Archiwum kategorii 'Historia dzieciństwa'

Polska daleka jak Brazylia

23.07.2011

 

Wspomnienia zawarte w tej książce to znakomity dowód na to, że marzenia – nawet jeśli się nie spełniają – ubarwiają życie.

Podróż do Brazylii była marzeniem ojca małej Marysi, a dla niej stało się ono synonimem pragnienia życia pełnego przygód i wspomnieniem więzi, którą tworzy wspólne snucie czarodziejskich opowieści.

Z mojego punktu widzenia, życie w przedwojennym Krakowie i na podkrakowskiej prowincji jest już samo w sobie magiczne i z prawdziwą przyjemnością czytałam wspomnienia autorki, nie martwiąc się wcale tym, że nie dotarła do Brazylii.

Latarnie gazowe, stare kamienice, brukowane ulice, szkolne mundurki, służące…

Egzotyczne jest dla mnie również źródło utrzymania rodziny. Nie znam nikogo w Polsce, kto byłby właścicielem rodzimych kopalń naftowych.

Rodzina Franciszka Rziha, który zajmował się poszukiwaniami ropy, pochodziła z Czech, ale on sam zamieszkał w Polsce. Matka Marysi była nauczycielką gimnazjalną. Obydwoje nie tworzyli może najszczęśliwszej pary, ale potrafili stworzyć dobre i ciekawe dzieciństwo córce.

Podróż do Brazylii

Ciekawe wspomnienia – o ludziach tworzących przedwojenną gospodarkę, o urzędnikach, ziemianach, wojskowych, o bogactwie etnicznym i kulturowym, które ma wpływ na życie małej dziewczynki. Opowiastki o świecie którego już nie ma, Polsce równie dla nas dalekiej jak Brazylia.

 

Maria Cegielska, Podróż do Brazylii. Wspomnienia córki galicyjskiego naftowca, Księgarnia Akademicka 2009

/

Zabawa w „białego człowieka”

16.04.2011

 

Czy bawiliście się w Indian? Moja siostra i ja zamierzałyśmy kiedyś wyruszyć na prerię by spotkać prawdziwych Indian. Przygotowywałyśmy się więc do tego czytając wszystkie dostępne nam książki, ucząc się języka gestów i wyszywając białe tenisówki koralikami by zamienić je w mokasyny:)

Nie przypuszczałam wtedy jednak, że jakieś indiańskie dzieci mogły kiedyś spędzać czas na czymś tak nudnym, jak zabawa w „białego człowieka”!

Mimo całej mojej znajomości „indiańskich lektur”, dopiero teraz trafiły do mnie wspomnienia, które spisał, urodzony w 1858 r., Charles A. Eastman (Ohiyesa). „Moje indiańskie dzieciństwo” to fascynujący opis życia dziecka w plemieniu Dakota, życia, o którym – jak pisze autor – „marzył chyba każdy mały chłopiec” (i wiele dziewczynek!).

Moje indiańskie dzieciństwo

Osieroconego przez matkę chłopczyka, wychowywała prawie siedemdziesięcioletnia babcia, nosząc go stale w drewnianej kołysce. „Gdy pracowała, zawieszała mnie na dzikiej winorośli lub sprężystej gałęzi tak, aby kołyskę bujał najmniejszy nawet powiew wiatru.” W czasie dalszych podróży, kołyski z dziećmi zawieszano z dwóch stron końskiego boku lub przywiązywano do dwóch skrzyżowanych tyczek od tipi, przytroczonych do psa, który mógł czasami, spragniony „rzucić się z całym bagażem w chłodny nurt strumienia”.

 

Babcia Ohiyesy, ciekawie rozwiązała problem wykarmienia małego niemowlęcia. „Gotowała dziki ryż i odcedzała go, a potem dodawała do rosołu z dziczyzny. Ucierała też suszoną dziczyznę niemal na proszek i moczyła w wodzie, aż wydzieliły się pożywne soki, co z kolei mieszała z tartą prażoną kukurydzą”.

 

Babcia była też pierwszą nauczycielką chłopca. Uczyła go rozpoznawania głosów zwierząt, ziół, właściwego zachowania i plemiennych legend.

