Archiwum kategorii 'Historia dzieciństwa'

Patyczaki w towarzystwie Wielkiej Niedźwiedzicy

03.03.2010

 

W pokoju, który jako dziecko dzieliłam z siostrą, stało ogromne radio, włączane zazwyczaj o 6 rano, godzinie naszej pobudki. Schowana pod ciepłą kołdrą, zastanawiałam się kto w Polsce wyskakuje właśnie z łóżka, by otworzyć okno i raźno gimnastykować się wg wskazówek rześkiego spikera.

Wolałam wieczorny Supełek, którego słuchałam raczej tylko w chorobie, gdy nie mogłam biegać po podwórku. Otaczałam się lalkami, ssałam chlorochinaldin na ból gardła i stwierdzałam, że chorowanie nie jest wcale takie złe. Najokropniejsze z tabletek można było niepostrzeżenie wrzucić za tapczan, a na stoliku, oprócz stosu książek, leżały też płyty z bajkami: Kopciuszkiem, Śpiącą Królewną, Jasiem i Małgosią, Ali Babą.

stare płyty winylowe dla dzieci

Płyty odtwarzałyśmy na adapterze, który znajdował się pod unoszoną pokrywą radia.

Plejada najlepszych polskich aktorów pomagała mi przenosić się w wyobraźni do dalekich, baśniowych krain, gdzie rzewny śpiew Kopciuszka i Czerwonego Kapturka nierozerwalnie łączył się z trzaskami i szumami odtwarzanej płyty.

Płyty odtwarzałam też jeszcze niedawno na znacznie nowszym już gramofonie, ale trzaski zagłuszały najstraszliwsze nawet pokrzykiwania zbójców.

Moje córki również uwielbiają te muzyczne słuchowiska, wznowione na szczęście na płytach CD przez wydawnictwo Bajki–Grajki. Płyty stają się wręcz niezastąpione w czasie choroby czy przymusowego unieruchomienia na kanapie, którego od kilku dni doświadcza właśnie moja młodsza córka. Szyta niedawno noga, może goić się spokojnie, gdy jej właścicielka przenosi się myślami do indiańskiej krainy prerii. Płyta z historią „Wielkiej Niedźwiedzicy” została właśnie odtworzona po raz trzeci, mimo, że kuszą jeszcze kolejne okładki z zapowiedzią niezwykłych historii.

Wielka Niedźwiedzica - legenda indiańska

Kilka dni temu przybyły do naszego sklepu Pikinini, kartony z kilkudziesięcioma tytułami bajek muzycznych.

 

Słuchanie płyt umila nam też prace plastyczne. W czasie rekonwalesnecji powstały m.in. wyszyta fastrygą myszka i fantastyczne patyczaki.

Patyczak w wykonaniu zespołu Pikinini

Koniec lutego to czas kiedy przycina się drzewa. W naszym ogrodzie, były to stare śliwy, które dostarczyły nam mnóstwo gałęzi – budulca potrzebnego do wykonania stworków. Pomysł zaczerpnęłyśmy ze starego numeru „Misia”:

Jak zrobić patyczaki1

Jak zrobić patyczaki2

A na wygląd kolejnych patyczaków, wpływa również – jak zauważyłam – tematyka muzycznych bajek, słuchanych w czasie twórczej pracy:–)

/

Poznań, luty 1945

23.02.2010

 

W lutym moi rodzice obchodzą swoje urodziny. W lutym 1945 roku, również powinni mieć swoje święto. Moja mama kończyła roczek, a tato 5 lat.

W Poznaniu, w którym wtedy mieszkali, trwały walki o zdobycie miasta. Walczono o każdą ulicę, Wehrmacht, pod naporem wojsk radzieckich, wycofywał się w kierunku Cytadeli Poznańskiej. Stała się ona ostatnim punktem oporu kilkudziesięciotysięcznej armii niemieckiej, a jej obrona miała opóźnić ofensywę radziecką na zachód. Cytadelę zdobyto po pięciodniowym szturmie, 23 lutego 1945 roku.

Cytadela Pznańska 1945

Cytadela Poznańska w 1945 roku – Odkrywca.pl

 

Podczas walk w Poznaniu, zrujnowanych zostało ok. 55 procent budynków, w centrum miasta – 75 procent, zginęło wielu żołnierzy i ludności cywilnej.

Mieszkańcy Poznania starali się przetrwać. Nikt nie myślał o urodzinowych tortach. Brakowało prądu, wody i jedzenia. Moja mama była zbyt mała by pamiętać ucieczkę swojej rodziny do schronu, gdy w kamienicę na Jeżycach uderzyła bomba. Ostatni do schronu dotarł dziadek, który kończył jeszcze smażenie mięsa i uciekał z gorącą patelnią. Wodę racjonowano łyżeczką.

