Historia dzieciństwa Wszystkie kategorie

„Śmigus” i „Dyngus”

14 kwietnia 2009

 

Kiedy byłam dzieckiem, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, wstawałam zawsze bardzo wcześnie rano. Razem z siostrą, starałyśmy się pokonać niedługi odcinek drogi do kościoła i wrócić później do domu, w możliwie suchych ubraniach. Nigdy nam się to nie udawało. Przy wyjściu z kościoła czekali już nasi podwórkowi koledzy z napełnionymi wodą, różnej wielkości pojemnikami. Rozpoczynała się hałaśliwa gonitwa w kierunku naszej kamienicy, gdzie niestety również nie było się w ten dzień bezpiecznym.

Na ulicy stała intensywnie użytkowana w „lany poniedziałek” pompa. Tam chłopacy odnawiali swoje zapasy wody i przystępowali do kolejnego ataku. Najpierw dzwonili do drzwi naszego mieszkania, pytając czy zastali nas w domu. Rodzice widząc ich z butelkami wody za plecami, uprzejmie odmawiali wypuszczenia nas z domu, po czym wychodzili do kościoła. Teraz dopiero ataki przybierały na sile.

Koledzy wspinali się na nasz, położony na wysokim parterze, balkon i stamtąd usiłowali przez otwarte okno, wlewać wodę do pokoju.

Najskuteczniejsze jednak było wlewanie wody przez – powszechny w drzwiach wejściowych do mieszkań w kamienicach – otwór na listy.

Aż do powrotu rodziców, zajmowałyśmy się wycieraniem do sucha korytarzowej podłogi.

 

Śmigus-Dyngus” kojarzy mi się więc głównie z wielką ilością wody.

Tymczasem, nazwa ta kryje w sobie dwa odmienne staropolskie zwyczaje, z których my na podwórku obchodziliśmy – jak się okazuje – tylko „Śmigusa”.

Wzajemne polewanie się wodą upamiętniało podobno legendarną Wandę, która nie chcąc poślubić Niemca rzuciła się w odmęty Wisły.

 

Dyngus” obchodzono tego samego dnia i polegał on na chodzeniu wiejskich chłopców po domach i zbieraniu datków w postaci jajek, wędlin, ciast i innych smakołyków. To wielkanocne „kolędowanie” wiązało się ze śpiewami, przebieraniem za niedźwiedzia i ciągnięciem przez wieś drewnianego baranka lub koguta na kółkach.

 

Mieszkając zawsze w mieście, nie zetknęłam się nigdy z taką formą „Dyngusa”, ale czytając o tym zwyczaju, nie sądziłam, że jest on jeszcze współcześnie gdzieś praktykowany poza, być może, skansenami.

Od kilku jednak lat, spędzamy Wielkanoc w domu mojej siostry, położonym w Mieczewie, niedaleko Poznania. Ta wielkopolska wieś składa się, w coraz większej części, z nowo budowanych, podmiejskich domów. Jednak jest tam również kilka gospodarstw i to chyba z nich wywodzi się lokalna forma, wciąż żywego tu „Dyngusa”.

Przy tablicy z nazwą miejscowości, co roku czekają na nas przebrani w ciekawe stroje, młodzi mieszkańcy wsi. Twarze i ręce mają wysmarowane sadzą i zatrzymują przejeżdżające drogą auta.

"Dyngusowi" przebierańcy

"Dyngus"

Ci, którzy wrzucą im do kapelusza drobne pieniądze, odjeżdżają „nietknięci”, natomiast ci, którzy poskąpią datku, zostają umorusani sadzą.

"Dyngusowy" niedźwiedź

Podobne Wpisy

Komentarze

Odpowiedz