Archiwum kategorii 'Historia dzieciństwa'

O polskich dzieciach w Kazachstanie i w Indiach

07.01.2012

 

Na początku II wojny światowej, z terenów Polski zajętych przez Związek Radziecki, wywieziono w głąb Rosji tysiące Polaków. Wśród nich była ogromna liczba dzieci. Takich jak dwunastoletnia Basia i jej bracia – dziesięcioletni Adaś i dwuletni Jędruś.

W nędzy, ciężko pracując w skrajnych warunkach klimatycznych na stepach Kazachstanu, przeżyli sześć lat. Nie wszystkim się to udało. Umarł Jędruś, zginęła ogromna ilość ludzi, których pokonały głód, choroby i mróz. Dzieci ciężko pracowały, ale też przeżywały wesołe chwile, tak jak Jędruś, który bawił się wycinanymi z papieru – przez starszą siostrę – laleczkami.

Niedawno skończyłyśmy czytać z dziewczynkami, książkę Barbary Piotrowskiej – Dubik „Laleczki z papieru”. Dorosła już Basia spisała swoje wspomnienia w książce „Kwiaty na stepie”, a „Laleczki z papieru” są wersją przeznaczoną dla dzieci.

Laleczki z papieru

Przedstawioną w krótkich rozdziałach historię dramatycznego dzieciństwa, czyta się ze wzruszeniem i z niedowierzaniem. W opowieściach małej dziewczynki o egzotycznych mieszkańcach stepów, o przyrodzie, groźnych burzach śnieżnych uderza najbardziej wspomnienie silnej miłości łączącej jej rodzinę, pomocy doświadczanej od innych ludzi, wiary w dobro i Opatrzność.

 

Wiele napisano o holokauście i dzieciństwie pod niemiecką okupacją. Znacznie mniej znam książek opisujących doświadczenie wojenne polskich dzieci na wschodzie. Tysiące ich historii było przecież niezwykłych, jedynych w indywidualnym wymiarze tragedii, ale wspólnych całemu pokoleniu.

 

Kiedy w 1941 roku możliwe stało się stworzenie w ZSRR polskiej armii i ewakuacja polskich dzieci, mama Basi nie zdecydowała się na wyjazd z chorym dzieckiem z Kazachstanu. Wrócili do Polski po wojnie.

 

Tymczasem, na południu Rosji gromadzili się wysiedleńcy, zesłańcy z kołchozów i obozów, zebrane z sierocińców dzieci, które trzeba było wywieźć i zadbać o ich los. W tym momencie, w życiu wielu z nich, pojawił się indyjski maharadża Jam Saheb Digvijaysinhji. Na jego niezwykłą historię natknęłam się niedawno i przypadkowo, w książce Jarosława Kreta „Moje Indie”:

 

(…) „Maharadża Dżam Saheb oświadczył, że jest gotów przyjąć w swoim księstwie tysiąc polskich sierot!

W wiosce Balacadi (…) stolicy księstwa Nawanagar, rozpoczął budowę osiedla dla tysiąca dzieci. Zbudował tu internat, szkołę, przedszkole, kaplicę, szpital, ambulatorium, skład apteczny, warsztaty, pralnie, magazyny, garaże. 12 marca 1942 roku z Aszchabadu do Indii wyruszył transport około dwustu polskich sierot. Do końca roku kolejne transporty morskie i lądowe dowiozły do Balacadi około tysiąca polskich dzieci.

Maharadża Jam Saheb Digvijaysinhji i polskie dzieci

Kolejne cztery lata tysiąc polskich uśmiechów rozświetlało Balacadi i okolicę. Królewskie pałace maharadży Nawanagaru wypełniał szczebiot, śpiew i śmiech polskich dzieci.