 

Mój tata, który 20 lutego kończył 5 lat, pamięta wszechogarniający strach, którego wtedy doświadczał. Kamienica przy Wałach Królowej Jadwigi, w której mieszkała moja rodzina, znalazła się na szlaku nacierających na cytadelę wojsk. Najpierw byli to żołnierze Wehrmachtu, którzy uciekając dalej, pozostawili, ukrytym w piwnicznym schronie Polakom, swoje konserwy. Jeden z nich, zginął zastrzelony w oknie naszego mieszkania. Pochowano go pod gruszą rosnącą na podwórzu.

Później nadeszli Rosjanie, siłą werbujący mężczyzn do szturmu na cytadelę. Mojego tatę, radziecki oficer nakarmił plackiem i kiełbasą. Była to później jego ulubiona mieszanka smakowa:)

Kamienica Poznań, Królowej Jadwigi 1945

Nasza kamienica, tuż po wojnie – Odkrywca.pl

 

Wodę i kupowaną od Rosjan żywność, zdobywano pod ostrzałem kul, waliły się ściany naszej kamienicy, na ulicach leżały trupy.

Królowej Jadwigi / Półwiejska 1945

Nasza ulica w 1945 roku – Odkrywca.pl

 

W niedzielę, świętowaliśmy kolejne urodziny rodziców i słuchaliśmy ich wspomnień.

vv

Baśń zimowa?

30.01.2010

 

Dzisiejszy dzień, jak każdą zimową sobotę, rozpoczęłyśmy o 8 rano, na naszym swarzędzkim lodowisku. Znów jeździłyśmy same, jedynie w towarzystwie instruktora – emerytowanego hokeisty – pana Kazia. Pan Kazimierz czeka w sobotnie poranki na wszystkie miejscowe dzieci, ale one są chyba o tej porze pogrążone jeszcze we śnie. Nam to o oczywiście nie przeszkadza, bo korzystamy dzięki temu z lekcji indywidualnych:–)

 

Wracając do domu, rozmawiałyśmy o tym jak cieszymy się z naszego lodowiska, a moja młodsza córka żałowała bardzo, dzieci z dawnych czasów, które jeździły na jeziorze i „wpadały w przeręble”.

Nie wszystkie jednak dzieci miały przecież nawet okazję w ten sposób korzystać z uroków zimy. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku, a w niektórych wioskach nawet dłużej, jedynym ubraniem wiejskiego dziecka, – niezależnie od pory roku – była lniana, szyta w domu, koszula. W ubogich rodzinach, dzieci miały najczęściej tylko po jednej. Skórzane buty były wtedy na wsi luksusem. Niekiedy zakładano drewniaki lub łapcie z łyka, ale najczęściej dzieci biegały po prostu boso. Trudno się więc dziwić, że zimą  nie wychodziły z domów.

 

Obejrzałyśmy z dziewczynkami kilka obrazów tematycznych, a przy przeglądaniu albumów zatrzymałyśmy się na dłużej przy Witoldzie Wojtkiewiczu.

Jego „Baśń zimowa”, namalowana w 1908 roku, nie przedstawia jednak rodzajowego obrazka z życia wiejskich dzieci. Na tle zimowego pejzażu, rozgrywa się tu tajemnicza scena. Dwa białe pajace siedzące na białym i czarnym króliku rozgrywają rycerski turniej, któremu przyglądają się siedzące na śniegu dzieci, o obojętnych, zasmuconych twarzyczkach. Wokół zgromadziły się też inne pajace – nieruchome i nie zainteresowane wynikiem walki.

Witold Wojtkiewicz - Baśń zimowa (Turniej)

Dlaczego dzieci siedzą na śniegu?

Moja starsza córka uważa, że wyszły się pobawić i przestraszyły je nagle ożywione pajace. Jej młodsza siostra, myśli, że dzieci zostały wypędzone z domu, a pajace to przemienione elfy, które chcą im pomóc i zabawić jazdą na królikach.

 

Scena jest nierzeczywista, i mimo pewnego komizmu, przepełniona dojmującym smutkiem.

Obraz powstał na rok przed śmiercią młodego, zaledwie 30–sto letniego artysty, który chorując na serce, już od dawna przeczuwał swoją śmierć.

