców na taśmie szpulowego magnetofonu i czasami słuchamy w domu tych starych recytacji.

Myślę, że Poznaniacy znają jeszcze różne inne koziołkowe piosenki i wiersze, bo trykające się na ratuszowej wieży zwierzątka towarzyszą naszej edukacji przez wiele lat.

Poznańskie koziołki

Oprócz wycieczek przedszkolnych, chodziliśmy również oglądać koziołki z wszystkimi odwiedzającymi naszą rodzinę gośćmi, opowiadając im wcześniej o historii i legendzie powstania ratuszowego zegara.

Legenda mówi, że kiedy w roku 1551, z okazji uroczystego odsłonięcia nowego zegara przygotowywano w ratuszu wielką ucztę, kuchcik spalił na rożnie sarni udziec.

W wielkim strachu przed srogą karą, wybiegł na rynek w poszukiwaniu mięsa. Spostrzegłszy dwa koziołki, uprowadził je z zamiarem upieczenia. Dwóm rogatym zwierzakom udało się uciec, a zgromadzeni goście mieli okazję ujrzeć je trykające się na wieży ratusza. To wydarzenie wzbudziło taką ogólną wesołość, że Rada Miejska postanowiła zamówić u twórcy zegara, mistrza Wolffa, figurki koziołków napędzane zegarowym mechanizmem.

 

W swoich zbiorach znalazłam też ciekawy wierszyk własnego autorstwa, napisany w wieku 8 lat. Na tym przykładzie, widać jak silny wpływ wywarł na mnie wcześniej przyswojony artystyczny repertuar;)

wiersz o poznańskich koziołkach

Kiedy pokazałam wierszyk dziewczynkom, młodsza postanowiła również stworzyć własne poetyckie dzieło o koziołkach…

Krótki wiersz o poznańskich koziołkach

Wierszyk został dedykowany żywym koziołkom, spotkanym niedawno na wakacyjnym szlaku, które były – wg jej słów – „jakieś takie grzeczniejsze od tych z ratusza”.

Koziołek nr 1

Koziołek nr 2

O koziołkach przypomniałyśmy sobie również ostatnio na ołomuńskim rynku, gdzie oglądaliśmy napędzany zegarem pochód czeskiego proletariatu, którym zastąpiono wcześniejszy pochód świętych. Poznańskie koziołki nie wzbudzały na szczęście negatywnych skojarzeń wśród komunistycznych notabli i przetrwały – choć już w kolejnej zrekonstruowanej formie – dziejowe zawirowania.

Chodzimy czasami je odwiedzać.

O 12-stej przed ratuszem

Lubię przyglądać się turystom, którzy oglądają je po raz pierwszy, a dziewczynki wypatrują na koziołkach nowych kubraczków. Okazuje się bowiem, że koziołki choć z długą historią, potrafią przystosować się do aktualnych mód i bieżących wydarzeń.

W czasie Wielkanocy, występowały przebrane za baranki…

Poznańskie koziołki jako baranki

…a niedawno prezentowały też gustowne, okolicznościowe pelerynki związane z Euro 2012:)

Poznańskie koziołki i Euro 2012

Koziołki wzbudzają powszechną sympatię, ale pogłaskać ich się oczywiście nie da. Pewnie dlatego na pobliskim Placu Kolegiackim, stanęła kilka lat temu rzeźba koziołków.

Koziołki na Placu Kolegiackim w Poznaniu

Do rytuału już należy pozowanie do zdjęcia na grzbiecie jednego ze zwierzaków, tarmoszenie i głaskanie ich – nie tylko jak zauważyłam przez najmłodszych sympatyków:)

Te koziołki też bywają czasami odziane. W takich ubrankach widziano je zimą:)

Koziołki w zimowej szacie

zagadka o koziołkach

 

/

Na koloniach

10.07.2010

 

„Gdybym miał gitarę…” to piosenka śpiewana chyba na wszystkich koloniach i obozach. Znalazłam ją w śpiewniku mojej starszej córki, która właśnie wróciła z kolejnej w swoim życiu kolonii.