Polskie dzieci u maharadży

źródło: outlookindia.com

 

W 1945 roku rozpoczął się powolny proces szukania rodzin zastępczych oraz rozsyłania dzieci i sierot do Anglii, Kanady, USA, Nowej Zelandii i Australii. Rok później nowe władze w ludowej ojczyźnie, która spod jednej okupacji dostała się pod drugą, upomniały się o „porwane przez Brytyjczyków” polskie dzieci z Balacadi. Dlaczego tak nagle zaczęło im zależeć na pokaźnej grupie sierot przegnanych przez surowe odludzie Syberii, nieprzebyte stepy Kazachstanu i suche bezdroża Zakaukazia? (…) W 1946 roku, w obliczu przymusowej deportacji do Polski ponad dwustu sierot, które pozostały jeszcze w ośrodku w Balacadi, komendant obozu ksiądz Franciszek Pluta, brytyjski oficer Geoffrey Clarke i oczywiście maharadża Dżam Saheb Digvijaysinhji, dokonali zbiorowej adopcji sierot, by spojnie szukać dla nich rodzin zastępczych.

W listopadzie tego roku ostatnia grupa dzieci, odprowadzana na dworzec przez samego maharadżę, opuściła Balacadi i pojechała do osiedla Valivade koło Kolhapuru. Tu, pod skrzydłami innego maharadży, obozowała inna grupa polskich uchodźców z ZSRR. Była wśród nich Hanka Ordonówna, był też Jerzy Krzysztoń (…) Oboje opisali wspomnienia ze swojej tułaczki, ale to historia na inną opowieść”.

 

No właśnie, obie książki zamierzam wkrótce przeczytać. A może znacie jeszcze jakieś inne wspomnienia „tułaczych dzieci”?

 

Barbara Piotrowska – Dubik „Laleczki z papieru”, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu

/

Dziewczynka w zielonym sweterku

11.12.2011

 

Już wkrótce, na ekrany kin wejdzie film Agnieszki Holland „W ciemności”, opowiadający historię uratowanej żydowskiej rodziny, ukrywającej się w czasie wojny w lwowskich kanałach. Scenariusz oparto głównie na powieści Roberta Marshalla opisującej te wydarzenia, a zainteresowanie reżyserki koncentruje się na kontrowersyjnej postaci Leopolda Sochy, który pracując jako kanalarz, ocalił życie grupie Żydów.

 

Filmu jeszcze nie widziałam, ale mogę polecić lekturę wspomnień małej bohaterki tej niesamowitej historii. Dorosła już Krystyna Chiger, zawarła je w książce „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Mała Krzysia opowiada nam w niej o swoim dzieciństwie. Tym najwcześniejszym, w bogatym kupieckim domu przedwojennego Lwowa, później w mieście pod okupacją sowiecką, niemiecką, o roku spędzonym w kanałach, krótko o radzieckim „wyzwoleniu” i przenosinach do Krakowa. Niesamowity jest fakt, że wojnę udało się przetrwać całej rodzinie Krzysi – rodzicom z dwójką małych (urodzonych w 1935 i 1939) dzieci. Przeżyli jako jedyna rodzina wśród garstki ocalałych, ze 150-cio tysięcznej, żydowskiej społeczności Lwowa. Ocaleli dzięki wielomiesięcznej opiece miejskiego kanalarza i złodzieja, ale też dzięki wielu innym okolicznościom – bogactwu, szczęśliwym zbiegom okoliczności, pomocy innych, niezwykłości bezszelestnego zachowania się dzieci, ukrywanych w ciasnych skrytkach budowanych dla nich przez ojca. Dla mnie bardzo budująca jest postawa rodziców, konsekwentnie i wytrwale, dzień po dniu, przez wiele wojennych lat, pracujących nad ocaleniem całej rodziny, również moralnym czyli nie za wszelką cenę. W zderzeniu z masową, rozpaczliwą walką o przetrwanie, w której przewagę biorą czasem najgorsze ludzkie instynkty, historia Chigerów tchnie prawdziwym optymizmem. Opowiadana jest zresztą w bardzo ciepły, prosty sposób przez małą dziewczynkę i dzięki temu spojrzeniu, lekturę mogłam również bez przeszkód podsunąć do czytania mojej 13-letniej córce. Książkę polecamy więc obydwie!