Zadumane, posmutniałe dzieci, które malował, też wydają się wiedzieć i widzieć więcej. Pogrążone w świecie własnych myśli i fantastycznych wizji, wydają się często podobne starcom, których czas na ziemi powoli już się kończy. Ograniczone własną słabością, nieprzystępnością świata dorosłych, widzą realizację swych marzeń w zabawie ożywionych kukiełek.

Obraz pociąga nostalgicznym, melancholijnym nastrojem, który potęgowany przez białe, zgaszone barwy, kojarzy się też trochę z krajobrazem widocznym dzisiaj za naszym oknem. W ogrodzie szaleje prawdziwa zamieć, śnieg wydaje się zasypywać powoli nawet małe drzewka. Niedługo zacznie się zmierzch, usiądziemy przy kominku, poczytamy baśnie, a za oknem może przemaszeruje w tym czasie gromadka białych pajaców?

 

Witold Wojtkiewicz „Baśń zimowa” („Turniej”, „Walka”, „Dzieci i pajace”), 1908, z cyklu: Z dziecięcych póz VI

Z górki na pazurki

19.01.2010

 

„A tam na placu najsprytniejsi chłopcy przywiązywali często swoje saneczki do chłopskiego wozu i jechali sobie kawał drogi za nim. Było bardzo wesoło. Gdy tak w najlepsze się bawili, nadjechały duże sanie. Calusieńkie pomalowane były na biało i siedział w nich ktoś otulony w białe futro i w białej futrzanej czapce; sanie dwukrotnie objechały plac, a Kaj błyskawicznie przywiązał do nich swoje saneczki, i już jechał za nimi (…) jego mały pojazd był na uwięzi i pędził z szybkością wiatru. Wtedy Kaj głośno zawołał, ale nikt go nie usłyszał, a śnieg sypał i sanie pędziły dalej. Od czasu do czasu podskakiwały, aż Kajowi zdawało się, że pokonuje rowy i ogrodzenia. Przestraszył się na serio, chciał odmówić Ojcze nasz, ale pamiętał tylko tabliczkę mnożenia.”

Królowa Śniegu il. Szancer

Zwykła zabawa na sankach, stała się dla Kaja początkiem nieprzewidzianej i niebezpiecznej przygody, która pomogła mu jednak ostatecznie szczęśliwie dorosnąć.

Pęd wielkich sań kusi małego chłopca, skusił też kiedyś małą Lisabet z opowieści Astrid Lindgren „Patrz, Madika pada śnieg!”

"Patrz Madika, pada śnieg"

Uczepiona sań, trafia do zasypanego śniegiem lasu, skąd nie ma siły wrócić do domu.

Oj tak, lepiej nie przyczepiać swoich saneczek do niczyich sań:–)

Zdecydowanie przyjemniej byłoby pomknąć zimą psim zaprzęgiem, co zdarzyło nam się do tej pory popróbować tylko latem. Nasze znajome psy, przygotowują się jednak właśnie do odbycia 500 kilometrowej wyprawy wokół arktycznego jeziora Inari w Finlandii. Nie ośmielamy się więc teraz przeszkadzać im w treningach. Będziemy kibicować i śledzić relacje z tej niesamowitej wyprawy.

Psy z Syberiada Adventure

http://www.syberiada-adventure.blogspot.com/

 

Nam pozostaje zjeżdżanie na sankach:–) Mieszkamy przy spokojnej ulicy, która zimą zamienia się w idealną do zjazdu trasę, zwłaszcza, że żadne zabłąkane auto nie jest w stanie nią podjechać. Nie jest to, co prawda Bullerbyn, gdzie „pagórki są najlepszymi, jakie można sobie wymarzyć do jazdy na saneczkach” i urządzania długodystansowych wyścigów, ale dla dziewczynek nasza górka jest w sam raz. Młodsza uwielbia zwłaszcza zjeżdżanie razem z tatą…

Na sankach z tatą

Nie podobało się to chyba jednak naszym sankom, które nie wytrzymały tylu lat intensywnego użytkowania i dodatkowego obciążenia;–)

złamane sanki

Trudno mi będzie rozstać się z nimi. Służyły moim dzieciom, ale przede wszystkim mi i mojej siostrze odkąd pamiętam. Są jeszcze podpisane naszymi imionami.

nasze sanki

Woziły nas kiedy za sznurek musieli ciągnąć nasi rodzice…

na sankach z mamą

…i później kiedy przyszło im wytrzymywać nasze samodzielne, szaleńcze zjazdy z kolegami. Niedawno stanęłam na szczycie góry z której kiedyś zjeżdżaliśmy i nie mogłam pojąć skąd miałam wtedy na to odwagę i jak wytrzymały to nasze sanki, kończyny i głowy.

