Dzieci w ogrodzie Podróże z dziećmi Wszystkie kategorie

Dzień w Basildon Park

25 września 2011

 

Jeśli kiedykolwiek w Polsce powstanie organizacja podobna do brytyjskiej National Trust, zapisuję się do niej od razu. Jesteśmy krajem w którym należy zaopiekować się mnóstwem niszczejących dworów, a te już wykupione i zagospodarowane, dobrze byłoby choć czasowo i w części otworzyć dla miłośników historii i pięknych miejsc. W Europie, rządy czy społeczne organizacje potrafią w różny sposób monitorować takie działania. Pamiętam choćby wizyty w małych francuskich zamkach będących w rękach prywatnych. Otwierane dla publiczności tylko latem (raz, dwa razy w tygodniu), gdzie można było spotkać właścicielkę-hrabinę w kapciach i porozmawiać z nią o wyprowadzanym właśnie na spacer jej śmiesznym pudelku. W innym zamku, mieszkańcy pobliskiego miasteczka przez całe lato przygotowywali przedstawienie z czasów wypraw krzyżowych, na które pod koniec sierpnia pojechaliśmy z moimi francuskimi przyjaciółmi. Publiczność rozpoznawała wśród aktorów własnych sąsiadów, a wieczorem wszyscy razem biesiadowali przy ogniskach.

Wiem, że nasze rezydencje są w większości bardzo zniszczone wichrami historii, ale nawet ruiny można w jakiś sposób pielęgnować, nie mówiąc już o parkach. Tymczasem, albo się je odgradza nieprzekraczalną bramą, albo dewastuje do końca. W najlepszym wypadku powstają hotele, ale ich właściciele w większości raczej nie krzewią kultury wśród miejscowej i przyjezdnej ludności. Nawet w odrestaurowanych, wielkich pałacach muzealnych, brakuje zwyczajnych integracyjnych i edukacyjnych imprez, sklepików, kawiarni finansujących częściowo obiekt.

Bardzo cieszyły mnie wizyty w angielskich posiadłościach, ale tym bardziej przykro było mi myśleć o naszych polskich dworach i folwarkach.

 

Basildon Park w Berkshire jest, od 30 lat, własnością National Trust, podarowaną im przez lorda i lady Iliffe. Posiadłość przez ponad 40 lat stała opustoszała i zniszczona, ale kiedy w 1952 roku kupiło ją małżeństwo Iliffe zaczęła się jej ponowna świetność. We wnętrzach zachowano klimat lat pięćdziesiątych XX wieku, co nie jest często spotykane w XVIII wiecznych budynkach.

Posiadłością i ogrodem zajmuje się mnóstwo wolontariuszy National Trust. Jest tu też sklepik, księgarenka z używanymi książkami i kawiarnia serwująca domowe ciasta i ciepłe lunche.

Basildon Park zagrał również w trzech filmach i to nie byle jakich: „Duma i Uprzedzenie”, „Maria Antonina” i „Dorian Gray”.

 

W dniu w którym my tu przyjechaliśmy organizowano warsztaty dla dzieci. Dzień był słoneczny więc gości przyjechało dość dużo. Wśród nich przeważali emeryci i grupy matek z wózkami i dziećmi – widać, że miejsce służy świetnie okolicznym mieszkańcom.

Przy wejściu, można ze sporego koszyka wybrać zabawki ogrodowe, które oddaje się wychodząc. Dziewczynki wzięły skakanki i kręgle.

Basildon Park

Wraz z biletami, dostaliśmy też karty z różnymi zadaniami związanymi tematycznie z posiadłością.

Zadania w Basildon Park

Warsztaty dla dzieci odbywały się w starej kuchni, będącej w okresie XVIII w., również miejscem zamieszkania żeńskiej służby.

Old kitchen Basildon

Zaaranżowano więc tu, związane z tym czasem, kąciki edukacyjne. Dzieci mogły zobaczyć co jadano, jak gotowano, zważyć ogromne cebule na starej wadze…

Warsztaty dla dzieci w Basildon

…wykonać pachnące torebeczki z lawendą i przebrać się w stroje dawnych służących.

Jak zrobić torebki z lawendą

Do kuchni wchodziło się tego z małego patio, skąd przechodziło się również do ogrodu i do restauracji, gdzie zjedliśmy lunch. Zarówno przy warsztatach jak i przy serwowaniu potraw pracowali wolontariusze National Trust, w większości starsze, uśmiechnięte osoby.

Ogródek kawiarniany w Basildon

Dużo rodzin przyjechało z dużymi koszami piknikowymi i rozkładało koce na ogrodowym trawniku. My, ruszyliśmy w głąb ogrodu, odkrywając po drodze różne malownicze zakątki i gry.

Ogród w Basildon

Niemniej ciekawe okazało się też wnętrze domu. W holu można było zagrać na fortepianie, a kolejne pomieszczenia urządzone były tak jak w latach pięćdziesiątych, gdy rezydowała tu Lady Iliffe. Dziewczynkom najbardziej podobały się wystawione na manekinach suknie, łazienki z toaletkami i pokój w którym wszystkie ściany wyłożono muszlami, ale największym hitem były maszyny do pisania, które można było używać. Początkowo zupełnie nie wiedziały jak na nich pisać!

Wnętrza Basildon

Muszle i wnętrza z lat pięćdziesiątych w Basildon

Najprzyjemniejszym miejscem była chyba jednak ogromna kuchnia pełna sprzętów i książek kucharskich pochodzących również z lat pięćdziesiątych. Panie w kolorowych fartuszkach, używając starych piecyków i foremek, piekły sterty pachnących ciasteczek, częstując gości.

Kuchnia z lat pięćdziesiątych

Dziewczynki nie chciały stąd wychodzić, a i ja chętnie wracałabym częściej do Basildon Park. Mam nadzieję, że w podobny sposób ożyją kiedyś nasze wielkopolskie rezydencje, choćby te najpopularniejsze w Kórniku czy w Rogalinie. Zgłosiłabym się tam od razu jako wolontariuszka do pieczenia ciastek;)

/

Podobne Wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz Ala 25 września 2011 o 20:53

    Wyslalam kiedys mejla do kierownictwa Rogalina z 10 propozycjami uatrakcyjnienia parku bez prawie zadnych wydatkow ( np. zapraszania na wystepy amatorskich group muzycznych, rynek z lokalnymi produktami, zaproszenia szkol lub harcerzy do pomocy w stworzeniu klombow i ukwiecenia parku itd) ale dostalam odpowiedz, ze muzemu dziekuje za sugestie ale ma swoj plan, ktory realizuje.Szkoda, ze nie chca pomocy ani zaangazowania ludzi bo jestem przekonana, ze mozna z tych miejsc zrobic o wiele wieksze atrakcje rodzinne niz centra handlowe i kregielnie i o wiele mniejszym kosztem.

  • Odpowiedz Agnieszka (Pikinini) 1 października 2011 o 09:38

    Alu.
    No właśnie, o to chodzi. Niestety Rogalin wcale nie organizuje czy nawet nie udostępnia miejsca na takie fajne inicjatywy. Owszem, promują pewne odczyty, wystawy, ale to są jednorazowe i dość „napuszone” wydarzenia. Bardzo chciałabym by wyzwolili się z tego „muzealnego” sposobu myślenia.
    To samo z piknikami. Kiedyś chcieliśmy rozłożyć koc na łące przy polu w skansenie w Dziekanowicach i strażnik nas przegonił, twierdząc, że tam nie wolno się rozsiadywać!

  • Odpowiedz