Mały Indianin w dzieciństwie szkolił się w sztuce wojennej i w tropieniu, bo te dwie umiejętności decydowały o jego przetrwaniu. Mnóstwo czasu dzieci spędzały też na zabawie: „urządzaliśmy bitwy na kule błota i wierzbowe kije, zjeżdżaliśmy z pagórków na skórach i żebrach bizona”. Różnorodność gier była zaskakująca, a ich szczegółowe opisy zajmują w książce sporo miejsca. Wiele wspomnień wiąże się z kontaktami ze zwierzętami. „Mieliśmy młode lisy, niedźwiadki, wilki, szopy, jelonki, młode bizony i wszelkiego rodzaju udomowione ptaki.” Przypomniała mi się od razu historia małej Sejdżio i jej bobrów. Co ciekawe, Sejdżio należała do plemienia Odżibwejów, najbliższych wrogów Dakota, o których często wspomina się w książce.

 

Najbardziej zaskoczyła mnie zabawa w „białego człowieka.” „Malowaliśmy więc dwóch czy trzech naszych kompanów białą gliną, wkładaliśmy im kapelusze z kory brzozowej, które specjalnie szyliśmy na tę okazję, przyczepialiśmy im kawałek futra jako brodę i zmienialiśmy odzienie możliwie najdokładniej. Biel kory brzozowej miała odpowiadać ich białym koszulom. Ich towary stanowiły piasek jako cukier, fasola i kawa, suszone liście jako herbata, glina jako proch, kamienie jako kule i wreszcie woda jako niebezpieczna „woda ognista”. Wymienialiśmy na nie skóry wiewiórek, królików i małych ptaszków.”

Ohiyesa nie wiedział jeszcze wtedy, że wkrótce, w wieku 15 lat, przyjdzie mu rozstać się z indiańskim życiem, by przywdziać prawdziwe już ubranie białych ludzi i ich styl życia.

Bardzo ciekawa lektura!

 

Charles A. Eastman (Ohiyesa) „Moje indiańskie dzieciństwo”, Wydawnictwo Tipi 2008

/

Listy z Bułgarii

26.02.2011

 

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Bułgarii, pomyślałam, że leży w Afryce. Miałam wtedy kilka lat i rodzicom udało się wykupić zakładowe wczasy w tym kraju, ale pojechać mogli tylko z jednym dzieckiem. W podróż wyruszyła moja siostra, a ja spędziłam całkiem miły czas z ciocią i kuzynami. Rodzice przywieźli mi dużą, piękną lalkę kupioną w Rumunii, dokąd również udało im się wtedy dojechać.

Jakiś czas później udało nam się już pojechać całą rodziną. Już sama kilkudniowa podróż pociągiem była dla mnie i siostry bardzo ciekawa. W przedziale z piętrowymi kuszetkami bawiłyśmy się – chyba większość czasu – w małpy. Nie nudziłyśmy się, choć zastanawiam się jak te zabawy znosili wszyscy nasi współpasażerowie;)

Pamiętam też perony z żołnierzami radzieckimi, pola słoneczników i bose, rumuńskie dzieci biegnące za naszym pociągiem, z którego ludzie rzucali im cukierki.

Naszą wakacyjną kwaterą był prywatny dom niedaleko Warny, gdzie mieszkały będące w naszym wieku córki właścicieli. Szybko się z nimi zaprzyjaźniłyśmy i przez kilka lat wymieniałyśmy pisane po rosyjsku listy. Niedawno wyciągnęłam je z pudełka i pokazałam moim córkom. Koperty pełne były przesyłanych nam papierków po bułgarskich cukierkach, gum do żucia, obrazków ze zwierzątkami i innych dziecięcych skarbów. Dziewczynki były zachwycone tym odkryciem i chciały wiedzieć co my wysyłałyśmy do Bułgarii. Niestety, już zupełnie tego nie pamiętam:(

Listy z Bułgarii

Opowiedziałam im za to o tym, co zapamiętałam z tych wakacji – o dużych meduzach, które znajdowałyśmy w morzu, pierwszej wizycie w cerkwi, w mauzoleum Władysława Warneńczyka, o suszonym koniku morskim przywiezionym na pamiątkę.

Obejrzałyśmy też zdjęcia, na których – sfotografowane z fontanną i osiołkiem – nosimy z siostrą takie same, uszyte przez mamę, krótkie spodenki w kwiatki i białe sukienki.