Nasze zimowe zjazdy trwały nieraz godzinami, a ponieważ działo się to – jak widać na zdjęciu – w odległych czasach, w których nieznano jeszcze polaru i goretexu, powrót do domu wiązał się zawsze z rozgrzewaniem zmarzniętych stóp w gorącej wodzie i suszeniem mokrych butów za pomocą wkładanej w nie gazety. Zaczynam doceniać jak wygodne buty i ubrania możemy teraz nosić, ale co dziwne, znacznie mniej czasu spędzamy na zewnątrz.

 

Jazda na sankach to jedna z najstarszych i najprostszych dziecięcych zabaw. By zjechać z ośnieżonej górki nie potrzeba przecież prawdziwych sań. Dzieci zjeżdżały nawet na workach z grochem lub na zwyczajnej desce, jak widać na poniższej XIX–wiecznej rycinie.

"Kłosy" 1879

“Kłosy” 1879

 

Nam przyjdzie pewnie kupić nowe sanki. Dopiero teraz dostrzegam jak wiele nowych modeli pojawiło się w sklepach. Nawet nasza ulubiona Mama Mu, jeździ, wraz z Panem Wroną, ciekawym, sterowanym kierownicą pojazdem;–)

Mama Mu na sankach

Żaden z nich nie umywa się jednak do magicznych sanek z filmu Andrzeja Maleszki.

"Magiczne drzewo", odc. "Drewniany pies" kadr z filmu

Żywimy cichą nadzieję, że drewno ze starego dębu, powalonego przez burzę w niedalekiej dolinie Warty – magiczne drzewo z którego pan Maleszka wyczarował swoje czarodziejskie opowieści – nie zostało jeszcze do końca wykorzystane.

Pluszowy miś

21.11.2009

 

25 listopada to Dzień Pluszowego Misia. Z tej okazji zespół Bajecznej Fabryki przygotował misiowy konkurs.

baner

Dziewczynki – aktywne ilustratorki powstających w fabryce bajek – od rana zaczęły przygotowywać swoje prace, które wezmą udział w losowaniu nagrody, jaką jest oczywiście pluszowy miś.

Starsza wyhaftowała obrazek…

haft z pluszowym misiem

…a młodsza posłużyła się różnymi technikami, tworząc dzieła bliższe raczej współczesnej sztuce awangardowej niż klasycznym pierwowzorom;)

miś z plasteliny

 

misie

Co ciekawe, moje córki najgorętszym uczuciem darzą zupełnie inne, niezastąpione latami pluszaki: krecika i królika.

Jednak kiedy dziewczynki nocują u swojej cioci, towarzyszem ich snu jest wtedy pluszowy miś – wierny, wieloletni towarzysz mojej siostry. Piotruś (to jego imię) ma wyhaftowane na uszach inicjały swojej pani. Tak oznaczyła go nasza mama, gdy moja siedmioletnia siostra wyjeżdżała wraz z misiem na dwumiesięczny pobyt w sanatorium.

Piotruś

Piotruś z kotem

Mój miś miał na imię Kubuś. Został kupiony przez mamę podczas jednego z pierwszych spacerów z wózkiem w którym leżałam. Niestety jego los nie był tak szczęśliwy jak Piotrusia. Któregoś dnia zapomniałam zabrać go z domu babci, pozostawiając przy piecu w którym palił się ogień. Babcia widząc wymizerowaną już, przybrudzoną zabawkę, użyła jej niestety do ogrzania domu. Fakt ten był długo przede mną tajony, ale po latach odkryłam niestety straszną prawdę.

 

Nie pamiętam już jak wyglądał Kubuś, ale kiedy w Edynburgu w Museum of Childhood zobaczyłam misia z 1906 roku, wydawało mi się że mój stary przyjaciel był podobny właśnie do niego:)

Miś z 1906 roku - Museum of Childhood w Edynburgu

Pluszowe misie spotkałam też w przedszkolu. Nie sądzę by któryś z nich jeszcze istniał. Ciężko pracowały, targane za uszy przez rzesze dzieci. Były całkiem duże i towarzyszyły nam zawsze w czasie grupowych zdjęć. Z jednym z nich, czuję szczególną więź. Podobnie jak ja musiał założyć na głowę żołnierską czapkę;)

Miś w przedszkolu

Dzieciństwo w starożytnym Egipcie

17.10.2009

 

Ostatnio znów rozmawiałyśmy o życiu w Egipcie. Zadaniem domowym mojej córki było odtworzenie na rysunku wyglądu egipskiego holu. Dzieci z jej grupy miały narysować inne pomieszczenia w domu egipskim.

