O dzieciństwie spędzanym w różnym czasie, w różnych miejscach, o dzieciach w sztuce i w codzienności, o książkach, zabawach i twórczym spędzaniu wspólnego czasu.
Świąteczna pogoda nie sprzyjała powstaniu planowanych lodowych rzeźb, które dziewczynki, zainspirowane dziełami wystawionymi na poznańskim Starym Rynku, chciały wykonać;) Młodsza, zamroziła nawet potajemnie bryłki lodu w zamrażalniku, ale na szczęście odkryłam je zanim zdążyła zabrać się za „rzeźbienie” nożem.
No cóż, nawet śniegowy bałwan nie mógł w święta zastąpić lodowych rzeźb, skoro zabrakło w naturze podstawowego budulca.
Sztuka land artu, zaistniała w naszym ogródku tylko w postaci zbudowanego z kamieni Dziobaka;)
Z uroków zimy, możemy na szczęście korzystać na pobliskim sztucznym lodowisku.
W zeszłym sezonie zimowym, w czasie hucznego otwarcia, podziwialiśmy pokazy gry hokeja i jazdy figurowej. Niestety, szkółki łyżwiarskiej, nie ma ciągle ani w Swarzędzu, ani w Poznaniu. Jazdę figurową pozostaje nam oglądać w internecie.
Opowiadam też dziewczynkom o tym jak sama uczyłam się jeździć na poznańskiej Bogdance…
…choć moje umiejętności, ani w przedszkolu, ani w czasie studiów, nie osiągnęły niestety poziomu, który pozwoliłby mi zaprezentować im taniec do muzyki z baletu „Dziadek do Orzechów”;)
Na naszym swarzędzkim lodowisku, odtwarzana jest zresztą taśma ze zgoła inną muzyką. Ostatnio ślizgałyśmy się w rytm melodii „Jedzie pociąg z daleka” oraz piosenek zespołu Modern Talking;)
Z jazdy korzystamy w sobotnie poranki, kiedy to lodowisko otwarte jest tylko dla dzieci. Trudno wstać kiedy za oknem jest jeszcze ciemno, ale dzięki temu mamy całą lodową taflę praktycznie dla siebie.
Innych amatorów porannej jazdy, jak dotąd nie spotkałyśmy na naszym lodowisku. Jazdy na łyżwach, uczy dzieci miejscowy trener hokeja, który zapewne jednak nie będzie wprowadzał w czasie kolejnych lekcji, wymarzonych przez dziewczyny piruetów.
Mimo tego, bardzo cieszymy się z naszego lodowiska!
Od kilku dni towarzyszy nam mróz i wirujące płatki śniegu.
Dla dziewczynek, był to również czas intensywnego wirowania na scenie. Przedstawienie „Kochamy bajki” podsumowywało kolejne pół roku pracy w studiu baletowym do którego uczęszczają.
Muzyka, która była wykorzystana w przedstawieniu, pochodziła z filmów animowanych…
Po zakończeniu spektaklu poszliśmy na kolację do restauracji. Spacer przez poznański Stary Rynek był trochę kontynuacją baśniowego nastroju, który doświadczyliśmy w teatrze. Wśród lodowych rzeźb, które rozgościły się na mroźnym rynku, świetnie czułaby się pewnie Królowa Śniegu :–)
Zdjęcia rzeźb lodowych wykonał kolega z pracy mojego męża
Oprócz rzeźb, płytę Starego Rynku zdobiła też rozświetlona, ogromna choinka…
Radosnych, baśniowych i mroźnych Świąt Bożego Narodzenia życzy Pikinini!
Pierników w tak licznym gronie jeszcze nie piekłam.
Moje córki przygotowywały się do baletowego przedstawienia, a ja towarzyszyłam dzieciom, które przyszły do poznańskiej Księgiręki, by upiec muminkowe pierniczki.
Dzieci z zapałem zabrały się za wałkowanie, posypywanie mąką i wykrawanie pierniczków.
Powstawało coraz więcej pachnącychMuminków, Włóczykijów, Tatusiów Muminka i Małych Mi.
Okazało się, że foremka w kształcie Muminka, z powodzeniem może posłużyć, również do wykrojenia pierniczkowej Panny Migotki czy Mamusi Muminka. Wystarczy je tylko, jak stwierdziły dzieci, później odpowiednio udekorować.