Na koloniach

Znalazłam też kilka innych znajomych piosenek, ale i utwory Myslovitz, Szymona Wydry, Moniki Brodki, których nie śpiewaliśmy oczywiście za moich kolonijnych czasów. Wszystkich piosenek uczy się teraz z zapałem młodsza siostra naszej kolonistki, która już zaczęła przygotowywać się, a nawet pakować do swojego pierwszego wyjazdu. Ma on nastąpić co prawda dopiero w przyszłe wakacje, ale warto być już przygotowanym;)

Codziennie oglądamy też zdjęcia z kolonii, co zabrało nam już dobre kilka godzin. Zdjęć – zapisanych na 3 płytach – jest chyba z 1000, a każde wzbogacone zostaje podczas pokazu stosownym komentarzem. Zdjęcia przywiezione zostały również w aparacie fotograficznym córki, a jest ich również sporo, bo tematem przewodnim tych artystycznych kolonii, były – oprócz tańca i technik plastycznych – warsztaty fotograficzne. Jak zauważyłam, najchętniej fotografowanym obiektem były zwierzęta zamieszkujące pobliskie jezioro i pensjonatowe podwórko, w tym kilka miejscowych psów.

 

Nasi rodzice nie byli chyba poinformowani o naszych wyjazdach w tak szczegółowy sposób. Z drugiej strony, kolonie były kiedyś znacznie dłuższe, a rodzice odwiedzali nas zawsze w jedną z niedziel. Dziewczynki bardzo chętnie słuchają naszych wspomnień. Porównujemy listy, śpiewniki i zdjęcia.

Mój mąż, mimo wielokrotnego pobytu na koloniach, zachował jedynie jako pamiątkę odznakę z napisem „Dziecko Neptuna”, która to pozostała mu po obozie żeglarskim.

Natomiast w moich zbiorach, kryje się trochę więcej kolonijnych skarbów. Mam zdjęcia zrobione podczas odwiedzin rodziców, w czasie moich pierwszych kolonii w Złotowie. Miałam wtedy 8 lat i pisałam mnóstwo listów w kopertach zaadresowanych wcześniej przez mamę. Niektóre z nich jeszcze znalazłam. Pokazałam też dziewczynkom okraszoną pamiątkowymi podpisami kolonijną chustę i pamiętnik pisany podczas któregoś z kolejnych wyjazdów.

Dawno temu na koloniach

Kolonie mojej córki przypominały trochę te na które ja jeździłam, były jednak zdecydowanie bardziej kameralne, a dzieci miały więcej ciekawych zajęć. Oprócz porannej gimnastyki, zbierania jagód…

Na jagody

…gry w „dwa ognie”, ogniska, wycieczek, kąpieli w jeziorze i konkursów na piaskową rzeźbę…

Krab z piasku

…uczyły się fotografowania, szydełkowania, decoupage’u…

Butelki

…oraz wypiekania i malowania ślicznych aniołków z masy solnej.

Aniołki z masy solnej

Chciałabym znów pojechać na kolonie:)

Na szczęście czas wakacji nastał właśnie dla całej naszej rodziny i jutro wyruszamy w podróż!

Mam nadzieję, że będzie ciekawie, a wakacje udane, czego i Wam życzę:)

/

Pochwała bibliotek

15.05.2010

 

Jednym z zawodów, o których marzyłam w dzieciństwie było bycie bibliotekarką. Wyprzedzały go co prawda tak atrakcyjne posady jak archeolog podwodny, skrzypaczka, treserka delfinów i sprzedawczyni w sklepie papierniczym, ale myśl o spędzaniu całych dni w bibliotece też była pociągająca:)

Kiedy więc rozpoczęłam lekturę książki Joanny Papuzińskiej „Dziecięce spotkania z literaturą” – pozycji skierowanej do bibliotekarzy – od rozdziału poświęconego przekonaniu tej grupy zawodowej o konieczności czytania, przetarłam oczy ze zdumienia.

Po wyszczególnieniu zalet płynących ze znajomości literatury dziecięcej, autorka pisze: „Z pewnością ktoś może tu przytoczyć kontrargument, zaczerpnięty czy to z zawodowych lektur, czy nawet akademickich studiów, zawierający tezę, że bibliotekarz nie musi ani lubić, ani praktykować czytania (podobnie jak sprzedawca nie musi znać smaku wszystkich gatunków serów, które trzyma w sklepowej lodówce.) On ma przechowywać, gromadzić, udostępniać informacje – kropka. Ja jednak pozostanę przy swoim zdaniu, że zachęta do czytania musi opierać się na znajomości rzeczy i kompletnym doradztwie.”