 Dziewczynka w zielonym sweterku

Krystyna Chiger, Daniel Paisner „Dziewczynka w zielonym sweterku”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011

/

Wycieczka do wielkopolskiego dworku

04.12.2011

 

Co jakiś czas wracam do lektury książki Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej „Marianna i róże”. Napisana została w formie pamiętnika, na podstawie przechowywanych w starym kufrze pamiątek rodziny Jasieckich – listów, zapisków, gazet, fotografii, spisów wypraw ślubnych…Codzienne życie wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej na przełomie XIX i XX wieku zostało tu niezwykle ciepło i ciekawie opisane. Wychowanie siedmiorga dzieci w polskiej tradycji patriotycznej, rodzinne zjazdy, zarządzanie dworskim majątkiem, wyprawy do Poznania na zakupy czy ważne wydarzenia, wycieczki krajoznawcze koleją i powozem. Cały ten świat, jego troski i radości, wydaje się wciąż bardzo bliski. W Wielkopolsce stoją opisywane w książce dworki i folwarki, najczęściej bardzo zmienione, pozbawione tętniącego w nich kiedyś życia. Na szczęście można zagłębić się w lekturze książek takich jak wspomnienia Marianny i przenieść się do ziemiańskiego świata. Ostatnio postanowiłam sprawdzić, co porabiano w nim w czasie listopadowych, krótkich dni. Pod datą – listopad 1899, można przeczytać:

 

„Padający od kilku tygodni deszcz zaczyna działać mi na nerwy. Od dawna wiem, że pogoda silnie działa na moje samopoczucie. Gdy rano otwieram oczy i widzę szyby zasnute deszczem, przykrywam głowę kołdrą i staram się jeszcze zasnąć. Ale dzisiaj nic nie wyszło z dodatkowego snu, bo Stefcia przed świtem przywędrowała do naszej sypialni, wdrapała się na nasze łóżko i coś gawędząc cierpliwie zaczęła targać mnie za ucho. Zła na cały świat oddałam małą jej piastunce i zajęłam się swoją toaletą.

Wybieramy się dzisiaj z Michałem na imieniny do Państwa Kosińskich, właścicieli niedalekich Koszut, na imieniny pana domu. (…) Ze względu na deszcz jechaliśmy krytym powozem, czego nie lubię, bo czuję się w nim zamknięta jak w klatce. (…) Minęliśmy Śnieciska i Słupię Wielką, oba majątki niestety niemieckie, przecięliśmy skrzyżowanie dróg między Kórnikiem a Środą, dalej droga wiodła wzdłuż dużego stawu, i wreszcie minąwszy jeden folwark dobiliśmy do Koszut, pięknego, liczącego przeszło osiemset hektarów majątku. (…) Nie ulega wątpliwości, że pan Witold pochodzi z zasłużonej patriotycznej rodziny, która wydała wielu wartościowych ludzi. Ożeniony z panną Marią Rekowską został właścicielem Koszut, majątku, który z przyjemnością odwiedziliśmy.”

 

W niewielkim dworku w Koszutach, urządzono już wiele lat muzeum prezentujące siedzibę ziemiańską. Byliśmy w nim kiedyś z rodzicami. Teraz, zainspirowana lekturą, postanowiłam zabrać do niego dziewczynki, by wykorzystać pogodny listopadowy dzień na ciekawy spacer. Na szczęście nie padało:) a Koszuty znajdują się tylko ok. 30 km od naszego domu.

 

„Obecnie, przy tej listopadowej pogodzie, park zasnuty mgłą robi smutne wrażenie. Ale przypominam sobie, jak pięknie prezentował się latem, gdy składaliśmy życzenia imieninowe pani Marii! Przepiękny zwłaszcza był wielki klomb w kształcie serca pełen róż, otoczony starannie utrzymanymi trawnikami.”