Wszystkie pierniki zostały ułożone na – opisanym imionami dzieci – papierze do pieczenia, po czym powędrowały do piekarnika.
W tym czasie jedna z prowadzących warsztaty pań, czytała dzieciom fragmenty książki „Opowiadania z Doliny Muminków”.
Później, kiedy powróciły tace z ciepłymi pierniczkami, trudno już było skupić się na lekturze i część muminkowych pyszności została skonsumowana.
Zadaniem dzieci było jeszcze wykonanie świątecznych kartek z życzeniami…
…które za pomocą wstążeczek, zostały przyczepione do prezentowych torebek. Torebki wypełniliśmy upieczonymi piernikami.
„Majster Klepka” to nowy, rodzinny kwartalnik z wycinankami-sklejankami. W niedzielę byłyśmy w Księdzeręce, na warsztatach promujących pierwszy numer.
Dzieci otrzymały arkusze kartonu w narysowaną wycinanką, którą ozdobiły rysunkami i naklejkami.
Przy wycinaniu poszczególnych części pomagałam młodszej córce. Razem też złożyłyśmy kartonowego ludka. Podczas składania i sklejania, naśladowałyśmy pracę mojej starszej córki, która swojego „Henia” złożyła nadzwyczaj sprawnie. Ludzik młodszej też otrzymał to samo imię, przy czym dodatkowo został ozdobiony napisem „BAL”, które to słowo – w ramach intensywnie ostatnio ćwiczonych przez naszą sześciolatkę umiejętności czytania – zostało zauważone w drodze do Księgiręki. Jedna z poznańskich restauracji reklamowała już bal sylwestrowy:)
Kartonowe Henie przyjechały do naszego domu wraz pierwszym numerem „Majster Klepki”. Moja młodsza córka ubrała swojego Henia w lalczyne ubranka i położyła do kartonowego łóżeczka. Ludzik okazał się być – na szczęście – solidnie sklejony i złożony. W tym czasie starsza córka kończyła już prawie składanie „majsterklepkowej” wycinanki sklepu mięsnego pani Leokadii i Mieczysława Golonko, o wdzięcznej nazwie PPHU „Mięso Drób Wędliny”.
Widok tego kartonowego sklepu nastroił mnie wspomnieniowo i podczas układania papierowych plasterków wędlin na ladzie chłodniczej, opowiedziałam dziewczynkom o sklepach mięsnych mojego dzieciństwa, kartkach, pustych półkach i książkach przeczytanych podczas długich godzin spędzonych w kolejkach. Dziewczynki od razu nabrały ochoty na kanapki z szynką:)
Obchody Święta Niepodległości, łączą się w Poznaniu ze świętowaniem imienin ulicy Święty Marcin. W tym dniu ulicą przemaszerowuje barwny korowód charakterystycznych dla Poznania postaci, na czele z jadącym na białym koniu św. Marcinem. To bardzo miłe święto, ale co roku gromadzi chyba coraz więcej Poznaniaków i gości, a ulica nie jest bardzo szeroka. W zeszłym roku całkowicie zawiedli organizatorzy i razem z dziećmi znalazłyśmy się w tak strasznym ścisku, że chyba tylko święty patron ulicy uchronił nas przed zaduszeniem.
Postanowiłam więc, że 11 listopada będziemy już unikać ulicznego tłumu, a dzieciom przypominam o św. Marcinie podczas wizyt w poznańskiej katedrze, gdzie wisi jeden z ciekawszych obrazów ilustrujących legendę świętego – „Wjazd św. Marcina do Amiens” (1658) Krzysztofa Boguszewskiego.
Na obrazie wyszukać można postacie z historii Polski i ciekawe szczegóły wyglądu ludzi, koni czy budynków.
11 listopada należy również zjeść obowiązkowo rogala świętomarcińskiego. Zwyczaj ten, przestrzegany jest oczywiście skrupulatnie i rozciąga się również na kilka dni poprzedzających i następujących po święcie:)
My nasze rogale zjedliśmy w domu babci i dziadka dziewczynek…
…a potem wybraliśmy się do pobliskiego lasu, gdzie ludzi spotyka się znacznie rzadziej niż na ulicy Święty Marcin.
W lesie mieszka za to mnóstwo skrzatów. Te, które my odwiedzamy mają swoją siedzibę pod korzeniami jednej ze starych wierzb.