Podręcznik do historii pełen jest kolorowych zdjęć i ciekawych opisów, ale była okazja skorzystać i z innych książek stojących na naszych domowych półkach.

Poczytałyśmy o codziennym życiu Egipcjan w tak odległym już dla nas świecie, a dziewczynki przypomniały sobie swoje wizyty w poznańskim Muzeum Archeologicznym ze stałą wystawą egipską, przymierzanie egipskiej peruki w czasie weekendu egipskiego w Biskupinie, przygody Asterixa i Obelixa w kraju faraonów czy udział w warsztatach archeologicznych gdzie owijały bandażem swoje maskotki, zamieniając je czasowo w małe mumie.

Prawie jak w Egipcie

Rozmawiając o Egipcie, nie sposób bowiem nie myśleć o śmierci. To właśnie z malowideł, reliefów, rzeźb i przedmiotów znalezionych w świątyniach, ale głównie w grobowcach, czerpiemy wiedzę o tej fascynującej cywilizacji. Jednocześnie jednak znaczące jest, jak wiele ze swej codzienności, starożytni chcieli zabrać ze sobą w zaświaty.

Ich życie było zazwyczaj bardzo krótkie, trwało ok. 30-40 lat. 1/3 dzieci umierała przed ukończeniem 1 roku, połowa zanim ukończyła 5 lat.

Życie toczyło się wolniej, wyznaczane rytmem pracy i świąt religijnych, choć cykl życia, był z naszego punktu widzenia niejako przyspieszony. Dzieciństwo nie trwało długo. 10 -14-latki uznawano już za dorosłe osoby. Przejmowały wtedy obowiązki zawodowe swoich rodziców, niezależnie od tego czy byli oni rolnikami czy władcami.

Poniższe figurka to wizerunek faraona Pepi II z matką. Został władcą w wieku 6 lat.

Figurka faraona Pepi II z matką

Tutanchamon miał ok. 10-12 lat gdy został faraonem. Sławę zyskał oczywiście dzięki odnalezieniu jego prawie nietkniętego przez rabusiów grobowca, ale jego krótkie rządy opromienia też sława jego poprzednika Echnatona, którego był zięciem.

Echnaton to jeden z ciekawszych faraonów, wielki reformator religijny, który – nie wnikając w jego pobudki – wprowadzał w Egipcie wiarę w jedynego boga.

Czas jego rządów to również okres niezwykłego odstępstwa od kanonu egipskiej sztuki.

Cywilizacja egipska trwała ponad trzy tysiące lat, a my żyjący w znacznie młodszej kulturze traktujemy ją jako niewielki wycinek ludzkich dziejów o monolitycznej strukturze. Jej formy były jednak rzeczywiście bardzo zachowawcze. Natomiast okres sztuki amarneńskiej związanej z Echnatonem, łączy się z zupełnie odmiennym, swobodnym sposobem przedstawiana królewskiej rodziny i ich intymnych relacji.

Echnaton i Nefertiri z córkami

Z realistycznymi przedstawieniami Echnatona, jego żony Nefertiri i ich sześciu córek łączy się wiele ciekawych teorii. Jakiekolwiek są jednak przyczyny takiego stylu, jest on rzeczywiście bardzo nowatorski, choć widać jak artystom trudno było wyzwolić się z tradycyjnych nawyków przy rzeczywistym przedstawianiu ludzi.

Postacie dzieci nie są już miniaturowymi figurkami dorosłych, mają uwypuklone własne osobiste cechy.

córki Echnatona

W centrum zainteresowania było też piękno przyrody i życie człowieka na ziemi – przedstawiane w podobny, realistyczny sposób – którym warto cieszyć się póki trwa.

Bardzo lubię ten okres w sztuce egipskiej i na przykładach reliefu i malowideł rodziny Echnatona, rozmawiałyśmy o egipskich dzieciach.

Dziecięce zabawy w Egipcie

Dzieci w Egipcie bawiły się drewnianymi łódkami, figurkami wypalanymi z gliny, zabawkami wykonanymi z kości czy kamieni. Egipcjanie wykonywali również drewniane zabawki mechaniczne – krokodyle poruszające szczęką czy figurki ruszające kończynami kiedy pociągało się za sznurek.

Egipskie zabawki

Egipskie dzieci, podobnie jak wszystkie inne na świecie, lubiły bawić się ze zwierzętami. Szczególnie popularne były kolorowe, oswojone dudki.