 

Klomb jest rzeczywiście niespotykany i wciąż sadzone są w nim pienne róże!

Dworek w Koszutach

„Państwo Kosińscy oczekiwali nas na werandzie obrośniętej dzikim winem…

Ganek w Koszutach

…i po serdecznym przywitaniu oraz wręczeniu solenizantowi pudełka cygar przeszliśmy do owalnego salonu, bardzo gustownie i elegancko urządzonego. Byliśmy, jak się okazało, ostatnimi oczekiwanymi gośćmi, ponieważ pani domu od razu poprosiła wszystkich do dużej jadalni, gdzie służba nalewała już na talerze pyszny, jak się okazało, rosół. Nie będę szczegółowo opisywać podanych potraw i zastawy stołowej, powiem tylko, że moim zdaniem farsz indyka był nieco przesolony.”

 

My również zajrzałyśmy do dworku. I choć niestety nie podają już w nim gorącego rosołu, można obejrzeć mnóstwo, zgromadzonych tu ciekawych przedmiotów – w tym zastawę stołową;) Po dworku oprowadza miła pani przewodnik, a ponieważ oprócz nas nie było innych zwiedzających, mogłyśmy wszystko dokładnie obejrzeć i o wszystko zapytać. Zbiory pochodzą z różnych siedzib i z różnych okresów, ponieważ wyposażenie Koszut zachowało się tylko w bardzo minimalnym stopniu.

 

Podobały nam się zbiory myśliwskie w sieni i muzealne kapcie, które trzeba tam było założyć – dziś już prawie niespotykana w dużych muzeach atrakcja!

Ta szafka na broń myśliwską, to jedna z niewielu rzeczy, która przetrwała z oryginalnego wyposażenia dworku.

Trofea myśliwskie w Koszutach (i kapcie)

A oto kredens z białym filtrem do wody , paterą do podawania ciepłych potraw (podgrzewana wlewanym pod półmisek wrzątkiem) i drewnianym nabijaczem korków do butelek z domową nalewką.

Dworski kredens

Salony…

Koszuty

…i miejsca bardziej intymne…

W dworku w Koszutach

Pierwszy raz widziałyśmy filiżankę zaprojektowaną specjalnie dla wąsatego pana. Pijąc kawę, nie umaczał w niej swoich wąsów!

Filizanka dla panów z wąsami

Wzruszająca była wizyta w pokoju dziecięcym, z łóżkiem dla niani i starymi zabawkami. Niesamowity był stary projektor bajek, który działał po włożeniu do niego świecy i krzesełko do karmienia z wbudowanym nocnikiem:)

Pokój dziecięcy w Koszutach

Wróćmy do wspomnień Marianny Jasieckiej: „Po deserze, pani domu zaproponowała krótki spacer po parku, bo akurat przestało padać, a nawet trochę słońca błysnęło zza chmur. Nie bardzo chciało mi się ruszać z domu, bo obawiałam się o moje wizytowe pantofle, ale wypadało pójść, bowiem państwo Kosińscy pragnęli swoim gościom pokazać figurę Najświętszej Maryi Panny, jaką postawili w parku, aby w ten sposób okazać Matce Boskiej wdzięczność za dwadzieścia lat wspólnego szczęśliwego pożycia małżeńskiego.”

Figurka ufundowana przez Kosińskich z Koszut

My na szczęście nie miałyśmy na sobie wizytowych pantofli i spacer po parku okazał się prawdziwą przyjemnością. Całość założenia jest teraz restaurowana, osuszane są dwa – pozostałe z czterech - stawy. Dużo tu starych drzew, jest tajemnicze przejście i rzeźby, które pozostały z artystycznego pleneru.