Nieprawdopodobne! A więc są bibliotekarze, którzy nie lubią czytać?!

Co więcej, „drugi kontrargument opiera się zazwyczaj na tezie o nawale obowiązków bibliotekarza, pośród których już nie ma miejsca na czytanie.” I pomyśleć, że perspektywa rezygnacji z mojej pracy, na rzecz ciszy bibliotecznej sali, wciąż mnie kusi! Jestem pewna, że pani Papuzińska nie musiałaby przekonywać mnie do wygospodarowania 4 godzin tygodniowo na czytanie w pracy!

Dalsze rozdziały „Dziecięcych spotkań…” poświęcone są omówieniu relacji między księgozbiorem domowym a zbiorami w bibliotece, nowym rodzajom humoru w literaturze, wadze poezji i roli narracji ustnej, organizowaniu imprez czytelniczych i konkursów literackich oraz sposobom na przekonanie dzieci „nieczytających” do odwiedzin biblioteki. No cóż, trudno byłoby to zrobić zapewne „nieczytającemu” bibliotekarzowi;)

W przedmowie tej ciekawej pozycji, autorka wyjaśnia, że „książka niniejsza ma być pomocą w pracy bibliotekarza i dostarczyć mu materiału do refleksji nad niektórymi zagadnieniami bibliotekarstwa dziecięcego.” Mnie również lektura ta skłoniła do refleksji:)

 

W Poznaniu mamy wspaniałe biblioteki z wieloletnimi tradycjami: wiodącą Bibliotekę Raczyńskich, zbiory kórnickie, biblioteki uniwersyteckie. Z wszystkich miewam okazję korzystać, a jednak od wielu, wielu lat pozostaję wierna – mojej ulubionej – dawnej przyzakładowej bibliotece fabryki Cegielskiego, w której biurach pracowała moja mama. Teraz stała się już filią miejskiej Biblioteki Raczyńskich, ale atmosfera miejsca wciąż pozostaje niepowtarzalna, taka jak wtedy gdy przychodziłam tam jako dziecko. Pojawiły się komputery, ale pozostały jeszcze stare regały, krzesła, szufladki z katalogami, a przede wszystkim te same karty biblioteczne z zapisaną historią „wypożyczeń”.

karta biblioteczna

Zawsze niecierpliwie czekałam na powrót mamy z pracy, by zajrzeć do jej torby w poszukiwaniu nowych książek. Przyglądałam się często kartom wklejonym na wewnętrznej stronie okładki i liczyłam ile osób czytało już książkę przede mną.

Dziś biblioteka wypełniona jest nowościami, a sympatyczne panie bibliotekarki czytają na szczęście w czasie pracy;)

Ze wzruszeniem wspominam też panią Helenkę zarządzającą biblioteką parafialną, do której często biegałam po szkole. Biblioteka mieściła się w salce z gotyckimi sklepieniami, pełna była starych książek obłożonych szarym papierem, z wypisanym na grzbiecie numerem katalogowym i zeszytów tematycznych, z których wybierało się książki w czasie rozmowy z bibliotekarką.

Droga do biblioteki parafialnej

Bardzo miło wspominam też szwedzką bibliotekę w Kalmarze. Spędziliśmy tam kiedyś kilka godzin w czasie deszczowego dnia i co ciekawe wcale nie przeszkadzał nam fakt, że większość pozycji była tam jednak po szwedzku. Dziewczynki przejrzały mnóstwo książek odkrywając znajome lektury, a później przebierały się w stroje teatralne w pomieszczeniu przeznaczonym na sceniczne występy.

Biblioteka w Kalmarze

W zeszłym roku odkryłyśmy wspaniałą bibliotekę niedaleko naszego domu. Mieści się w nowym budynku, który został podzielony na czytelnię, część dla dorosłych i sympatycznie wyposażoną część dla dzieci. Co równie ważne, pełno w niej nowości, wystaw i ciekawych warsztatów w czasie wakacji.

Biblioteka w Swarzędzu

Dziewczynki otrzymały własne karty biblioteczne i samodzielnie wyszukują książki.

karta biblioteczna młodej czytelniczki

Mam nadzieję, że będą tu chętnie zaglądały jeszcze przez wiele lat, a na swojej drodze życiowej zawsze będą odnajdywały biblioteki.

