Archiwum kategorii 'Podróże z dziećmi'

Wycieczka do wielkopolskiego dworku

04.12.2011

 

Co jakiś czas wracam do lektury książki Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej „Marianna i róże”. Napisana została w formie pamiętnika, na podstawie przechowywanych w starym kufrze pamiątek rodziny Jasieckich – listów, zapisków, gazet, fotografii, spisów wypraw ślubnych…Codzienne życie wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej na przełomie XIX i XX wieku zostało tu niezwykle ciepło i ciekawie opisane. Wychowanie siedmiorga dzieci w polskiej tradycji patriotycznej, rodzinne zjazdy, zarządzanie dworskim majątkiem, wyprawy do Poznania na zakupy czy ważne wydarzenia, wycieczki krajoznawcze koleją i powozem. Cały ten świat, jego troski i radości, wydaje się wciąż bardzo bliski. W Wielkopolsce stoją opisywane w książce dworki i folwarki, najczęściej bardzo zmienione, pozbawione tętniącego w nich kiedyś życia. Na szczęście można zagłębić się w lekturze książek takich jak wspomnienia Marianny i przenieść się do ziemiańskiego świata. Ostatnio postanowiłam sprawdzić, co porabiano w nim w czasie listopadowych, krótkich dni. Pod datą – listopad 1899, można przeczytać:

 

„Padający od kilku tygodni deszcz zaczyna działać mi na nerwy. Od dawna wiem, że pogoda silnie działa na moje samopoczucie. Gdy rano otwieram oczy i widzę szyby zasnute deszczem, przykrywam głowę kołdrą i staram się jeszcze zasnąć. Ale dzisiaj nic nie wyszło z dodatkowego snu, bo Stefcia przed świtem przywędrowała do naszej sypialni, wdrapała się na nasze łóżko i coś gawędząc cierpliwie zaczęła targać mnie za ucho. Zła na cały świat oddałam małą jej piastunce i zajęłam się swoją toaletą.

Wybieramy się dzisiaj z Michałem na imieniny do Państwa Kosińskich, właścicieli niedalekich Koszut, na imieniny pana domu. (…) Ze względu na deszcz jechaliśmy krytym powozem, czego nie lubię, bo czuję się w nim zamknięta jak w klatce. (…) Minęliśmy Śnieciska i Słupię Wielką, oba majątki niestety niemieckie, przecięliśmy skrzyżowanie dróg między Kórnikiem a Środą, dalej droga wiodła wzdłuż dużego stawu, i wreszcie minąwszy jeden folwark dobiliśmy do Koszut, pięknego, liczącego przeszło osiemset hektarów majątku. (…) Nie ulega wątpliwości, że pan Witold pochodzi z zasłużonej patriotycznej rodziny, która wydała wielu wartościowych ludzi. Ożeniony z panną Marią Rekowską został właścicielem Koszut, majątku, który z przyjemnością odwiedziliśmy.”

 

W niewielkim dworku w Koszutach, urządzono już wiele lat muzeum prezentujące siedzibę ziemiańską. Byliśmy w nim kiedyś z rodzicami. Teraz, zainspirowana lekturą, postanowiłam zabrać do niego dziewczynki, by wykorzystać pogodny listopadowy dzień na ciekawy spacer. Na szczęście nie padało:) a Koszuty znajdują się tylko ok. 30 km od naszego domu.

 

„Obecnie, przy tej listopadowej pogodzie, park zasnuty mgłą robi smutne wrażenie. Ale przypominam sobie, jak pięknie prezentował się latem, gdy składaliśmy życzenia imieninowe pani Marii! Przepiękny zwłaszcza był wielki klomb w kształcie serca pełen róż, otoczony starannie utrzymanymi trawnikami.”

 

Klomb jest rzeczywiście niespotykany i wciąż sadzone są w nim pienne róże!

Dworek w Koszutach

„Państwo Kosińscy oczekiwali nas na werandzie obrośniętej dzikim winem…

Ganek w Koszutach

…i po serdecznym przywitaniu oraz wręczeniu solenizantowi pudełka cygar przeszliśmy do owalnego salonu, bardzo gustownie i elegancko urządzonego. Byliśmy, jak się okazało, ostatnimi oczekiwanymi gośćmi, ponieważ pani domu od razu poprosiła wszystkich do dużej jadalni, gdzie służba nalewała już na talerze pyszny, jak się okazało, rosół. Nie będę szczegółowo opisywać podanych potraw i zastawy stołowej, powiem tylko, że moim zdaniem farsz indyka był nieco przesolony.”