Wakacje w Bułgarii

Cieszę się, że miałam okazję wrócić pamięcią do tych słonecznych dni:)

/

Ukradzione przez Hitlera

12.02.2011

 

Historia życia córek dr Witaszka, jest jedną z najbardziej niesamowitych i niewiarygodnych – a przy tym pokrzepiających – opowieści jakie znam. Trudno uwierzyć, że z takiego ogromu zła i braku nadziei miało jeszcze szansę powstać coś dobrego.

 

Rodzina Witaszków mieszkała przed wojną w pięknym domu z ogrodem i służbą. Franciszek Witaszek był w Poznaniu znanym lekarzem i naukowcem, właścicielem zakładu produkującego nici chirurgiczne. Jego żona Halina zajmowała się dziećmi. Mieli trzy małe córeczki – Marię, Iwonę i Alodię. W październiku 1939 urodziła się jeszcze Daria, a w 1942 Krzysztof.

Rodzina Franciszka Witaszka w czasie wojny

W tym roku, gestapo aresztowało też ich ojca – szefa wielkopolskiego, konspiracyjnego Związku Odwetu. Organizacja ta, zrzeszająca wielu lekarzy, farmaceutów i chemików zajmowała się tajną produkcją i badaniami nad toksynami, które wykorzystywano w walce z okupantem.

 

Po aresztowaniach i torturach, stracono w Forcie VII 30 spiskowców, a 70 członków ich rodzin – w tym Halinę Witaszek – wywieziono do Oświęcimia. Niemcy cenili nieprzeciętnych naukowców. Witaszkowi przed straceniem zaproponowano osiedlenie się wraz z rodziną w Niemczech, w zamian za pracę dla III Rzeszy. Po egzekucji, jego głowę przeznaczono do celów badawczych.

Dzieci okazały się szczególnie cenne dla niemieckiej instytucji Lebensborn – bardzo „wartościowe rasowo” i na dodatek z genami wybitnego naukowca. Marię, Iwonę i Krzysia udało się rodzinie uprowadzić i ukryć w Kielcach i Ostrowie Wlkp. Pięcioletnią Alodię i czteroletnią Darię, Niemcy umieścili najpierw w ośrodku Lebensborn w Połczynie Zdroju, a później po ich zgermanizowaniu, przekazali do adopcji niemieckim rodzinom. Podobny los spotkał około 200 tys. polskich dzieci. Tylko niewielki ich procent wrócił do Polski.

 

Alodia–Alice trafiła do miasteczka pod Berlinem, Daria–Dora pojechała do Austrii.

Alodia i Daria Witaszek

źródło: “Gazeta Wyborcza”

 

„Alice śni się czasami duży dom w słonecznym ogrodzie, jasne włosy mamy. Ten wysoki pan z wąsem to chyba tatuś. Pije kawę i słucha muzyki z radia. Jest lekarzem? Alice nie pamięta. Wie tylko, że teraz są biednymi niemieckimi sierotkami i czekają na nową Mutti, która zabierze je do prawdziwego domu. Tak mówią panie w białych fartuchach, a one wszystko wiedzą.”

 

„Tam, w Stendalu, w jasnej główce Alice wszystko już się poplątało. Opowiadała Mutti, że najgorzej było w polskim domu dziecka. Jej, małej Niemce, kazali z dnia na dzień zapomnieć język niemiecki i mówić tylko po polsku. Bili za każde niemieckie słowo.”

Niemiecka mama Alodii–Alice, bardzo ją kochała. Dziecku niczego nie brakowało. Kiedy nad Berlin zaczęły nadlatywać alianckie bombowce, Alice wraz z Mutti chowały się w piwnicy. „Halina Witaszek była niedaleko. Zza kolczastych drutów Ravensbruck cieszyła się z każdej bomby, która spada na Berlin.”

 

Kiedy Halina wróciła do Polski, czekało na nią tylko troje dzieci.

Alodii i Darii szukała przez dwa lata. Kiedy zdjęcie dziewczynek zobaczyła Mutti, postanowiła oddać przybraną córkę. „Nie próbowała mnie ukrywać, jak to robiły inne niemieckie rodziny ze zrabowanymi dziećmi z Polski.” Alodia – z kartką adresową na szyi – przyjechała pociągiem do Ostrowa, w którym po wojnie mieszkała jej rodzina. „Stały i uśmiechały się do siebie. Alodia nie rozumiała po polsku. W końcu do posiwiałej mamy powiedziała po niemiecku: byłaś młodsza i blondynka.”  