 

Właśnie kończy się Tydzień Bibliotek. Życzę wszystkim bibliotekarzom, prawdziwej radości ze swojej pracy.

 

Joanna Papuzińska „Dziecięce spotkania z literaturą”, Wydawnictwo Centrum Edukacji Bibliotekarskiej, Informacyjnej i Dokumentacyjnej, 2007

/

Jak bawiły się polskie dzieci w XVIII wieku

27.03.2010

 

Dla moich dzieci, jedną z ulubionych części opowieści z cyklu „Opowiedz nam jak byłaś mała, mamo…” jest wspominanie moich starych zabawek. Niektóre z nich przetrwały i były jeszcze używane przez dziewczynki na różnych etapach ich życia. Te, których już nie ma obrosły mityczną aurą magicznych przedmiotów.

Pamiętam, że z podobną ciekawością lubiłam słuchać opowiadań moich rodziców i cioci o ich zabawkach. Wydawało mi się wtedy, że musiały być niesamowicie piękne i niezwykłe, zwłaszcza te sprzed wojny, o których opowiadała ciocia. Myślę, że i wcześniej dzieci też rozmawiały ze swoimi rodzicami o ich zabawach, które często powtarzały się od wieków w niewiele zmienionej formie, a tradycyjne zabawki też niewiele się czasami zmieniały.

 

O tym czym bawiły się dzieci w XVIII wieku nie dowiemy się już raczej z przekazów ustnych. Pozostały na szczęście wspomnienia i stare ryciny. To właśnie na ich podstawie Katarzyna Kabacińska napisała książkę „Zabawy i zabawki dziecięce w osiemnastowiecznej Polsce”.

Katarzyna Kabacińska "Zabawy i zabawki dziecięce w osiemnastowiecznej Polsce"

Po jej przeczytaniu nie sposób oprzeć się refleksji nad kulturową ciągłością i ponadczasową rolą zabawy. Podstawowy kanon zabawek powstał zasadniczo już w średniowieczu, a kolejne epoki tylko go powielały dodając charakterystyczne dla danego okresu formy. Jednak istnieją również zabawy odnoszące się do realnych sytuacji życia i one właśnie są w pewnym sensie zawsze typowe dla danego czasu.

Jak bawiły się polskie dzieci w XVIII wieku, przeczytamy w książce. Niemowlętom śpiewano, kołysano je, starszym trochę dzieciom recytowano różne rymowanki połączone czasem z zabawami ruchowymi, klaskaniem czy wyliczaniem.

Oto przykłady takich wyliczanek. Czy nie brzmią czasami znajomo?

 

„Koci koci łapki,

Pojedziem do babki.

Da nam babka kaszki

A dziadek okraski”

 

„To tu kokoszka jagiełki warzyła,

W dziobek się sparzyła,

Temu dała, temu dała,

I het poleciała,

Do rzeczki

Po czerwone dla Ignalka (Zosi etc…;) trzewiczki.”

 

Jeszcze starsze dzieci bawiły się bąkiem, puszczały latawce, grały w bierki, jeździły na łyżwach, bawiły się w chowanego. Inne popularne zabawy to ślepa babka, toczenie obręczy, huśtawka, jazda na drewnianym koniku, ale też śpiew, muzyka, rysowanie, opowiadanie bajek i zabawy naśladujące rzeczywistość: musztra, wesele, taniec, a nawet udział w nabożeństwach czy pogrzebach. Dzieci bawiły się bardzo często na powietrzu nawlekając na źdźbła trawy jagody, kwiatki, plotąc wianki czy strugając fujarki.

 Chodowiecki "Zabawy dziecięce" 1785

Chodowiecki “Zabawy dziecięce” 1785

 

Ciekawe wspomnienia można przeczytać w przytoczonych w książce fragmentach pamiętników. Henrietta z Działyńskich Błędowska w taki np. sposób przekazuje swojej córce wiadomości o jej prababce, wydanej za mąż w wieku dziesięciu lat za Augusta Działyńskiego: „Nieraz szukano pani wodziny, którą znajdywano z dziećmi na ulicy, górki z piasku sypiącą.”

 

Sporo miejsca w książce poświęcono również bardzo różnorodnym zabawom uczniowskim i zabawom związanym ze świętami.