 

My również zajrzałyśmy do dworku. I choć niestety nie podają już w nim gorącego rosołu, można obejrzeć mnóstwo, zgromadzonych tu ciekawych przedmiotów – w tym zastawę stołową;) Po dworku oprowadza miła pani przewodnik, a ponieważ oprócz nas nie było innych zwiedzających, mogłyśmy wszystko dokładnie obejrzeć i o wszystko zapytać. Zbiory pochodzą z różnych siedzib i z różnych okresów, ponieważ wyposażenie Koszut zachowało się tylko w bardzo minimalnym stopniu.

 

Podobały nam się zbiory myśliwskie w sieni i muzealne kapcie, które trzeba tam było założyć – dziś już prawie niespotykana w dużych muzeach atrakcja!

Ta szafka na broń myśliwską, to jedna z niewielu rzeczy, która przetrwała z oryginalnego wyposażenia dworku.

Trofea myśliwskie w Koszutach (i kapcie)

A oto kredens z białym filtrem do wody , paterą do podawania ciepłych potraw (podgrzewana wlewanym pod półmisek wrzątkiem) i drewnianym nabijaczem korków do butelek z domową nalewką.

Dworski kredens

Salony…

Koszuty

…i miejsca bardziej intymne…

W dworku w Koszutach

Pierwszy raz widziałyśmy filiżankę zaprojektowaną specjalnie dla wąsatego pana. Pijąc kawę, nie umaczał w niej swoich wąsów!

Filizanka dla panów z wąsami

Wzruszająca była wizyta w pokoju dziecięcym, z łóżkiem dla niani i starymi zabawkami. Niesamowity był stary projektor bajek, który działał po włożeniu do niego świecy i krzesełko do karmienia z wbudowanym nocnikiem:)

Pokój dziecięcy w Koszutach

Wróćmy do wspomnień Marianny Jasieckiej: „Po deserze, pani domu zaproponowała krótki spacer po parku, bo akurat przestało padać, a nawet trochę słońca błysnęło zza chmur. Nie bardzo chciało mi się ruszać z domu, bo obawiałam się o moje wizytowe pantofle, ale wypadało pójść, bowiem państwo Kosińscy pragnęli swoim gościom pokazać figurę Najświętszej Maryi Panny, jaką postawili w parku, aby w ten sposób okazać Matce Boskiej wdzięczność za dwadzieścia lat wspólnego szczęśliwego pożycia małżeńskiego.”

Figurka ufundowana przez Kosińskich z Koszut

My na szczęście nie miałyśmy na sobie wizytowych pantofli i spacer po parku okazał się prawdziwą przyjemnością. Całość założenia jest teraz restaurowana, osuszane są dwa – pozostałe z czterech - stawy. Dużo tu starych drzew, jest tajemnicze przejście i rzeźby, które pozostały z artystycznego pleneru.

Park w Koszutach

Koszuty

W parku w Koszutach

Państwo Kosińscy nie mieli dzieci, dlatego zatroskana pamiętnikarka zastanawiała się „co się stanie z majątkiem po śmierci właścicieli”. Nie mogła przewidzieć wojen i rządów komunistów, które zmiotły nie tylko dworki, ale i cały ziemiański świat. Dworek w Koszutach jednak ocalał i ma się całkiem dobrze:)

 

***

Polecam też jeszcze jedną, czytaną ostatnio książkę o życiu dzieci we dworze szlacheckim, w trochę wcześniejszym okresie, w I połowie XIX wieku. Jej autorka opisuje dziecięce zabawy, sposoby wychowania, edukację, ubiór i żywienie maluchów, nieraz bardzo zaskakujące. Praca oparta jest na pamiętnikach i korespondencji podobnych do tych, które pisała Marianna Jasiecka. Z tej książki wyłania się też sympatyczny obraz małych i średnich – podobnych do Koszut – dworków, które były miejscami znacznie bardziej rodzinnymi i ciepłymi niż duże pałace.