Park w Koszutach

Koszuty

W parku w Koszutach

Państwo Kosińscy nie mieli dzieci, dlatego zatroskana pamiętnikarka zastanawiała się „co się stanie z majątkiem po śmierci właścicieli”. Nie mogła przewidzieć wojen i rządów komunistów, które zmiotły nie tylko dworki, ale i cały ziemiański świat. Dworek w Koszutach jednak ocalał i ma się całkiem dobrze:)

 

***

Polecam też jeszcze jedną, czytaną ostatnio książkę o życiu dzieci we dworze szlacheckim, w trochę wcześniejszym okresie, w I połowie XIX wieku. Jej autorka opisuje dziecięce zabawy, sposoby wychowania, edukację, ubiór i żywienie maluchów, nieraz bardzo zaskakujące. Praca oparta jest na pamiętnikach i korespondencji podobnych do tych, które pisała Marianna Jasiecka. Z tej książki wyłania się też sympatyczny obraz małych i średnich – podobnych do Koszut – dworków, które były miejscami znacznie bardziej rodzinnymi i ciepłymi niż duże pałace.

 

Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska „Marianna i róże”, Wydawnictwo Medix Plus, Poznań 1995

Anna Pachocka „Dzieciństwo we dworze szlacheckim w I połowie XIX wieku”, Wydawnictwo Avalon, Kraków 2009

/

Spotkanie z małą Wandzią

11.11.2011

 

Mała Wandzia mieszkała niedaleko naszego domu, we wsi Kobylnica, letnisku przedwojennego Poznania. Nie było tam wtedy tak wielu domów i ruchliwej szosy, którą codziennie przejeżdża tysiące aut. Widok samochodu sunącego piaszczystą drogą, był tu w latach trzydziestych prawdziwą atrakcją, zwłaszcza dla ciekawych wszystkiego dzieci.

Tata Wandzi, podobnie jak wielu mieszkańców letniska, dojeżdżał do pracy w Poznaniu, pociągiem.

Dzieci chodziły do małej szkoły, w której teraz znajduje się przedszkole. Wszyscy uczyli się jednocześnie, w jednej sali lekcyjnej, zupełnie jak mali bohaterowie „Dzieci z Bullerbyn”.

Po lekcjach, dzieci bawiły się na pobliskich łąkach i w lesie, szukały traszek, ślizgały się na łyżwach i wspinały na drzewa w ogrodzie. Wspomnienia tych wesołych i czasem zaskakujących zabaw, opisała po latach, w książce „Między łąką a ogrodem” Wanda Wasik.  Krótkie rozdziały w formie zabawnych, ale i refleksyjnych opowiastek, są świetną lekturą do wspólnego, wieczornego czytania z dziećmi. Można w nich odnaleźć nastrój z książek Astrid Lindgren i temat do dalszych wspólnych rozmów – o tym dlaczego niektórym ludziom brakuje codziennego chleba, o pracy, obowiązkach, przyjaźni, rodzinie i historii. Wandzia żyła w Polsce lat trzydziestych, w czasie nadziei, ale i obaw o jutro. Codzienność znajdowała odbicie w dziecięcych rozmowach i rozmyślaniach. Dziecięce marzenia nie zawsze się spełniają, zwłaszcza kiedy powakacyjna przyszłość nadchodzi z wojennym obliczem.

O tym – trudniejszym już czasie – trochę starsza Wandzia opowiedziała równie zajmująco, w wydanej wcześniej książce „Dzieciństwo w Kraju Warty”, o której również możecie przeczytać na naszym blogu.