Musimy też pamiętać o tym, że w źródłach pisanych pozostawiono głównie wspomnienia zabaw dzieci z wyższych stanów społecznych. Zabawy dzieci wiejskich, na które zarówno one same, jak i ich opiekunowie nie mieli dużo czasu, były wzorowane na obserwowanych czynnościach dorosłych. Maluchy, pasąc bydło, biegały po polach i łąkach, ciesząc się dużą swobodą. Same wykonywały najprostsze zabawki. Podobnie, niestety, przedstawiała się sytuacja dzieci biedoty miejskiej. Ich najczęstszą rozrywką był udział w różnego rodzaju przedstawieniach ulicznych.

Książka to pełne kompendium wiedzy o oświeceniowych zabawach w Polsce i bardzo ciekawy zbiór wspomnień.

 

Katarzyna Kabacińska „Zabawy i zabawki dziecięce w osiemnastowiecznej Polsce”, Wydawnictwo Poznańskie 2007

/

Serwisy dla lalek

19.03.2010

 

Kiedy ten śliczny włóczkowy serwis dla lalek dotarł do naszego sklepu, dziewczynki oniemiały z zachwytu.

Włóczkowy serwis do herbaty

Starsza od razu zapragnęła nauczyć się szydełkować:)

Choć w czasach licealnych, wydziergałam na drutach sporą ilość swetrów o skomplikowanych wzorach, to z szydełkiem nie miałam okazji się zaprzyjaźnić, a jedynym moim dziełem pozostała lekko ściągnięta okrągła serwetka, wykonana na szkolnych zajęciach praktyczno–technicznych. Nie pomyślałabym wtedy, że na szydełku można zrobić takie cudeńka.

 

W dzieciństwie miałyśmy z siostrą dwa serwisy lalkowe. Jeden z nich plastikowy, przetrwał nasze zabawy i służy do dziś naszym starym zabawkom:)

Stary serwis dla lalek z plastiku

Drugi, porcelanowy, przeżył wiele naszych kulinarnych eksperymentów. Sok z ogórków rozlewany z dzbanka do małych filiżanek był przepyszny. Przegryzałyśmy go kolorowymi cukierkami układanymi w miniaturowej miseczce. Z całego kompletu, odziedziczonego już zresztą w zdekompletowanej lekko formie po naszych kuzynkach, ostały się zaledwie cztery sztuki miniaturowej porcelany, którą teraz przechowuję już na najwyższej półce kredensu.

Porcelanowy serwis dla lalek

Miniaturowe serwisy, służyły kiedyś młodym dziewczętom – podobnie jak domki dla lalek – do nauki gospodarowania i opanowania dobrych manier. Od XVIII wieku zaczęto produkować je jako zabawki dla dzieci z bogatych domów. Dziś stanowią często atrakcyjny przedmiot zainteresowania dla kolekcjonerów. Trudno się dziwić, bo niektóre z nich są naprawdę piękne. Ciekawe ja smakowałby pity z nich sok z ogórków;)

Serwisy dla lalek

źródła zdjęć: welovepolishpottery, theteasmith, oldworldpottery, oneinchworld

/

Dzieciństwo w starożytnej Grecji

13.03.2010

 

Historia o Filemonie i Baucis przeniosła nas na jakiś czas do starożytnej Grecji. Dziewczynki całkiem sporo już o niej wiedzą, zwłaszcza starsza – po tegorocznych lekcjach historii w szkole i ostatniej lekturze „Przygód Odyseusza”.

Młodszą interesowało najbardziej codzienne życie greckich dzieci i jej starsza siostra opowiedziała jej o spartańskich niemowlętach zrzucanych ze skały.

To chyba najbardziej znany wątek związany z życiem w Sparcie – jednym z głównych polis greckich.

Podstawowym źródłem wiedzy o wychowaniu w Sparcie jest „Żywot Likurga” Plutarcha. Pochodzi on z I/II w. n.e., a źródła pierwotne z których korzystał Plutarch, w większości nie zachowały się. Właśnie Plutarch pisał, że o życiu dziecka w Sparcie decydowali najstarsi mężczyźni, a słabe i chore dzieci nie były raczej strącane w przepaść lecz porzucane w górach. Rodzina nie mogła w żaden sposób ich uratować.