 

Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska „Marianna i róże”, Wydawnictwo Medix Plus, Poznań 1995

Anna Pachocka „Dzieciństwo we dworze szlacheckim w I połowie XIX wieku”, Wydawnictwo Avalon, Kraków 2009

/

KONKURS – Przedłużamy wakacje!

02.10.2011

 

Podczas naszych wakacji w Anglii, odpoczęliśmy i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Maja nauczyła nas też – bardzo lubianej przez angielskie dzieci – wyliczanki, której znajomość bardzo przydaje się w brytyjskiej szkole:)

Żadnego związanego z Henrykiem VIII czy z Tudorami miejsca, nie odwiedziliśmy, ale z poprzedniego pobytu polecam Hever Castle, rodzinną siedzibę Anny Boleyn, z pięknym ogrodem i labiryntami (w tym jednym wodnym, pełnym tryskających pułapek).

Wyliczanka przypomniała mi o pierwszych w moim życiu puzzlach. Tak naprawdę dostali je kiedyś w prezencie moi rodzice, a wyciągane z szafy i układane były z pewnym respektem, należnym w komunistycznej rzeczywistości, rzeczom przywożonym „z zachodu”.

Teraz miały w końcu okazję ułożyć je moje córki, co przy 400 elementach zabrało im trochę czasu, ale utrwaliło wyliczankową wiedzę o żonach Henryka VIII i było okazją do porozmawiania o ich losach.

Sześć żon Henryka VIII - puzzle

Cały czas wspominamy też jeszcze miłe wakacyjne chwile, przeglądając zdjęcia. Powstały też klockowe budowle zainspirowane Londynem….

Big Ben

…i praca plastyczna z muszelek zebranych na plaży w Boscombe….

Obrazek z muszelek

Jestem pewna, że i Wy wciąż wspominacie swoje wakacyjne wyprawy. Dlatego postanowiliśmy ogłosić konkurs na pracę plastyczną lub budowlę z klocków, inspirowaną miejscami gdzie wypoczywaliście.

 

ZASADY KONKURSU:

 

1. W konkursie mogą wziąć udział klienci sklepu Pikinini, którzy choć raz, do dnia zakończenia konkursu, dokonali zakupu na stronie Pikinini.pl

 

2. W konkursie mogą wziąć udział również bloggerzy, którzy oprócz przesłania zdjęcia pracy konkursowej, zamieszczą na swoim blogu informację o konkursie wraz z naszym banerem (wyślemy na maila).

 

3. Czekamy na dziecięce prace plastyczne w dowolnej technice lub budowle z klocków, inspirowane wakacyjnymi wyprawami. Mile widziany będzie krótki opis rodzica dołączony do zdjęcia.

 

4. Konkurs trwa od 3 – 22 października 2011 r.

 

5. Nagrody dla klientów sklepu Pikinini:

 

- Drewniana kolejka z torem rozłożonym wśród znanych zabytków

- Lupa z pojemnikiem

- książka „Z notatnika młodego podróżnika. Pojazdy i nie tylko”

 

6. Nagrody dla bloggerów:

 

- Małe drewniane klocki MIASTECZKO

- Gra memo „Uczymy ekologii”

- książka „Z notatnika młodego podróżnika. Pojazdy i nie tylko”

 

7. Zdjęcia prac prosimy przesyłać na adres: pikinini@pikinini.pl

Konkurs

/

Dinozaury i królik Tuptuś czyli Londyn i prowincja

01.10.2011

 

W czasie naszego pobytu w Wielkiej Brytanii, zaczęły się zamieszki w Londynie. Kiedy zrobiło się spokojniej, zabraliśmy dzieci na jeden dzień do stolicy.

No cóż, chyba nie przepadam za tłumami ludzi i mimo, że londyńskie muzea i miejskie atrakcje są bardzo kuszące, to na dłuższy, wakacyjny pobyt z dziećmi polecam raczej angielską prowincję:)

 

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Muzeum Historii Naturalnej. Kiedy byliśmy w nim poprzednio, Rozalka miała 4 lata. Z wizyty najbardziej zapamiętała piernikowe ciastko z dinozaurem i takie samo chciała teraz zjeść Zosia. Najpierw jednak, wraz z tłumem zwiedzających przedzieraliśmy się przez sale ekspozycyjne.