 

My poznałyśmy bohaterkę tych opowieści całkiem niedawno. Nie jest już oczywiście małą dziewczynką, ale mieszka w tym samym domu, w którym wychowała się wraz trzema siostrami i który był świadkiem tylu niesamowitych wydarzeń. Miałyśmy przyjemność odwiedzić panią Wandę i – przy herbacie i ciasteczkach - pogawędzić o historii małej Wandzi, która żyła tak blisko nas, ale w świecie zupełnie innym od naszego. Wchodząc jednak do starego domu, otoczonego tajemniczym, jesiennym ogrodem, miałyśmy uczucie, że przenosimy się trochę do przeszłości. Pani Wanda pokazała nam miejsce gdzie mieszkała wielka Mira, pies, który w wigilijny wieczór zaprowadził dziewczynkę do swojej budy, skąd razem oglądały pierwszą gwiazdę. Dowiedziałyśmy się też gdzie rosła wierzba płacząca, która, z zasadzonej gałązki, „rozrosła się w piękne konary, które okazały się bardzo wygodnymi fotelami, a drobne wiotkie gałązeczki z listkami, jak firanki ukrywały siedzące tam dziecko.”

Mała Wandzia i wierzba

Na końcu ogrodu odnalazłyśmy też furtkę, którą można było przejść krótszą drogą na dworzec kolejowy, przekraczając niewielki rów z wodą, po którym dzieci ślizgały się zimą na zrobionych przez siebie łyżwach.

Furtka w Kobylnicy

W domu pani Wandy podziwiałyśmy też malowane przez nią obrazy. Jeden z nich, zdobi okładkę książki.

Między łąką a ogrodem

Nie ma już łąki, po której biegały dzieci, ale wciąż rośnie las, w którym mała Wandzia spotkała Greisera – hitlerowskiego namiestnika Kraju Warty – i w którym wcześniej bawiła się z siostrami. Umówiłyśmy się już na wiosenny spacer leśnymi ścieżkami.

 

A wszystkich mieszkańców Gruszczyna, Kobylnicy i Swarzędza, pani Wanda, wraz z wydawcą książek, zaprasza na spotkanie przy kawie i ciastkach, w restauracji hotelu Ossowski w Kobylnicy (przy trasie poznańskiej). Odbędzie się ono w czwartek, 17 listopada, o godz. 17:00.


Wanda Wasik “Między łąką a ogrodem”, Wydawnictwo Bonami 2011

/

Polska daleka jak Brazylia

23.07.2011

 

Wspomnienia zawarte w tej książce to znakomity dowód na to, że marzenia – nawet jeśli się nie spełniają – ubarwiają życie.

Podróż do Brazylii była marzeniem ojca małej Marysi, a dla niej stało się ono synonimem pragnienia życia pełnego przygód i wspomnieniem więzi, którą tworzy wspólne snucie czarodziejskich opowieści.

Z mojego punktu widzenia, życie w przedwojennym Krakowie i na podkrakowskiej prowincji jest już samo w sobie magiczne i z prawdziwą przyjemnością czytałam wspomnienia autorki, nie martwiąc się wcale tym, że nie dotarła do Brazylii.

Latarnie gazowe, stare kamienice, brukowane ulice, szkolne mundurki, służące…

Egzotyczne jest dla mnie również źródło utrzymania rodziny. Nie znam nikogo w Polsce, kto byłby właścicielem rodzimych kopalń naftowych.

Rodzina Franciszka Rziha, który zajmował się poszukiwaniami ropy, pochodziła z Czech, ale on sam zamieszkał w Polsce. Matka Marysi była nauczycielką gimnazjalną. Obydwoje nie tworzyli może najszczęśliwszej pary, ale potrafili stworzyć dobre i ciekawe dzieciństwo córce.

Podróż do Brazylii

Ciekawe wspomnienia – o ludziach tworzących przedwojenną gospodarkę, o urzędnikach, ziemianach, wojskowych, o bogactwie etnicznym i kulturowym, które ma wpływ na życie małej dziewczynki. Opowiastki o świecie którego już nie ma, Polsce równie dla nas dalekiej jak Brazylia.

 

Maria Cegielska, Podróż do Brazylii. Wspomnienia córki galicyjskiego naftowca, Księgarnia Akademicka 2009

/