 

W trochę lepszej sytuacji były niemowlęta z innych greckich państwmiast. Po narodzinach były przez matkę prezentowane ojcu. Jeśli ten wątpił w swoje ojcostwo lub jeśli dziecko było upośledzone, jak również było kolejną w rodzinie dziewczynką, także je porzucano. Często jednak w specjalnym miejscu, gdzie mogło zostać zabrane przez innych obywateli i wychowane na niewolnika. Stosowną ilustrację znalazłyśmy w bardzo ciekawej książce dla dzieci „Świat starożytny”.

Porzucanie dzieci w starożytnej Grecji

Tam również poczytałyśmy o greckim dzieciństwie:

„Siódmego dnia po narodzinach dziecka, drzwi frontowe domu dekorowano girlandami z gałęzi oliwki, kiedy przyszedł na świat chłopiec lub z wełny, gdy urodziła się dziewczynka. Rodzina składała ofiarę bogom i wydawano ucztę dla krewnych.”

Podczas tej uroczystości obnoszono dziecko wokół ogniska i nadawano mu imię.

Dzieciństwo w starożytnej Grecji

Jako piastunki do dzieci, zatrudniano często w Atenach Spartanki, które słynęły z dobrego zdrowia i umiejętnych, chociaż surowych metod wychowawczych, wg których same zostały przecież wychowane.

Odpowiedzialność za losy spartańskiego dziecka po ukończeniu szóstego roku życia przejmowało państwo, a celem wychowania było ukształtowanie nieustraszonego żołnierza. Mężczyźni większość czasu spędzali od dziecka we własnym gronie, a styl ich życia powodował zanik wszelkich indywidualnych cech i uzdolnień. Najważniejszymi przedmiotami edukacji były ćwiczenia atletyczne, taniec i posługiwanie się bronią, a muzyki i poezji uczono w tylko w niewielkim stopniu.

Wychowanie w starożytnej Sparcie

źródło: miesięcznik “Kumpel” 4/2008

 

Dzieci hartowano poprzez chodzenie boso i prawie nago, rzadką kąpiel, spanie na własnoręcznie zebranej trzcinie. Wyżywienie było niewystarczające, zachęcano więc chłopców do kradzieży żywności w okolicznych gospodarstwach podległych chłopów. Raz w roku odbywały się zawody, w czasie których chłopcy byli bici. Sprawdzano, który wytrzyma najdłużej bez krzyku.

O wartości życia dziewczynki stanowiła jej przydatność do rodzenia silnych i zdrowych dzieci.

Dziewczynki w starożytnej Sparcie

W edukacji ateńskiej również przykładano wielką wagę do tężyzny fizycznej, która powinna jednak łączyć się w dużym stopniu z umiejętnością gry na instrumentach, recytowania poezji i sztuką przemawiania. Do szkoły uczęszczali oczywiście tylko chłopcy, a dziewczynki uczone były w domu przez matki.

Szkoda, że niemożliwe jest już bliższe poznanie tego odległego świata.

Zabawy w starożytnej Grecji

 

S. Peach, A. Miliard „Grecy” w: „Szkolny przewodnik – starożytny świat”, Wydawnictwo RTW, Warszawa 1998

/

Patyczaki w towarzystwie Wielkiej Niedźwiedzicy

03.03.2010

 

W pokoju, który jako dziecko dzieliłam z siostrą, stało ogromne radio, włączane zazwyczaj o 6 rano, godzinie naszej pobudki. Schowana pod ciepłą kołdrą, zastanawiałam się kto w Polsce wyskakuje właśnie z łóżka, by otworzyć okno i raźno gimnastykować się wg wskazówek rześkiego spikera.

Wolałam wieczorny Supełek, którego słuchałam raczej tylko w chorobie, gdy nie mogłam biegać po podwórku. Otaczałam się lalkami, ssałam chlorochinaldin na ból gardła i stwierdzałam, że chorowanie nie jest wcale takie złe. Najokropniejsze z tabletek można było niepostrzeżenie wrzucić za tapczan, a na stoliku, oprócz stosu książek, leżały też płyty z bajkami: Kopciuszkiem, Śpiącą Królewną, Jasiem i Małgosią, Ali Babą.

stare płyty winylowe dla dzieci

Płyty odtwarzałyśmy na adapterze, który znajdował się pod unoszoną pokrywą radia.

Plejada najlepszych polskich aktorów pomagała mi przenosić się w wyobraźni do dalekich, baśniowych krain, gdzie rzewny śpiew Kopciuszka i Czerwonego Kapturka nierozerwalnie łączył się z trzaskami i szumami odtwarzanej płyty.