Muzeum Historii Naturalnej, Londyn

Galeria dinozaurów urządzona jest świetnie. Szczątki kopalne i szkielety, uzupełnione są modelami, ciekawostkami i eksperymentalnymi aktywnościami. Mi, niezmiennie, najbardziej podoba się gniazdo małych dinozaurów.

Dinozaury w Londynie

Zwiedziliśmy jeszcze galerię opowiadającą o działaniu ludzkiego ciała i kolejną z ssakami.

Natural History Museum

London Natural History Museum

Dzieciom bardzo się podobało. Z mojego punktu widzenia, ekspozycje wymagałyby jednak już pewnego „odświeżenia”.

Kiedy przyszedł czas na dinozaurową przekąskę, wspominanego przez Rozalkę ciastka nie można już było jednak kupić. Na pociechę, Zosia dostała ryczącą straszliwie głowę dinozaura z kłapiącą szczęką, która towarzyszyła nam w dalszym zwiedzaniu.

Muzeum jest świetnym miejscem na wypady podczas dłuższego pobytu w Londynie, ale trudno je objąć jednorazowo, zwłaszcza w czasie wakacji, kiedy ilość zgromadzonych tu ludzi jest przytłaczająca.

 

Dzieci były już trochę zmęczone, ale bardzo chciały zobaczyć londyńskie zabytki, Big Bena i London Eye. Najlepszym pomysłem okazał się więc trzygodzinny bilet na turystyczny autobus, z którego górnego, odkrytego pokładu, wszystkie te atrakcje spokojnie i wygodnie obejrzeliśmy:) Oczywiście w towarzystwie ryczącego co jakiś czas, plastikowego dinozaura!

Londyn z pokładu turystycznego autobusu

London

Zadzieramy głowę w Londynie

Londyn

Do domu wróciliśmy późnym wieczorem, a rankiem wspominając londyńskie, zatłoczone ulice…

W Londynie

…postanowiliśmy dotlenić się wiejskim powietrzem. Na spacer wybraliśmy jedną z pieszych ścieżek wokół Hartley Wintney, gdzie mieszkaliśmy…

Footpath

Tu też spotkaliśmy zwierzę, nie mniej atrakcyjne niż wszystkie londyńskie dinozaury! Na ścieżce kicał sobie dziki królik, który zupełnie nie uciekał gdy się zbliżyliśmy. Natychmiast otrzymał od Zosi polskie imię – Tuptuś. Ciekawe czy rozumiał coś ze skierowanej do niego długiej przemowy, składającej się ze słów zachwytu i zachęty by poszedł za nami (najlepiej aż do Polski;) Wydawał się wahać przez chwilę, ale widać wzywały go jakieś ważne sprawy bo niespiesznie i z dużym ociąganiem oddalił się jednak w kierunku krowiego pastwiska.

Spotkanie z królikiem Tuptusiem

My również musieliśmy już wracać. Następnego dnia czekała nas powrotna podróż. Zatrzymaliśmy się jeszcze w parku Virginia Water, obeszliśmy wokół jezioro, obejrzeliśmy antyczne ruiny, totem kanadyjskich Indian i gigantyczne sekwoje…

Virginia Water

… a wieczorem dojechaliśmy do Harwich, skąd czekała nas nocna przeprawa promowa do Holandii.

/

Dzień w Basildon Park

25.09.2011

 

Jeśli kiedykolwiek w Polsce powstanie organizacja podobna do brytyjskiej National Trust, zapisuję się do niej od razu. Jesteśmy krajem w którym należy zaopiekować się mnóstwem niszczejących dworów, a te już wykupione i zagospodarowane, dobrze byłoby choć czasowo i w części otworzyć dla miłośników historii i pięknych miejsc. W Europie, rządy czy społeczne organizacje potrafią w różny sposób monitorować takie działania. Pamiętam choćby wizyty w małych francuskich zamkach będących w rękach prywatnych. Otwierane dla publiczności tylko latem (raz, dwa razy w tygodniu), gdzie można było spotkać właścicielkę-hrabinę w kapciach i porozmawiać z nią o wyprowadzanym właśnie na spacer jej śmiesznym pudelku. W innym zamku, mieszkańcy pobliskiego miasteczka przez całe lato przygotowywali przedstawienie z czasów wypraw krzyżowych, na które pod koniec sierpnia pojechaliśmy z moimi francuskimi przyjaciółmi. Publiczność rozpoznawała wśród aktorów własnych sąsiadów, a wieczorem wszyscy razem biesiadowali przy ogniskach.