Miesiąc później, z zabawką w walizce, wróciła do domu Daria. Obie dziewczynki zaczęły chodzić do szkoły, nie znając słowa po polsku, a wszystkie dzieci dokuczały „małym Niemrom”. Po roku, w czasie pierwszej spowiedzi, Daria zaczęła nagle mówić po polsku. Od tej chwili nie powiedziała już niczego po niemiecku, a na studiach miała z tym językiem spore kłopoty.

Znam wiele przypadków dzieci dwujęzycznych, ale historia Alodii i Darii zaprzecza właściwie wszelkim zasadom, o których do tej pory słyszałam.

Mutti pisała listy, przysyłała paczki, zapraszała, zaprzyjaźniła się z Haliną Witaszek. Alodia miała dwie mamy.

 

Historię doktora Witaszka znałam z rodzinnych opowieści. Na ścianie kamienicy w której miał w czasie okupacji swój gabinet lekarski wisi pamiątkowa tablica, a na poznańskiej cytadeli znajduje się grób ze szczątkami straconych „witaszkowców”.

tablica na ul. Wrocławskiej w Poznaniu

Wojenne losy jego dzieci poznałam kilka lat temu , dzięki obszernemu reportażowi w „Gazecie Wyborczej”. Znalazł się on też w książkowym wydaniu reportaży o trudnych stosunkach polsko–niemieckich.

Lektura obowiązkowa!

 

Włodzimierz Nowak „Obwód głowy”, Wydawnictwo Czarne 2007

/

Kto przynosi gwiazdkowe prezenty?

19.12.2010

 

Jeszcze nie tak dawno, nikt nie zadawał sobie takiego pytania. Obdarowywanie prezentami w czasie świąt Bożego Narodzenia nie jest wcale starą tradycją.

 

W XIX w. tylko w niektórych częściach Polski, dzieci otrzymywały drobne upominki, które zazwyczaj chowano w sianie – pierniki, słodkie łakocie, koraliki, wstążki dla dziewcząt i nożyki dla chłopców.

Co ciekawe – jak przeczytałam u Bystronia – znacznie wcześniej znane były za to rózgi;) Pod wpływem tradycji niemieckich, rozdawano je dzieciom już w XVIII wieku.

 

Prezenty gwiazdkowe wiązały się raczej z tzw. kolędą. Po domach chodzili przebrani za Gwiazdora (starca z gwiazdą na czole) parobcy, zbierając datki – tak właśnie nazywane – kolędą. Mieli oni sporo konkurentów w postaci organistów, wiejskich nauczycieli i księży. Kolędę rozdawano także służbie, a w niektórych okolicach urządzano „kradzieże na szczęście”, przywłaszczając sobie coś z majątku bogatszego sąsiada.

Sam zwyczaj „kolędowania” funkcjonował zresztą bardzo długo – w różnych, bardzo nieraz bogatych i odmiennych od siebie formach, na terenie całej Polski i jego celem było właśnie uzbieranie świątecznych datków, w zamian za dostarczenie rozrywki i oczywiście „szczęścia”.

 

W Wielkopolsce, do dzieci nigdy nie przybywał w Wigilię św. Mikołaj. Ten zostawiał przecież podarki 6 grudnia w wystawionych i wypucowanych butach. Do drzwi stukał natomiast – znany od XVIII wieku Gwiazdor, przynosząc początkowo rózgę lub słodycze, które wyciągał z wielkiego worka. Z czasem, w czasie kolejnych Wigilii worek stawał się coraz cięższy, a dzieci, coraz częściej nie czekają już na świątecznego przybysza z niepewnością, ale ze spisaną wcześniej listą prezentów. Różnice między Gwiazdorem, św. Mikołajem powoli się zacierają, na co wpływ ma oczywiście współczesna, zglobalizowana kultura. Tak to już jest z tradycją, której cechą – wbrew pozorom – jest spora zmienność:)

 

Wraz z pojawieniem się świątecznych prezentów i posłańców którzy je rozdają, wielu rodziców zastanawia się czy i jak długo pozwalać wierzyć swoim dzieciom w ingerencję sił nadprzyrodzonych w czasie gwiazdkowego obdarowywania.