Płyty odtwarzałam też jeszcze niedawno na znacznie nowszym już gramofonie, ale trzaski zagłuszały najstraszliwsze nawet pokrzykiwania zbójców.

Moje córki również uwielbiają te muzyczne słuchowiska, wznowione na szczęście na płytach CD przez wydawnictwo Bajki–Grajki. Płyty stają się wręcz niezastąpione w czasie choroby czy przymusowego unieruchomienia na kanapie, którego od kilku dni doświadcza właśnie moja młodsza córka. Szyta niedawno noga, może goić się spokojnie, gdy jej właścicielka przenosi się myślami do indiańskiej krainy prerii. Płyta z historią „Wielkiej Niedźwiedzicy” została właśnie odtworzona po raz trzeci, mimo, że kuszą jeszcze kolejne okładki z zapowiedzią niezwykłych historii.

Wielka Niedźwiedzica - legenda indiańska

Kilka dni temu przybyły do naszego sklepu Pikinini, kartony z kilkudziesięcioma tytułami bajek muzycznych.

 

Słuchanie płyt umila nam też prace plastyczne. W czasie rekonwalesnecji powstały m.in. wyszyta fastrygą myszka i fantastyczne patyczaki.

Patyczak w wykonaniu zespołu Pikinini

Koniec lutego to czas kiedy przycina się drzewa. W naszym ogrodzie, były to stare śliwy, które dostarczyły nam mnóstwo gałęzi – budulca potrzebnego do wykonania stworków. Pomysł zaczerpnęłyśmy ze starego numeru „Misia”:

Jak zrobić patyczaki1

Jak zrobić patyczaki2

A na wygląd kolejnych patyczaków, wpływa również – jak zauważyłam – tematyka muzycznych bajek, słuchanych w czasie twórczej pracy:–)

/

Poznań, luty 1945

23.02.2010

 

W lutym moi rodzice obchodzą swoje urodziny. W lutym 1945 roku, również powinni mieć swoje święto. Moja mama kończyła roczek, a tato 5 lat.

W Poznaniu, w którym wtedy mieszkali, trwały walki o zdobycie miasta. Walczono o każdą ulicę, Wehrmacht, pod naporem wojsk radzieckich, wycofywał się w kierunku Cytadeli Poznańskiej. Stała się ona ostatnim punktem oporu kilkudziesięciotysięcznej armii niemieckiej, a jej obrona miała opóźnić ofensywę radziecką na zachód. Cytadelę zdobyto po pięciodniowym szturmie, 23 lutego 1945 roku.

Cytadela Pznańska 1945

Cytadela Poznańska w 1945 roku – Odkrywca.pl

 

Podczas walk w Poznaniu, zrujnowanych zostało ok. 55 procent budynków, w centrum miasta – 75 procent, zginęło wielu żołnierzy i ludności cywilnej.

Mieszkańcy Poznania starali się przetrwać. Nikt nie myślał o urodzinowych tortach. Brakowało prądu, wody i jedzenia. Moja mama była zbyt mała by pamiętać ucieczkę swojej rodziny do schronu, gdy w kamienicę na Jeżycach uderzyła bomba. Ostatni do schronu dotarł dziadek, który kończył jeszcze smażenie mięsa i uciekał z gorącą patelnią. Wodę racjonowano łyżeczką.

 

Mój tata, który 20 lutego kończył 5 lat, pamięta wszechogarniający strach, którego wtedy doświadczał. Kamienica przy Wałach Królowej Jadwigi, w której mieszkała moja rodzina, znalazła się na szlaku nacierających na cytadelę wojsk. Najpierw byli to żołnierze Wehrmachtu, którzy uciekając dalej, pozostawili, ukrytym w piwnicznym schronie Polakom, swoje konserwy. Jeden z nich, zginął zastrzelony w oknie naszego mieszkania. Pochowano go pod gruszą rosnącą na podwórzu.

Później nadeszli Rosjanie, siłą werbujący mężczyzn do szturmu na cytadelę. Mojego tatę, radziecki oficer nakarmił plackiem i kiełbasą. Była to później jego ulubiona mieszanka smakowa:)

Kamienica Poznań, Królowej Jadwigi 1945

Nasza kamienica, tuż po wojnie – Odkrywca.pl

 

Wodę i kupowaną od Rosjan żywność, zdobywano pod ostrzałem kul, waliły się ściany naszej kamienicy, na ulicach leżały trupy.