Wiem, że nasze rezydencje są w większości bardzo zniszczone wichrami historii, ale nawet ruiny można w jakiś sposób pielęgnować, nie mówiąc już o parkach. Tymczasem, albo się je odgradza nieprzekraczalną bramą, albo dewastuje do końca. W najlepszym wypadku powstają hotele, ale ich właściciele w większości raczej nie krzewią kultury wśród miejscowej i przyjezdnej ludności. Nawet w odrestaurowanych, wielkich pałacach muzealnych, brakuje zwyczajnych integracyjnych i edukacyjnych imprez, sklepików, kawiarni finansujących częściowo obiekt.

Bardzo cieszyły mnie wizyty w angielskich posiadłościach, ale tym bardziej przykro było mi myśleć o naszych polskich dworach i folwarkach.

 

Basildon Park w Berkshire jest, od 30 lat, własnością National Trust, podarowaną im przez lorda i lady Iliffe. Posiadłość przez ponad 40 lat stała opustoszała i zniszczona, ale kiedy w 1952 roku kupiło ją małżeństwo Iliffe zaczęła się jej ponowna świetność. We wnętrzach zachowano klimat lat pięćdziesiątych XX wieku, co nie jest często spotykane w XVIII wiecznych budynkach.

Posiadłością i ogrodem zajmuje się mnóstwo wolontariuszy National Trust. Jest tu też sklepik, księgarenka z używanymi książkami i kawiarnia serwująca domowe ciasta i ciepłe lunche.

Basildon Park zagrał również w trzech filmach i to nie byle jakich: „Duma i Uprzedzenie”, „Maria Antonina” i „Dorian Gray”.

 

W dniu w którym my tu przyjechaliśmy organizowano warsztaty dla dzieci. Dzień był słoneczny więc gości przyjechało dość dużo. Wśród nich przeważali emeryci i grupy matek z wózkami i dziećmi – widać, że miejsce służy świetnie okolicznym mieszkańcom.

Przy wejściu, można ze sporego koszyka wybrać zabawki ogrodowe, które oddaje się wychodząc. Dziewczynki wzięły skakanki i kręgle.

Basildon Park

Wraz z biletami, dostaliśmy też karty z różnymi zadaniami związanymi tematycznie z posiadłością.

Zadania w Basildon Park

Warsztaty dla dzieci odbywały się w starej kuchni, będącej w okresie XVIII w., również miejscem zamieszkania żeńskiej służby.

Old kitchen Basildon

Zaaranżowano więc tu, związane z tym czasem, kąciki edukacyjne. Dzieci mogły zobaczyć co jadano, jak gotowano, zważyć ogromne cebule na starej wadze…

Warsztaty dla dzieci w Basildon

…wykonać pachnące torebeczki z lawendą i przebrać się w stroje dawnych służących.

Jak zrobić torebki z lawendą

Do kuchni wchodziło się tego z małego patio, skąd przechodziło się również do ogrodu i do restauracji, gdzie zjedliśmy lunch. Zarówno przy warsztatach jak i przy serwowaniu potraw pracowali wolontariusze National Trust, w większości starsze, uśmiechnięte osoby.

Ogródek kawiarniany w Basildon

Dużo rodzin przyjechało z dużymi koszami piknikowymi i rozkładało koce na ogrodowym trawniku. My, ruszyliśmy w głąb ogrodu, odkrywając po drodze różne malownicze zakątki i gry.

Ogród w Basildon

Niemniej ciekawe okazało się też wnętrze domu. W holu można było zagrać na fortepianie, a kolejne pomieszczenia urządzone były tak jak w latach pięćdziesiątych, gdy rezydowała tu Lady Iliffe. Dziewczynkom najbardziej podobały się wystawione na manekinach suknie, łazienki z toaletkami i pokój w którym wszystkie ściany wyłożono muszlami, ale największym hitem były maszyny do pisania, które można było używać. Początkowo zupełnie nie wiedziały jak na nich pisać!