Już od kilku lat w konarach swojego drzewa, skrzaciki zostawiają listy. Początkowo adresowane były do mojej starszej córki, teraz skrzaciki piszą do jej młodszej siostry.
Tym razem oprócz listu, ulubienica skrzacików znalazła też aniołka uszytego ze sznurka i zgrzebnego materiału. Nie każdy znajduje w lesie takie skarby:)
Wszystkich mieszkańców Poznania i zaglądających do naszego miasta gości, serdecznie zapraszamy do centrum SPOT.,gdzie od wczoraj rozgościły się zabawki sklepu Pikinini.
Centrum SPOT. mieści się w budynku starej elektrowni, który po gruntownej rewitalizacji stał się – łączącym historię z nowoczesnością – miejscem wystaw, prezentacji działań związanych ze sztuką, architekturą i modą, warsztatów artystycznych oraz kulinarnych. Można tu też kupić i skosztować nietuzinkowe gatunki win, czy nabyć unikatowe przedmioty użytkowe (i nie tylko) zaprojektowane przez grono współpracujących ze SPOT. projektantów.
Na stronach internetowych Centrum można przeczytać iż:
„Niepowtarzalną atmosferę, SPOT. zawdzięcza połączeniu oryginalnej XIX-wiecznej architektury przemysłowej z nowoczesnym, minimalistycznym wystrojem wnętrza i unikalną ofertą. SPOT. jest miejscem dla wszystkich, łączącym magiczną przestrzeń z twórczą energią wszystkich odbywających się tu działań.”
Wielokrotnie nasza rodzina doświadczyła realności tej deklaracji, uczestnicząc w warsztatach mieszczącej się tu również „KSIĘGIRĘKI”,czy też delektując się pysznymi koktajlami przy restauracyjnym stoliku.
Cieszymy się, że możemy zaprosić tutaj i naszych klientów. Od wczoraj, w SPOT. można kupić wybrany asortyment zabawek Pikinini.
Jeszcze nie tak dawno, wykonanie rodzinnej fotografii było prawdziwym świętem, a niewielkie pudełko ze zdjęciami bliskich czy ozdobny album, był cenną, przekazywaną w rodzinie pamiątką. Dziś, grozi nam raczej nadmiar zdjęć, a dzieciom chyba trudno wyobrazić sobie z jaką trudnością wiązało się kiedyś fotografowanie.
Niedawno wzięłyśmy udział w rodzinnych warsztatach, na których dzieci i ich rodzice mogli doświadczyć trudności i sukcesów pionierów fotografii i filmu.
Na początku obejrzeliśmy przykłady starych fotografii. Później rysowaliśmy portrety przy użyciu urządzenia o nazwie camera lucida. Rysowany model widziany był w lusterku przy odwróconym szkicu rysownika. Dzięki temu portrety stawały się prawie fotograficznym jego odzwierciedleniem:)
Kolejne urządzenie, dzieci musiały skonstruować samodzielnie. Była to camera obscura wykonana z pudełka po butach, z użyciem kalki technicznej. Wszyscy mogli cieszyć się później odwróconym widokiem jesiennych drzew.
Podobny aparat z użyciem soczewki, został też zbudowany z wielkiego kartonowego pudła…
Następnie zajęliśmy się luksografią. Z czarnego papieru dzieci wycinały figury, nakładane później na papier fotograficzny. Po ich naświetleniu i utrwaleniu, otrzymaliśmy pamiątkowe fotografie naszych dzieł.
Duże emocje wzbudziło też wykonanie własnego filmu animowanego. Pomogło nam w tym urządzenie o nazwie zoetrop. Taśma, na której dzieci rysowały scenkę z kolejnymi etapami ruchu, wkładana była do zoetropu i przez szczeliny oglądaliśmy ruchome historyjki.
Teraz już łatwiej rozmawiać nam o tym, jak wyglądał świat w którym nieznano jeszcze fotografii.
Dziś miasto również bardzo namawia do zwiedzania ogrodu zoologicznego. Już nie tego – starego zoologu – czynnego nieprzerwanie od 135 lat. W Poznaniu mamy nowe, ogromne zoo z wygodnymi dla zwierząt wybiegami i tam raczej podążają rodzinne wycieczki, zwłaszcza od kiedy otwarto w nim dużą, nowoczesną słoniarnię. W ostatni weekend mnóstwo Poznaniaków wyruszyło obejrzeć nowo przybyłą słonicę.