Moja przyjaciółka mieszkająca w Anglii, uważa, że nie należy okłamywać dzieci, a magiczny charakter Świąt zależy od zupełnie innych rzeczy niż istnienie św. Mikołaja:

 

“Od początku zdecydowałam się powiedzieć prawdę moje córce, że to ja kupuję jej prezenty, a Gwiazdor jest tradycyjną bajką. Jest z tego bardzo zadowolona, bo wydaje jej się że posiadła sekretną wiedzę, której inne dzieci nie mają. Czasami jednak, z tego powodu dochodzi do spięć z innymi rodzicami, którzy ze sporą determinacją podtrzymują u swoich dzieci wiarę w Gwiazdora/Father Christmas.

Zdarzyło się kilka razy, że moja córka wspomniała paru 8–latkom, że tak naprawdę nie ma Gwiazdora. Spotkała się wtedy z ogromnym, nieproporcjonalnym oburzeniem ich rodziców. Ja w takich sytuacjach mówię, że w naszej rodzinie to ja kupuję prezenty, a być może w innych rodzinach przynosi je ktoś inny.

Osobiście nie rozumiem dlaczego tradycja Gwiazdora jest traktowana tak śmiertelnie poważnie. Jest to białe kłamstwo ale jednak kłamstwo, które nie rozumiem czemu służy i kiedy się kończy. W którym momencie można powiedzieć dziecku, że nie ma Gwiazdora? I dlaczego jest to takie ważne by w niego wierzyło? Poznanie prawdy niczego nie ujmuje atmosferze oczekiwania, czy radości z prezentów. Historie o sankach i uprzejmym nieznajomym rozdającym prezenty dzieciom – nadal żyją w wyobraźni mojego dziecka, tak jak każda inna bajka, ale dla mnie o wiele ważniejsze jest to, że moja córka wie, że zawsze powiem jej prawdę.”

 

Po przeczytaniu tych przemyśleń, od razu przypomniałam sobie o Bettelheimie i jego argumentach przemawiających za podtrzymywaniem wiary w świętego Mikołaja. Opierają się one właściwie na tej samej podstawie co cała jego teoria dotycząca pożytków płynących z opowiadania baśni. Bruno Bettelheim twierdzi bowiem, że przedwczesna racjonalność, jak zresztą wszystkie zbyt wczesne doświadczenia, źle przygotowuje dziecko do konfrontacji z trudnościami życia. Dziecko ma potrzebę oparcia w magii. Dodatkowo „istnieje wielka różnica między otrzymywaniem podarków od bezinteresownej mitycznej osoby a ich otrzymywaniem od rodziców i przyjaciół, którzy oczekują przynajmniej wdzięczności.”

„Potrzeba magii jest najintensywniejsza między czwartym a dziesiątym rokiem życia (…) W końcu nadchodzi jednak nieuchronnie moment, kiedy dziecko przestaje wierzyć w św. Mikołaja, niezależnie od tego co mówią rodzice” bo nauczyło się już zdobywać zdrowy osąd rzeczywistości. Polecam dalszą lekturę dwóch rozdziałów w książce „Wystarczająco dobrzy rodzice”, poświęconych roli świąt i postaci mitycznych w życiu dziecka. Polecam też zresztą – już nie pierwszy raz! – całą książkę i jako miłośniczka Bettelheima i inne książki jego autorstwa.

 

Ja sama nie pamiętam zupełnie momentu kiedy przestałam wierzyć w Gwiazdora. W naszym domu pojawiał się zazwyczaj w postaci przebranego wujka lub innych osób, o które zapytam chyba podczas tegorocznej Wigilii rodziców:) Czasami worek z prezentami znajdował się pod drzwiami, bo Gwiazdor bardzo się spieszył! Pamiętam też spotkania gwiazdkowe dla dzieci pracowników zakładu w którym była zatrudniona moja mama. Bardziej od Gwiazdora podobał mi się wtedy kataryniarz z małpką.

 

Długie lata etatowy Gwiazdor stał w Poznaniu pod domem towarowym Okrąglak. Jego zadaniem było też pozowanie do zdjęć w towarzystwie małych Poznaniaków. Ja niestety nie mam takiego zdjęcia, ale znalazłam kilka przykładów w internetowych zbiorach.

Gwiazdor w Poznaniu

źródło: gazeta.pl

 

Myślę, że niezależnie od tego kto obdarowuje nas prezentami, ważna jest miłość jaka jest wraz nimi przekazywana. I obecności takich właśnie ciepłych uczuć, życzę Wam na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia:)

/