Wnętrza Basildon

Muszle i wnętrza z lat pięćdziesiątych w Basildon

Najprzyjemniejszym miejscem była chyba jednak ogromna kuchnia pełna sprzętów i książek kucharskich pochodzących również z lat pięćdziesiątych. Panie w kolorowych fartuszkach, używając starych piecyków i foremek, piekły sterty pachnących ciasteczek, częstując gości.

Kuchnia z lat pięćdziesiątych

Dziewczynki nie chciały stąd wychodzić, a i ja chętnie wracałabym częściej do Basildon Park. Mam nadzieję, że w podobny sposób ożyją kiedyś nasze wielkopolskie rezydencje, choćby te najpopularniejsze w Kórniku czy w Rogalinie. Zgłosiłabym się tam od razu jako wolontariuszka do pieczenia ciastek;)

/

Tam gdzie kąpali się Rzymianie

22.09.2011

 

Bath jest jednym z ładniejszych miast jakie kiedykolwiek widziałam. Pięknie położone wśród wzgórz, świetnie rozplanowane urbanistycznie, z mnóstwem zieleni i starych domów zbudowanych z miejscowego kamienia. Nie dziwi, że zostało wpisane na listę UNESCO.

Najwięcej turystów gromadzi się w łaźniach, które zbudowali tu – wokół jedynych w Anglii – gorących źródeł – Rzymianie. Urządzone w miejscu świątyni i starożytnego spa, muzeum jest ciekawe i nowoczesne, i dzieciom (mimo zakazu moczenia się w źródlanej wodzie) nie będzie się tu nudzić.

Łaźnie w Bath

W rzymskich łąźniach

Trasa zwiedzania wiedzie mrocznymi korytarzami, wśród przechadzających się mężczyzn w togach i utrefionych matron. Dzięki wyświetlanym na ścianach ruchomym obrazom, wydaje się jakby rzymskie duchy wciąż przebywały w tym miejscu.

W czeluściach rzymskich łaźni

Wśród Rzymian

Można zajrzeć do podziemnych czeluści skąd wypływają gorące wody…

Gorące źródło w Bath

Kanały i świątynne pozostałości w Bath

…a odkryte zabytki są nie tylko opisane, ale też w większości zrekonstruowane, tak by można im się bliżej przyjrzeć, dotknąć, a nawet wypróbować jak działały…

Muzeum rzymskich łaźni w Bath

Zgodnie z najpopularniejszym chyba turystycznym rytuałem, Zosia wrzuciła polską monetę do sadzawki wokół której rozsiadły się rzymskie cienie…

Rzymianie w łaźni

Bardzo ciekawa była również ta interaktywna makieta. Dotykając, którejś z poruszających się tu postaci, wywoływało się ją na ekranie. W ten sposób, również niewolnicy stanowiący obsługę łaźni, mieli szansę opowiedzieć o sobie…

Makieta łaźni w Bath

Po zwiedzeniu łaźni, mieliśmy wielką ochotę na kąpiel w leżącym nieopodal współczesnym spa. Niestety, nie mogą tam wchodzić dzieci poniżej 12 lat, więc wybraliśmy się na spacer po mieście. Domy zbudowane są wokół zielonych skwerów, a centrum otaczają parki i drzewa…

Bath

Spacer po Bath

Podnosząc wzrok jeszcze wyżej, widzi się otaczające miasto wzgórza.

Plac zabaw usytuowany w jednym z parków, zbudowano chyba wg podobnego założenia jak miasto;) Zjeżdżalnie, karuzele i drabinki rozłożono na małych pagórkach. W wydzielonym miejscu znajduje się tu również strefa dla – jeżdżących na rolkach, sportowych rowerach – nastolatków.

Plac zabaw w Bath

Częścią parku, był również ogrodzony, ale otwarty dla wszystkich, ogród botaniczny. Pełen zacisznych zakątków, romantycznych ławeczek i zwierzaków.

Ogród botaniczny w Bath

Dzięki pięknej pogodzie, mogliśmy długo cieszyć się podziwianiem miasta. Najciekawszym dla mnie miejscem, była chyba przestrzeń zwana the Circus. Nie mogliśmy napatrzeć się na otoczone żelaznymi płotami miniaturowe ogródeczki, do których schodziło się po stromych schodach do poziomu piwnicy.

The Circus Bath

Bardzo chciałabym tu jeszcze wrócić.

/