Być może dlatego, w starym opuszczonym już przez większość zwierząt ogrodzie, nie było prawie żadnych spacerowiczów.
Wybrałam się tam wraz z moimi przyjaciółkami i naszymi dziećmi. Zoo staje się teraz pięknym, osadzonym w środku miasta parkiem, pełnym pamiątek przeszłości i naszych nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa.
Naszym dzieciom zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcie przy starej rzeźbie wilka, na którego grzbiecie siadywali chyba wszyscy mali Poznaniacy. Wielu z nich ma zapewne w swoich albumach okolicznościowe zdjęcie, podobne do tego na którym rodzice uwiecznili mnie i siostrę.
Historia zoologu rozpoczęła się gdy właścicielowi dworcowej restauracji, członkowie stowarzyszenia w którym działał, podarowali na pięćdziesiąte urodziny zakupione przez siebie zwierzęta: świnie, kaczki, kozy, pawia, koguta, królika, a także nabyte od Cyganów – niedźwiedzia i małpę.
Zoo zarządzane było przez Niemców, Polaków i Żydów. Było dumą Poznania.
Kiedy więc w trudnych latach po pierwszej wojnie światowej, zamykano w Europie kolejne ogrody, Poznaniacy bardzo starali się udowodnić własną gospodarność i utrzymać zoo. W wielu opustoszałych klatkach umieszczono z braku innych zwierząt rozmaite rasy królików, a Poznaniacy tłumnie je odwiedzali. Chyba nigdzie na świecie króliki nie cieszyły się taką oglądalnością co wówczas w Poznaniu. Dzięki tej akcji, poznańskie zoo, jest najdłużej działającym zwierzyńcem w Polsce.
Przy okazji przybywających ostatnio do Poznania nowych słoni, warto przypomnieć też ich poprzedników, nie mających szczęścia zakosztować komfortu nowej słoniarni.
Przeprowadzki do nowego zoo, nie doczekała nasza sympatyczna słonica Kinga. Zdechła w 2003 roku po przeżyciu w Poznaniu 48 lat. Przywieziono ją gdy była małym 3,5 letnim słonikiem, złapanym w Indiach. Szkoda, że musiała resztę swojego życia spędzić na betonowym wybiegu.
W pamięci starszych Poznaniaków, zapisał się też Mały Cohn, który jako uciekinier z cyrku, był bohaterem – jedynego w dziejach naszego miasta – polowania na słonia.
Polowanie miało miejsce jeszcze przed pierwszą wojną, a Mały Cohn po złapaniu, zamieszkał w zoo.
Spacerowałyśmy wśród starych, pustych już klatek. Wciąż pamiętam jakim przerażeniem napawały nas mieszkające tu drapieżne koty i niedźwiedzie.
Dziś pozostało w ogrodzie jeszcze trochę mniejszych zwierząt. Atrakcją dla dzieci są sympatyczne kózki i owieczki, oglądać można ptaki, ryby i gady.
Zbudowano nowe place zabaw, ale jest też i stara wiekowa już chyba karuzela.
Zwiedzajcie i popierajcie Ogród Zoologiczny w Poznaniu:)
„Za każdym razem noce robią się ciemne całkiem niepostrzeżenie. Jakiegoś wieczora w sierpniu wychodzi się na dwór i nagle wszystko jest czarne jak smoła, wielka ciepła czarna cisza otacza dom. Jest nadal lato, ale już ono nie żyje, zatrzymało się nie więdnąc i jesień już stoi u progu.”
Tak kończy się lato, które mała Sophia i jej babka spędzają na swojej wyspie w Zatoce Fińskiej.
Są tam właściwie same, tata dziewczynki nad czymś pracuje, czasami przypływa ktoś w odwiedziny lub to one płyną do miasteczka po pocztę.
W książce Tove Jansson „Lato” nie ma wartkiej akcji, w płynącym wolno i melancholijnie czasie, na niewielkim kawałku lądu otoczonym morzem, spotykają się babka i wnuczka. To ich przestrzeń, ich wspólny czas.
„Wszystko było w porządku a jednak zgaszone głęboką melancholią. Był to sierpień z upalnymi i ładnymi pogodami, ale cokolwiek się zdarzyło, dla babki był to tylko czas, który dokładał się do czasu, tak jak wszystko jest tylko marnością i ściganiem wiatru.”
