Jeszcze nie tak dawno, nikt nie zadawał sobie takiego pytania. Obdarowywanie prezentami w czasie świąt Bożego Narodzenia nie jest wcale starą tradycją.
W XIX w. tylko w niektórych częściach Polski, dzieci otrzymywały drobne upominki, które zazwyczaj chowano w sianie – pierniki, słodkie łakocie, koraliki, wstążki dla dziewcząt i nożyki dla chłopców.
Co ciekawe – jak przeczytałam u Bystronia – znacznie wcześniej znane były za to rózgi;) Pod wpływem tradycji niemieckich, rozdawano je dzieciom już w XVIII wieku.
Prezenty gwiazdkowe wiązały się raczej z tzw. kolędą. Po domach chodzili przebrani za Gwiazdora (starca z gwiazdą na czole) parobcy, zbierając datki – tak właśnie nazywane – kolędą. Mieli oni sporo konkurentów w postaci organistów, wiejskich nauczycieli i księży. Kolędę rozdawano także służbie, a w niektórych okolicach urządzano „kradzieże na szczęście”, przywłaszczając sobie coś z majątku bogatszego sąsiada.
Sam zwyczaj „kolędowania” funkcjonował zresztą bardzo długo – w różnych, bardzo nieraz bogatych i odmiennych od siebie formach, na terenie całej Polski i jego celem było właśnie uzbieranie świątecznych datków, w zamian za dostarczenie rozrywki i oczywiście „szczęścia”.
W Wielkopolsce, do dzieci nigdy nie przybywał w Wigilię św. Mikołaj. Ten zostawiał przecież podarki 6 grudnia w wystawionych i wypucowanych butach. Do drzwi stukał natomiast – znany od XVIII wieku Gwiazdor, przynosząc początkowo rózgę lub słodycze, które wyciągał z wielkiego worka. Z czasem, w czasie kolejnych Wigilii worek stawał się coraz cięższy, a dzieci, coraz częściej nie czekają już na świątecznego przybysza z niepewnością, ale ze spisaną wcześniej listą prezentów. Różnice między Gwiazdorem, św. Mikołajem powoli się zacierają, na co wpływ ma oczywiście współczesna, zglobalizowana kultura. Tak to już jest z tradycją, której cechą – wbrew pozorom – jest spora zmienność:)
Wraz z pojawieniem się świątecznych prezentów i posłańców którzy je rozdają, wielu rodziców zastanawia się czy i jak długo pozwalać wierzyć swoim dzieciom w ingerencję sił nadprzyrodzonych w czasie gwiazdkowego obdarowywania.
Moja przyjaciółka mieszkająca w Anglii, uważa, że nie należy okłamywać dzieci, a magiczny charakter Świąt zależy od zupełnie innych rzeczy niż istnienie św. Mikołaja:
“Od początku zdecydowałam się powiedzieć prawdę moje córce, że to ja kupuję jej prezenty, a Gwiazdor jest tradycyjną bajką. Jest z tego bardzo zadowolona, bo wydaje jej się że posiadła sekretną wiedzę, której inne dzieci nie mają. Czasami jednak, z tego powodu dochodzi do spięć z innymi rodzicami, którzy ze sporą determinacją podtrzymują u swoich dzieci wiarę w Gwiazdora/Father Christmas.
Zdarzyło się kilka razy, że moja córka wspomniała paru 8–latkom, że tak naprawdę nie ma Gwiazdora. Spotkała się wtedy z ogromnym, nieproporcjonalnym oburzeniem ich rodziców. Ja w takich sytuacjach mówię, że w naszej rodzinie to ja kupuję prezenty, a być może w innych rodzinach przynosi je ktoś inny.
Osobiście nie rozumiem dlaczego tradycja Gwiazdora jest traktowana tak śmiertelnie poważnie. Jest to białe kłamstwo ale jednak kłamstwo, które nie rozumiem czemu służy i kiedy się kończy. W którym momencie można powiedzieć dziecku, że nie ma Gwiazdora? I dlaczego jest to takie ważne by w niego wierzyło? Poznanie prawdy niczego nie ujmuje atmosferze oczekiwania, czy radości z prezentów. Historie o sankach i uprzejmym nieznajomym rozdającym prezenty dzieciom – nadal żyją w wyobraźni mojego dziecka, tak jak każda inna bajka, ale dla mnie o wiele ważniejsze jest to, że moja córka wie, że zawsze powiem jej prawdę.”
Po przeczytaniu tych przemyśleń, od razu przypomniałam sobie o Bettelheimie i jego argumentach przemawiających za podtrzymywaniem wiary w świętego Mikołaja. Opierają się one właściwie na tej samej podstawie co cała jego teoria dotycząca pożytków płynących z opowiadania baśni. Bruno Bettelheim twierdzi bowiem, że przedwczesna racjonalność, jak zresztą wszystkie zbyt wczesne doświadczenia, źle przygotowuje dziecko do konfrontacji z trudnościami życia. Dziecko ma potrzebę oparcia w magii. Dodatkowo „istnieje wielka różnica między otrzymywaniem podarków od bezinteresownej mitycznej osoby a ich otrzymywaniem od rodziców i przyjaciół, którzy oczekują przynajmniej wdzięczności.”
„Potrzeba magii jest najintensywniejsza między czwartym a dziesiątym rokiem życia (…) W końcu nadchodzi jednak nieuchronnie moment, kiedy dziecko przestaje wierzyć w św. Mikołaja, niezależnie od tego co mówią rodzice” bo nauczyło się już zdobywać zdrowy osąd rzeczywistości. Polecam dalszą lekturę dwóch rozdziałów w książce „Wystarczająco dobrzy rodzice”, poświęconych roli świąt i postaci mitycznych w życiu dziecka. Polecam też zresztą – już nie pierwszy raz! – całą książkę i jako miłośniczka Bettelheima i inne książki jego autorstwa.
Ja sama nie pamiętam zupełnie momentu kiedy przestałam wierzyć w Gwiazdora. W naszym domu pojawiał się zazwyczaj w postaci przebranego wujka lub innych osób, o które zapytam chyba podczas tegorocznej Wigilii rodziców:) Czasami worek z prezentami znajdował się pod drzwiami, bo Gwiazdor bardzo się spieszył! Pamiętam też spotkania gwiazdkowe dla dzieci pracowników zakładu w którym była zatrudniona moja mama. Bardziej od Gwiazdora podobał mi się wtedy kataryniarz z małpką.
Długie lata etatowy Gwiazdor stał w Poznaniu pod domem towarowym Okrąglak. Jego zadaniem było też pozowanie do zdjęć w towarzystwie małych Poznaniaków. Ja niestety nie mam takiego zdjęcia, ale znalazłam kilka przykładów w internetowych zbiorach.

źródło: gazeta.pl
Myślę, że niezależnie od tego kto obdarowuje nas prezentami, ważna jest miłość jaka jest wraz nimi przekazywana. I obecności takich właśnie ciepłych uczuć, życzę Wam na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia:)
/