Rzucano też kamieniami do celu i grano w gry. Bardzo popularną grą, również wśród dorosłych, był senet, który stanowił też standardowe wyposażenie grobowców.

Egipskie gry

Senet

Starożytną sztukę egipską łatwiej dziś poznawać w europejskich muzeach niż w Egipcie, ale mam nadzieję, że i tam uda nam się kiedyś razem wybrać.

Pierwsza książeczka

18.09.2009

 

Konkurs na ulubioną książkę dzieciństwa sprawił, że znów sięgnęłam po stojącą na półce, jedną z moich najważniejszych lektur.

"Na straganie" Jan Brzechwa

„Na straganie” Jana Brzechwy była moją pierwszą książeczką. Czytała mi ją babcia, a w jej kartonowych kartkach wciąż ukrywa się ulotny zapach – chyba farby drukarskiej – którego nie odnalazłam już w żadnej innej książce.

Ja z książką

Wiersz Brzechwy zilustrował Bohdan Butenko i ja;) Jako dziecko rysowałam po wszystkich swoich książkach, co później wzbudzało ogromne oburzenie moich córek. Ze zgrozą oglądały moje pętelki i litery, same bowiem nie narysowały w żadnej ze swoich książek nawet kreseczki.

ilustracje w "Na straganie"

„Na straganie” było też scenariuszem pierwszego przedstawienia teatralnego, które przygotowałam razem z moją małą, chyba dwuletnią wówczas córeczką. Sama dorysowała oczy i buźki wyciętym przeze mnie z kartonu warzywom.

Nasze kukiełki

Już chyba zawsze będę kojarzyła leżące na straganie warzywa z rysunkami Butenki:)

Ala ma kota

04.09.2009

 

Dziewczynki rozpoczęły rok szkolny – w zerówce i w piątej klasie – w nowej dla nich szkole. Poprzednio spędziły kilka lat w placówkach prywatnych, teraz znalazły się w dość dużej szkole publicznej.

Miałyśmy wiele obaw, ale pierwszy strach już za nami. Piątoklasistki przyjęły moją córkę bardzo serdecznie, zwłaszcza, że większość w klasie stanowią chłopcy.

Dziewczynki cieszą się z wielu rzeczy w szkole. Młodsza – z nowego placu zabaw, którego brakowało w przedszkolu…

Szkolny plac zabaw

Starsza – z nowych koleżanek, rozdawanego na przerwach mleka, które uwielbia i dużej sali gimnastycznej.

Szkolne mleko

Obydwie bardzo polubiły świetlicę z miłymi paniami, a także licznymi grami i zabawami, których było zbyt mało w szkole prywatnej.

Myślę, że będzie dobrze, choć sporo wyzwań wciąż przed nami.

W przypadku naszej sześciolatki, czeka nas w tym roku zmaganie z reformą edukacyjną. Nowy program dla klas zerowych nie zakłada nauki czytania i pisania. Dzieci sześcioletnie mają niejako zaprzestać rozwijania swoich umiejętności, pewnie po to by ułatwić start pięciolatkom. Podobnie dzieje się też w pierwszych klasach, gdzie siedmiolatki uczą się z sześciolatkami.

Początkowo martwiłam się trochę, ale zerówkowa wychowawczyni jest, na szczęście, rozsądną osobą, która nie będzie zabraniała dzieciom pisania.

Doszłam też do wniosku, że przecież wiele dzieci – w tym ja sama – nauczyła się płynnie czytać i pisać poza szkołą i zazwyczaj zanim przekroczyła jej próg.

Po polsku nauczyli się pisać również mój dziadek i babcia, którzy chodzili tylko do szkół niemieckich.

Jednocześnie wiele dzieci, które dopiero w szkole poznają litery i czytanie, nie nabywa tej umiejętności latami. W poprzedniej, prywatnej szkole mojej córki, szczycącej się najlepszymi wynikami egzaminacyjnymi w Poznaniu, były dzieci, które po pięciu latach nauki wciąż nie potrafiły czytać. Czy szkoła jest więc rzeczywiście tym miejscem, które motywuje do czytania?

Tegoroczna sytuacja sześciolatków jest przykładem na to, że dzieciom każe oczekiwać się na właściwy moment, który być może zostanie później po prostu przegapiony.

Tak działo się oczywiście również dawniej. Mój dziadek zawiózł do szkoły swoją sześcioletnią córkę z nadzieją na jej wcześniejsze przyjęcie do szkoły. Mimo, że mama potrafiła już przeczytać gazetę, do szkoły jej nie przyjęto.