Babce chciało się często spać, musiała zażywać tabletki na serce, chodziła o lasce i czasami musiała szukać wypadającej jej sztucznej szczęki. Twierdziła „że kiedy człowiek robi się taki stary, jest cała masa rzeczy, w których nie można już brać udziału…” a jednak jak zauważyła Sophia nie było to prawdą. Babka „brała udział cały czas. Robiły dokładnie to samo”. Razem skradały się, chowały w krzakach, szukały wyrzuconych przez morze skarbów, włamywały się do domku sąsiednich letników. Inicjatorem wszelkich akcji była babcia, która na dodatek gorszyła często bojaźliwą Sophię swoim prowokacyjnym zachowaniem i używaniem przekleństw.
Tylko na nocleg w namiocie babka nie mogła już się zdecydować, choć „była w młodości komendantką harcerek i to w gruncie rzeczy było jej zasługą, że młodym dziewczętom pozwalano w owym czasie zostać harcerkami…”
„– Masz opowiedzieć, jak to jest być harcerzem i o wszystkim, co robiłyście – mówiła Sophia.
Bardzo dawno temu babka miała ochotę opowiadać o wszystkim, co robiły, ale akurat wtedy nikt o to nie pytał. A teraz ta ochota minęła.” Wielu rzeczy nie mogła już sobie przypomnieć, ale Sophia opowiadając o własnym noclegu w namiocie, pomogła jej przywołać przyjemne wspomnienia.
Babka umiała się bawić, cenić życie i niezależność, i w mądry sposób uczyła tego wnuczkę.
Czytając tę książkę zastanawiałam się czy babka i dziewczynka nie spotkały się na wyspie gdzieś poza czasem, będąc tak naprawdę tą samą osobą. Nie wiedziałam tylko czy samotne wakacje są udziałem dziecka, które rozmyśla o ważnych sprawach wyobrażając sobie posiadanie niezwykłej babci, czy też staruszka wraca we wspomnieniach do swojego dzieciństwa.
Cieszę się, że właśnie teraz, pod koniec lata, przeczytałam tę niezwykle melancholijną, ale też pełną humoru opowieść autorki cyklu o Muminkach.
W minionym tygodniu właśnie kolejny raz znalazłyśmy się “W Dolinie Muminków.” Czytaną przez Krzysztofa Kowalewskiego książkę, słuchałyśmy w czasie jazdy autem.
U naszych ulubionych trolli też nastał właśnie koniec sierpnia: “Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem (…). W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział dlaczego.”
Mama Muminka z okazji odnalezienia swojej torebki urządziła – kończące lato – przyjęcie.
My postanowiłyśmy wobec tego również miło zakończyć nasze wakacje. Zaczęłyśmy od przyrządzenia na śniadanie naleśników, choć zdecydowanie nie tak wielu jak Mama Muminka, która z powodu licznych gości rozrabiała ciasto naleśnikowe w wannie.
„Potem nikt już nie był w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o wielkim festynie sierpniowym.” Festyn był akurat organizowany w firmie w której pracuję:)
Po powrocie do domu, podobnie jak Muminki, pozapalałyśmy w ogrodzie lampki i latarenki.
„…iskrzyło od robaczków świętojańskich, a lampiony na drzewach, podobne do wielkich błyszczących owoców, kołysał nocny wietrzyk.”
Nie mamy niestety w ogrodzie robaczków świętojańskich, wieczór umilały nam za to świerszcze. Nie musiałyśmy wcale tak jak Tatuś Muminka „wynosić do ogrodu radia, nastawiając muzykę taneczną z zagranicy.” Świerszczyk grał tak głośno, że i na naszym tarasie, jak w Dolinie Muminków „zakipiało od tańca, podskoków tupania, wywijasów i trzepotu skrzydeł.” Dzięki blaskowi ognia, taniec „świerszczyka” można było oglądać w formie teatru cieni na ścianie naszego domu.
“Teraz już chłodna jesień wkroczy do Doliny Muminków. Bo inaczej jakże mogłaby znowu przyjść wiosna?”
Dla mamy: Tove Jansson „Lato”, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1984
Dla dzieci:Tove Jansson „W Dolinie Muminków”, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2007