Królowej Jadwigi / Półwiejska 1945

Nasza ulica w 1945 roku – Odkrywca.pl

 

W niedzielę, świętowaliśmy kolejne urodziny rodziców i słuchaliśmy ich wspomnień.

vv

Baśń zimowa?

30.01.2010

 

Dzisiejszy dzień, jak każdą zimową sobotę, rozpoczęłyśmy o 8 rano, na naszym swarzędzkim lodowisku. Znów jeździłyśmy same, jedynie w towarzystwie instruktora – emerytowanego hokeisty – pana Kazia. Pan Kazimierz czeka w sobotnie poranki na wszystkie miejscowe dzieci, ale one są chyba o tej porze pogrążone jeszcze we śnie. Nam to o oczywiście nie przeszkadza, bo korzystamy dzięki temu z lekcji indywidualnych:–)

 

Wracając do domu, rozmawiałyśmy o tym jak cieszymy się z naszego lodowiska, a moja młodsza córka żałowała bardzo, dzieci z dawnych czasów, które jeździły na jeziorze i „wpadały w przeręble”.

Nie wszystkie jednak dzieci miały przecież nawet okazję w ten sposób korzystać z uroków zimy. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku, a w niektórych wioskach nawet dłużej, jedynym ubraniem wiejskiego dziecka, – niezależnie od pory roku – była lniana, szyta w domu, koszula. W ubogich rodzinach, dzieci miały najczęściej tylko po jednej. Skórzane buty były wtedy na wsi luksusem. Niekiedy zakładano drewniaki lub łapcie z łyka, ale najczęściej dzieci biegały po prostu boso. Trudno się więc dziwić, że zimą  nie wychodziły z domów.

 

Obejrzałyśmy z dziewczynkami kilka obrazów tematycznych, a przy przeglądaniu albumów zatrzymałyśmy się na dłużej przy Witoldzie Wojtkiewiczu.

Jego „Baśń zimowa”, namalowana w 1908 roku, nie przedstawia jednak rodzajowego obrazka z życia wiejskich dzieci. Na tle zimowego pejzażu, rozgrywa się tu tajemnicza scena. Dwa białe pajace siedzące na białym i czarnym króliku rozgrywają rycerski turniej, któremu przyglądają się siedzące na śniegu dzieci, o obojętnych, zasmuconych twarzyczkach. Wokół zgromadziły się też inne pajace – nieruchome i nie zainteresowane wynikiem walki.

Witold Wojtkiewicz - Baśń zimowa (Turniej)

Dlaczego dzieci siedzą na śniegu?

Moja starsza córka uważa, że wyszły się pobawić i przestraszyły je nagle ożywione pajace. Jej młodsza siostra, myśli, że dzieci zostały wypędzone z domu, a pajace to przemienione elfy, które chcą im pomóc i zabawić jazdą na królikach.

 

Scena jest nierzeczywista, i mimo pewnego komizmu, przepełniona dojmującym smutkiem.

Obraz powstał na rok przed śmiercią młodego, zaledwie 30–sto letniego artysty, który chorując na serce, już od dawna przeczuwał swoją śmierć.

Zadumane, posmutniałe dzieci, które malował, też wydają się wiedzieć i widzieć więcej. Pogrążone w świecie własnych myśli i fantastycznych wizji, wydają się często podobne starcom, których czas na ziemi powoli już się kończy. Ograniczone własną słabością, nieprzystępnością świata dorosłych, widzą realizację swych marzeń w zabawie ożywionych kukiełek.

Obraz pociąga nostalgicznym, melancholijnym nastrojem, który potęgowany przez białe, zgaszone barwy, kojarzy się też trochę z krajobrazem widocznym dzisiaj za naszym oknem. W ogrodzie szaleje prawdziwa zamieć, śnieg wydaje się zasypywać powoli nawet małe drzewka. Niedługo zacznie się zmierzch, usiądziemy przy kominku, poczytamy baśnie, a za oknem może przemaszeruje w tym czasie gromadka białych pajaców?

 

Witold Wojtkiewicz „Baśń zimowa” („Turniej”, „Walka”, „Dzieci i pajace”), 1908, z cyklu: Z dziecięcych póz VI