Ja uczyłam się pisać, kopiując słowa w książkach. To mało chwalebny, ale w moim przypadku bardzo skuteczny sposób. Mam jeszcze książki własnoręcznie porysowane i popisane.

Na straganie

W tomie z wierszami Brzechwy kopiowałam nawet numery stron, przestawiając często cyfry:)

Uczę się zapisywać cyfry

Zanim poszłam do pierwszej klasy przeczytałam już samodzielnie kilka książek i właśnie uczyłam się cyrylicy ze starego rosyjskiego podręcznika ze zdjęciem Lenina na drugiej stronie. Książkę nosiłam w tornistrze do szkoły, czytając czasami w świetlicy historie o Tamarze, schludnej Maszy i jej nieporządnej koleżance Wierze, która nie cerowała swoich pończoch:)

Jednak swój elementarz również bardzo lubiłam. Myślę, że głównie dzięki ilustracjom Grabiańskiego. Uwielbiałam rysunki z Alą szykującą się rano do szkoły i Olą, która żegna mamę udając się SAMA do szkoły, w której spotka się z Alą.

Mój elementarz

Pamiętam też dobrze lekcję z literką „C”, bo wtedy miałam bardzo wysoką gorączkę i mama musiała odebrać mnie ze szkoły.

Swoją starszą córkę nauczyłam czytać metodą Domana, którą wtedy przypadkowo poznałam.

Glenn Doman "Jak nauczyć małe dziecko czytać"

Na całościowe czytanie słów z małym dzieckiem, przeznaczałam codziennie dosłownie kilka minut. W wieku dwóch lat czytała już całkiem sporo słów, co dla mnie samej było dość niesamowite. Nie wiedziałam jak dalej należy postępować, czytałyśmy więc po prostu kolejne książeczki.

Młodszej córki nie uczyłam już w ten sposób. Ją fascynował mój stary elementarz. Myślę, że to przykład na to, jak każdy znajduje swoją własną drogę do wiedzy:)

Wróciłam więc do historii Ali, Asa, Oli i Celi. Przypomniałam sobie szkolne zdziwienie historyjkami, które wydawały mi się dosyć dziwaczne. Bardzo podobne odkryłam później w pierwszym podręczniku mojej starszej córki, w którym występowała również znana mi już Cela:)

Cela z Elementarza

Zmieniają się programy szkolne, metody nauczania, podręczniki i okładki zeszytów…

Rodzinne zeszyty

…ale własnoręczne napisanie pierwszego w życiu zdania, jest chyba dla każdego ogromnym przeżyciem i wielkim powodem do dumy:)

Ala ma kota

Tramwajowa wyprawa do krainy starych zabawek

11.08.2009

 

Jazda tramwajem była dla mnie czymś bardzo zwyczajnym. Jako dziecko, mieszkałam w centrum Poznania, w miejscu gdzie krzyżowało się wiele tramwajowych linii, z których korzystaliśmy na co dzień. Nie myślałam wtedy, że dla moich dzieci tramwajowa przejażdżka będzie kiedyś dużą atrakcją. Planowałyśmy ją od dłuższego czasu i w końcu wykorzystując wakacyjny, wolny od pracy i szkoły dzień wyruszyłyśmy na przystanek.

Zielony wagon „ósemki”, którym przyszło nam podróżować, pamiętał pewnie jeszcze czasy mojego dzieciństwa, ale dzieciom, jazda pełna „szarpnięć” i zgrzytów bardzo się podobała.

Tramwajem...

Młodszą córkę zainteresowało też odbijanie biletów, a starszą ostrzeżenie przed grasującymi kieszonkowcami…

W poznańskim tramwaju

Celem naszej wyprawy była wystawa „Dziecko i dzieciństwo poprzez wieki” w Muzeum Archeologicznym przy Starym Rynku w Poznaniu. Dużym zaskoczeniem była dla mnie interaktywność ekspozycji, zorganizowanie jej pod kątem również dziecięcego odbiorcy.  Dla dzieci wydano też specjalny przewodnik oraz ogłoszono konkurs motywujący do historycznych poszukiwań.

konkurs dla dzieci

Bardzo spodobało mi się wprowadzenie wyczytane w przewodniku:

„…każde pokolenie przejmowało doświadczenia swoich rodziców a następnie żyło własnym życiem, na swój sposób. Urodziłeś się w XXI wieku i też będziesz czyimś przodkiem. Za kilkadziesiąt czy kilkaset lat, zapewne dzieci na wakacje będą latały do innych galaktyk i marzyły o nowym modelu rakiety. Twoje zabawki wydadzą się im wówczas stare.. Nie zmienia to jednak faktu, że dla Ciebie ulubione przedmioty są fantastyczne (…) Zabytki które zgromadziliśmy na wystawie, opowiadają o dzieciach z przeszłości (…), pomyśl, że były świadkami świetnej zabawy.”

Dziewczynki również świetnie bawiły się w czasie zwiedzania. Dla dzieci sporządzono repliki strojów i zabawek, mogły popróbować gry w średniowieczne kręgle i szachy, jazdy na drewnianym koniku, odegrać przedstawienie kukiełkowe, zrobić własną lalkę z gałganków czy odkopać drewniane i gliniane zabawki w piaskownicy.

zabawa na wystawie

Bardzo ciekawe były też, ułożone w gablotach, wykonane przed tysiącami lat zabawki z kłów mamuta, gliniane miniaturki naczyń, średniowieczne próbki pisma na brzozowej korze, trochę późniejsze, porcelanowe lalki…

miniaturowe naczynia i lalki

…miniaturowa zbroja rycerska, zasuszone kwietne wianuszki z dziecięcych grobów, dziecięce podarki chrzestne i ubranka.

konik i miniaturowa zbroja

Wystawa trwa do końca września i bardzo zachęcam do jej obejrzenia!

Po wyjściu z muzeum pospacerowałyśmy jeszcze uliczkami Starego Miasta, kibicowałyśmy naszym ulubionym koziołkom w ich codziennych zmaganiach na ratuszowej wieży i zjadłyśmy obiad odgadując w jakich językach rozmawiają otaczający nas turyści.

Na Starym Rynku, pośród historii, starają się często zabłyszczeć też współcześni twórcy, dlatego zwykle można natknąć się tu na różne, niespodziewane ciekawostki:)

Stary Rynek w Poznaniu

A w drogę powrotną znów wyruszyłyśmy tramwajem…

Stare ogródki działkowe

07.08.2009

 

Dużą część swojego dzieciństwa, spędziłyśmy z siostrą w ogromnym ogrodzie babci. Mieliśmy też jednak jeszcze jeden ogródek, niedaleko naszej kamienicy, usytuowanej przy ruchliwej ulicy Poznania. Właśnie dlatego, rodzice, tuż przed moimi narodzinami nabyli małą działkę w kompleksie Pracowniczych Ogrodów Działkowych „Bielniki”.

Ogródki działkowe Bielniki

Ogródki, bardziej niż wypoczynkowi, służyły wtedy zaopatrzeniu gospodarstw domowych w warzywa i owoce, które później przerabialiśmy na soki, dżemy i kompoty.

Działki, moi rodzice nie mają już od dawna, ale ogródki wciąż istnieją, choć osaczane są coraz bardziej przez zbliżające się bloki. Grządki warzywne zastępowane są przez trawniki, drzewka owocowe przez tuje i iglaki, ale wiele rzeczy pamięta ciągle czasy mojego dzieciństwa.

Furtka

Niedawno wybrałam się tam z dziewczynkami i moją siostrą na wspomnieniową wyprawę, w miejsce, które być może w niedługim czasie zostanie zupełnie pochłonięte przez miasto.

Przeszłyśmy alejką przy której położona była nasza działka. Tu uczyłam się chodzić, a później jeździć na rowerze.

Uczę się chodzić

Nasza działkowa alejka

Wspólny dla wszystkich działkowiczów plac zabaw, pozostał prawie niezmieniony. To niesamowite, że moje córki bawiły się na tych samych co ja huśtawkach, na których – podobnie jak wtedy gdy byłam dzieckiem – łuszczyła się farba.

Huśtawki przeznaczone dla maluchów zniknęły, pozostały tylko te dla starszych dzieci.

Ja na huśtawce

Stare huśtawki

Wymieniono również, spróchniałe pewnie drewniane głowy koni na wahadłowych huśtawkach, na metalowe obręcze.

Huśtawka i ja

Huśtawki

Karuzela

Zanim pozwolono nam bawić się na tym placu zabaw, musiałyśmy wcześniej wypielić jakąś grządkę lub narwać wiaderko owoców. Najmniej lubiłam zbierać czarne porzeczki, których owoce bardzo powoli zapełniały nasze koszyki.

Czarne porzeczki

Opowiadałyśmy o tym dziewczynkom,  które później, w ogrodzie mojej siostry, również mogły wykazać się cierpliwością przy zbiorze porzeczek na popołudniowy deser.

Zbieramy czarne porzeczki

Porzeczkowe zbiory